Vlog: Moja kolekcja dużych świec Yankee Candle - część I. Jak zostać świecomaniakiem?

4/29/2016 Ania T.


  Powracam w końcu do nieco zapomnianego tematu świcomaniactwa! Znów przygotowałam dla Was filmik (długi, ale to tylko dlatego, że o świecach mogę gadać godzinami!), w którym nie tylko opowiadam o swojej pasji (czyli kolekcjonowaniu zapachów), ale także prezentuje pierwszą część swojej kolekcji dużych świec firmy Yankee Candle. Chcecie się dowiedzieć jakie zapachy królują w moich zbiorach? Który z nich będzie najlepszy na prezent? A może ciekawi Was jakie "perełki" niedostępne w Polsce udało mi się zdobyć? Zapraszam serdecznie do oglądania. Drugą część kolekcji pokażę Wam w następnym filmie!



           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box kwiecień 2016 - videorecenzja zawartości

4/27/2016 Ania T.

   Jedna ze zmian, które ostatnio zapowiadałam na moim fanpage'u. Zamiast tradycyjnej, pisanej recenzji mam dla Was...filmik! Tak, wiem, to nie pierwszy jaki nakręciłam, ale ten jest w zupełnie nowej (lepszej!) jakości. I mam nadzieję, że uda mi się publikować je regularnie, żebyście mieli miłą odmianę i nie musieli czytać moich długich wywodów na temat różnych produktów :)


   O czym jest video? O kwietniowym pudełku Shiny Box. Jeśli chcecie wiedzieć co znalazłam w środku i które z tych produktów najbardziej mnie ucieszyły, to zapraszam na mój kanał na Youtube!

Miłego oglądania!



           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Szczotka do włosów AirMotion: konkurencja dla Tangle Teezer?

4/15/2016 Ania T.

   Tangle Teezera (moja recenzja TUTAJ) nikomu przedstawiać nie trzeba. Ten niepozorny kawałek plastiku zdobył serca tysięcy włosomaniaczek (i nie tylko!). Ja już zdążyłam kupić 2 egzemplarze i nadal jestem bardzo zadowolona z tego produktu. Jednak niedawno w moje ręce trafiła szczotka, która z powodzeniem może konkurować z popularnym TT. Co więcej- jest od niego dużo wygodniejsza w użyciu, a rozczesuje tak samo skutecznie! Mowa o AirMotion. Ciekawi?

   Na pierwszy rzut oka AM wygląda jak zwykła szczotka. Jednak wyróżnia ją parę elementów, które czynią ją nie tylko wygodną i poręczną, ale także ułatwiają proces czesania.
   Na uwagę zdecdowanie zasługuje rączka! Tego mi brakowało w słynnym Tangle Teezerze (mimo, że używam go już od dawna i ręka przyzwyczaiła się do jego kształtu, to nadal zdarza mi się go wypuścić z rąk). Z Air Motion nie muszę się o to martwić- rączka jest odpowiednio długa, dobrze dopasowuje się do dłoni, a dodatkowo pokryta jest antypoślizgowym materiałem. Dzięki temu możliwe jest jej użytkowanie nawet gdy ma się mokre ręce!

   Podobnym materiałem jest pokryta główka szczotki. Dlatego można ją położyć gdziekolwiek, bez ryzyka, że będzie się przesuwać na wszystkie strony, a w efekcie spadnie na ziemię i się połamie (niby taki mało istotny szczegół, a jednak ja bardzo na takie rzeczy zwracam uwagę).

   Podobnie jak TT, wyposażona jest w elastyczne ząbki o różnej długości, co pozwala na precyzyjne rozczesywanie splątanych kosmyków. Wadą na pewno jest to, że plastikowa powierzchnia, na której te ząbki się znajdują jest tak bardzo podatna na elektryzowanie się, że przyciąga każdą, nawet najmniejszą cząsteczkę kurzu (tak, te białe kropki na zdjęciach to kurz). Nijak nie da się tego usunąć, bo nawet po umyciu wodą, kurz zaczyna przyczepiać się do szczotki jak tylko ona wyschnie. 

   Tak jak już wyżej wspominałam, jej skuteczność bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Ma praktycznie takie same działanie jak Tangle Teezer. Co to znaczy? Przede wszystkim precyzyjnie rozdziela każde pasmo włosów, niezależnie od tego jak gęste są. Elastyczne ząbki dopasowują się do struktury włosa i pozwalają dotrzeć nawet do najgłębszych kołtunów na głowie. Nie polecam czesania włosów "na sucho"- nie oznacza to oczywiście, że ta szczotka rozczesuje tylko mokre włosy. Po prostu zanim zabierzemy się za czesanie, należy je lekko zwilżyć, albo zmoczyć szczotkę, inaczej nie unikniemy elektryzowania się (TT również ma tą przypadłość). W żaden sposób nie przeszkadza to w użytkowaniu, a wręcz przeciwnie, ponieważ wygładza kosmyki, które po rozczesaniu są miękkie, ale jednocześnie nieobciążone. Pomaga pozbyć się kołtunów w sposób niemal bezbolesny, nie uszkadzając struktury włosa, dzięki czemu są mocne i błyszczące. 
   Oprócz niezwykłej zdolności przyciągania cząsteczek kurzu, nie mam do niej większych zastrzeżeń. Mimo, że jest nieco droższa niż Tangle Teezer (kosztuje 55 zł, czyli jakieś 20 zł więcej od TT), to moim zdaniem jest dużo wygodniejsza. Mimo swoich rozmiarów (jest większa niż TT), bez problemu mieści się w torebce. Kupicie ją w sklepie internetowym Grzech Hair. Dostępna jest w 2 kolorach :)

Znacie szczotki Air Motion?
Myślicie, że mają szansę zastąpić Tangle Teezera?

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box marzec 2016: zawartość i krótkie recenzje produktów

4/09/2016 Ania T.

   Jak co miesiąc, zapraszam Was na przegląd i recenzję pudełeczka Shiny Box. Hasłem marcowego boxa był "Słodki Marzec". Muszę przyznać, że wygląd opakowania zachwycił mnie już od pierwszego momentu, jak tylko pojawił się teaser na fanpage'u Shiny. Piękne, różowe, czekoladowe...raj każdej kobiety! Stwierdziłam wtedy, że nawet jeśli zawartość mi się nie spodoba, to przynajmniej będę miała śliczne opakowanie na moje kosmetyki :D Pewnie większość z Was już zna zawartość boxa, więc to nie będzie żadna niespodzianka. A jak się u mnie sprawdziły te kosmetyki?

   Oto całość (bez jednego produktu, który zagubił mi się do fotki grupowej):

1. Olej arganowy w opakowaniu roll-on BIOOLEO (produkt pełnowymiarowy)
   Bardzo lubię oleje, jednak najczęściej służą mi do olejowania włosów. Ten olej jest zamknięty w opakowanie typu roll-on, co powoduje, że w ogóle nie nadaje się do kudełków (wyobrażacie sobie nakłądac olej na włosy roll-onem? Bo ja nie!). A szkoda! Niestety, moja cera nie lubi się z olejami (wyjątkiem są te do demakijażu), a roll-on jest tak malutki, że nie nadaje się do aplikacji kosmetyku na większych powierzchniach, co dyskwalifikuje go jako użyteczny do ciała.



 Pod oczy nie chcę go nakładać, z obawy, że może okazać się za ciężki. Plusa daję za skład (jest to praktycznie 100% olej arganowy, bez żadnych dodatków), a oprócz tego zakup każdego opakowania wspiera akcję ratowania słoni w Afryce, więc wspiera szczytny cel.  Ale zastanawia mnie jego wysoka cena: 56 zł za 15 ml, to naprawdę sporo. Biorąc pod uwagę fakt, że na Polskim rynku jest duża konkurencja i oleje różnego typu można kupić taniej, a także w wygodniejszych i praktyczniejszych opakowaniach, nie mam niestety dobrych przeczuć co do sukcesu tego kosmetyku. I to pomimo całej sympatii do olejów i niewątpliwego dobroczynnego działania oleju arganowego. 

2. Rękawica do demakijażu GLOV
   No i to jest właśnie ten gagatek, który zaginął mi na zdjęciu grupowym! Bardzo się cieszę, że Glov postanowił się rozreklamować w Shiny Boxie, bo najzwyczajniej w świecie uważam, że powinien zostać poznany przez jak największą ilość osób! Ja już mam swoją rękawice- w nieco mniej kompaktowej wersji (ta z boxa mieści się...na 1 palcu!) i jestem bardzo zadwolona. Jest mięciutka w dotyku i nie podrażnia skóry. Glov naprawdę szybko, prosto i dokładnie usuwa makijaż. Wystarczy lekko namoczyć rękawice, a cały brud, podkłady, linery, tusze, szminki i inne kolorowe wynalazki znikają po kilku potarciach. Byłam bardzo poztywnie zaskoczona jakością tego produktu i efektu jaki daje. Dzięki niemu nie muszę marnować ton wacików i miceli. Jedyna wada? Po jakimś czasie rękawice trzeba wymienić, bo nie się brudzi i ciężko ją doprać (szczególnie z wodoodpornych, żelowych linerów i matowych, trwałych szminek), a jej używanie staje się mało higieniczne. Quick Treat będzie dla mnie świetnym towarzyszem podróży, których w nowej pracy na pewno mi nie zabraknie! 

3. Perfumetka PERFUMERIA NENESS (produkt pełnowymiarowy)
   Obecność tej perfumetki wzbudziła naprawdę spore kontrowersje. I wcale mnie to nie dziwi! Z jednej strony niby fajnie, że w boxie znalazły się perfumy (a dokładniej mówiąc ich 22 ml miniatura) w formie wygodnej i prostej w użyciu perfumetki...ale jest i druga strona medalu. Ten zapach jest "inspirowany" La Vie Est Belle.


 Inspirowany, co dla wielu oznacza, że jest to po prostu bezczelna podróbka Lancome. Ten temat jest dość śliski, ja sama nie popieram kupowania podróbek perfum (mówię tutaj głównie o tanich "testerach", które można kupić na Allegro, czy Hoogo Boosah z chińskich marketów). Jednak do tematu perfumetek i perfum na mililitry podchodzę nieco łaskawiej. Oczywiście nie popieram kupowania ich ZAMIAST oryginałów! Przecież wiadomo, że te zapachy są tylko "inspirowane" znanymi odpowiednikami i nie mogą ich zastąpić. Ale jeśli ktoś się waha czy dany zapach będzie dla niego odpowiedni, a nie chce przepłacać, to wtedy takie perfumetki są dobrym rozwiązaniem. Ja tak miałam z zapachem Thierre'go Muglera Alien- jest on bardzo ciężki, specyficzny i nie każdemu się spodoba. Trzeba się do niego przyzwyczaić. Dlatego zanim wydałam ponad 400 zł na oryginał, zadowoliłam się odpowiednikiem. Dzięki temu przekonałam się, że świetnie ten zapach znoszę i w efekcie oryginał dumnie stoi na mojej półce z perfumami :) Niemniej jednak uważam, że produkty wzbudzające takie oburzenie, raczej nie powinny znajdować się w boxach. To czy ktoś kupuje perfumetki czy nie, to jego indywidualna sprawa, jednak nie uważam, że powinny one być promowane w pudełkach tego typu. Co do samego zapachu mam parę zastrzeżeń: moim zdaniem nie jest tak trwały jak oryginał (koleżanka jest wielką fanką La Vie Est Belle i po wypsikaniu się tym aromatem, pachnie cały dzień), zapach ulatnia się po paru godzinach (4-5). Poza tym to kompletnie nie moje klimaty...nawet moja mama stwierdziła, że jego nuty przypominają jej zapach "starej babci"...zdecydowanie wolałabym coś lżejszego i bardziej wiosennego! A następnym razem zamiast perfumetki z "inspirowanej" znanym zapachem, Shiny mogłoby wrzucić do pudła jakąś ładną miniaturkę oryginalnych perfum (w pudełku Inspired By Kasia Tusk z I edycji była miniaturka Daisy Marca Jacobsa...można? Można!). 

4. Szampon Zachwycające Wzmocnienie TIMOTEI (produkt pełnowymiarowy)
   Tego produktu z pewnością nie można nazwać luksusowym...ot, taki tam szampon, który można kupić w każdej drogerii. Skład typowy dla "tanich" kosmetyków, za to ma przepiękny (melonowy!) zapach i działa całkiem nieźle. Nie będę się tutaj za bardzo rozpisywać, ponieważ mam dla Was recenzję całego zestawu (szampon + odżywka), która niedługo powinna ukazać się na blogu.

5. Hipoalergiczny żel pod prysznic BIAŁY JELEŃ (produkt pełnowymiarowy)
   I kolejny zwyklaczek, jak dla mnie pozbawiony efektu WOW. Nigdy nie lubiłam recenzować żeli pod prysznic, bo w sumie niewiele mogę o nich napisać...pieni się ok, dobrze spłukuje, ma delikatny, subtelny zapach i nie podrażnia skóry. Jak dla mnie żel jak każdy inny. Przynajmniej się nie zmarnuje, bo tego typu produkty schodzą u mnie litrami!

6. Balsam do włosów z portugalskiej zielonej glinki LABRAYON
   Bardzo się cieszę, że trafiłam na wersję pudełka z balsamem do włosów! Dlaczego? A no dlatego, że w dwóch pozostałych wariantach była albo kredka do ust, albo kredka do oczu, a tych produktów mam w domu dostatek! Za to odżywki do włosów przyjmuję w każdej ilości! Włosy myję codziennie, oprócz szamponu, nakładam także odżywkę, więc zużywam je w naprawdę szybkim tempie. Jak się u mnie sprawdził kosmetyk Labrayon? Pierwsze co zauważyłam, to bardzo rzadka, dość nietypowa jak na odżywkę, konsystencja. To sprawia, że produkt staje się mało wydajny. Zapach ma niezbyt przyjemny, taki...gliniasty. Ale w sumie niczego innego się nie spodziewałam po produkcie z glinką ;) Dobrze wygładza włosy, sprawia, że nie są tak naelektryzowane i nie utrudnia rozczesywania. Aczkolwiek miałam już lepsze balsamy do włosów, więc szału nie robi. 

   Z tych wszsytkich produktów, najbardziej jestem zadowolona z rękawicy Glov. Mimo, że to pudełko jest moim zdaniem lepsze niż styczniowe, to jednak nadal brakuje mu tego "czegoś", co by mnie zachwyciło.

A Wy co myślicie o zawartości marcowego Shiny Boxa?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Niekosmetycznie: O tym jak skandalicznie KM traktuje pasażerów

4/07/2016 Ania T.

   Wiem, że jest to blog kosmetyczny, jednak uznałam, że ta sprawa jest warta nagłośnienia, nawet jeśli nie ma z kosmetykami nic wspólnego. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego NIE warto podróżować kolejami pewnej znanej, mazowieckiej spółki, przeczytajcie post do końca!
  
    W lutym zmieniłam pracę, jednak zanim zaczęłam szkolenia w nowej, postanowiłam zrobić sobie kilka dni wolnego i pojechałam do rodziców, którzy mieszkają pod Warszawą. Chciałam się trochę "zresetować", spotkać z przyjaciółmi, wybrać się na małe zakupy...nie przypuszczałam, że ten wyjazd zostanie mi skutecznie zepsuty przez bezduszną biurokrację i kompletny brak szacunku do mojej osoby. No ale czego mogłam się spodziewać po komunikacji publicznej?

   Zacznijmy od początku. Dzień po moim przyjeździe do domu, pojechałam z moją mamą na zakupy do jednego z warszawskich centrów handlowych. Przed kupnem biletu w kasie poinformowałam panią (celowo małą literą) sprzedawczynie, że mam 24 lata (25 będę miała dopiero we wrześniu), uczę się w szkole policealnej i chciałabym kupić bilet, jednak nie wiem czy przysługuje mi ulga uczniowska. Otrzymałam odpowiedź, że owszem, przysługuje. Pani sprzedała mi bilet ulgowy, a ja radośnie wsiadłam do pociągu, podekscytowana perspektywą zakupów. Niestety, okazały się one klapą, a gwoździem do trumny był powrót do domu, kiedy to spotkałam w pociągu niezwykle aroganckiego i chamskiego konduktora.
   Poprosił mnie i moją mamę o bilety, oczywiście obie je miałyśmy, więc wyciągnełyśmy i okazałyśmy do kontroli. Tradycyjnie zostałam poproszona o legitymację, zaczęłam jej szukać...i zamarłam. Nie miałam jej przy sobie! Przypomniałam sobie, że dzień wcześniej przełożyłam ją do biletu na ekspres, żeby się nie zgubiła. Tak więc grzecznie wytłumaczyłam panu, że nie mam przy sobie legitymacji, zdaję sobie sprawę z tego, że mam bilet ulgowy, ale po prostu jej zapomniałam. Powiedziałam także, że oczywiście mogę w tym momencie przy nim kupić bilet normalny, żeby wiedział, że to nie jest moja zła wola i specjalnie kupiłam taki, a nie inny bilet, żeby było taniej, a legitymację mogę dostarczyć w dowolne miejsce, ba, nawet mu następnego dnia podstawić ją pod nos, żeby widział, że jednak ją posiadam i ta ulga mi przysługuje. Nie chciał nawet o tym słyszeć. Od razu wziął się do wypisywania mandatu. Razem z mamą usiłowałyśmy go jakoś udobruchać, tłumaczyłyśmy mu, że przecież każdemu może zdarzyć się zapomnieć, że ja dopiero co przyjechałam do domu z Katowic i nie zdażyłam przełożyć legitymacji do dokumentów, bo została wraz z biletem na ekspers, że ja tą legitymację dostarczę do punktu KM, a jeśli nie, to niech mi chociaż sprzeda bilet normalny. A gdzie tam, nie było nawet mowy o żadnej dyskusji. Usłyszałam od niego tekst :"Ja mógłbym ten mandat odpuścić, no ale procedury, to procedury!"...wyobrażacie to sobie? Dawno nie widziałam takiego służbisty! Kiedy dałam mu swój dowód, zaczął znów dyskutować, że nawet jeśli miałabym przy sobie legitymację, to i tak dostałabym mandat. Wbiło mnie w fotel, mama zaczęła dopytywać, że niby z jakiej racji miałabym dostać mandat, skoro ulga mi przysługuje i tak mnie poinformowano w kasie (była świadkiem mojej rozmowy z kasjerką). A on na to, że nie mam 24 lat, więc ulga jest nieważna! W tym momencie po prostu go wyśmiałam, stwierdziłam, że jakim cudem nie mam 24 lat, skoro na dowodzie jak byk jest napisane, że 25 będę miała dopiero we wrześniu...powiedział, że ulga obowiązuje tylko do 24 roku życia. Ja mu dalej tłumaczę, że przecież MAM 24 LATA, więc o co mu chodzi. To odpowiedział, że mam skończone, więc to się nie liczy. Zapytałam się go, dlaczego w takim razie dzień wcześniej również podróżowałam pociągiem i nie dostałam mandatu z tą samą legitymacją i biletem ulgowym i dlaczego zostałam poinformowana w kasie, że ulga mi przysługuje i został mi sprzedany taki bilet, skoro to bzdura. Wzruszył ramionami i stwierdził, że "widać ktoś musiał źle Pani sprawdzić legitymacje, a ktoś w kasie się pomylił"...ręce mi opadły. Skończył wypisywać mandat i zapytał się czy płacę na miejscu, na co odparłam, że nie ma mowy, ponieważ zostałam niesprawidliwie potraktowana i mam zamiar napisać odwołanie. W tym momencie zaczął na mnie prawie KRZYCZEĆ, że "odwołania, to ja sobie mogę pisać, a to i tak nic mi nie da, bo żadna ulga mi nie przysługuje, więc nic nie ugram". Powiedziałam mu stanowczym tonem, że nie życzę sobie aby podnosił na mnie głos i może być więcej niż pewny, że napiszę odwołanie i skargę na jego zachowanie, ponieważ nie będę sobie pozwalała na tego typu traktowanie (no sorry, potraktował mnie jak złodziejkę, a potem jeszcze się awanturował, że chcę dochodzić swoich praw). Coś tam odburknął i poszedł dalej. Zarówno ja, jak i moja mama byłyśmy tak wzburzone tą sytuacją, że ciężko nam się było uspokoić w drodze do domu...
   Odwołania nie napisałam od razu, musiałam się trochę uspokoić, bo pewnie jakbym siadła do niego tego samego dnia, to zamiast racjonalnego uzasadnienia, pojawiłyby się z nim same bluzgi...wzięłam się za to bodajże po 2 tygodniach (a na odwołanie się miałam 3 miesiące, więc spoko). Oczywiście krótko opisałam całą sytuację. Napisałam, że jestem oburzona zachowaniem konduktora, gdyż nie miał prawa podnosić na mnie głosu i traktować mnie w taki sposób, oprócz tego wspomniałam także, że spółka ma niekompetentnych pracowników, którzy nie potrafią udzielić informacji zgodnej z prawdą (kasjerka, która sprzedała mi bilet). Oczywiście dołączyłam do maila kopię legitymacji, żeby potwierdzić, że jest aktualna. Kilka dni później dostałam pismo, że muszę dostarczyć bilet (w cięgu 7 dni od otrzymania pisma), bo inaczej nie zaczną dochodzenia a moje odwołanie będzie nieważne. Tego samego dnia wysłałam kopię biletu mailem. Dopiero dzień później dostałam odpowiedź, że to nie może być kopia, tylko oryginał (czyli już jeden dzień szlag trafił i na odesłanie zostało mi tylko 6 dni). Mało tego, mail przyszedł do mnie w czwartek (ten o konieczności dosłania oryginału), a wiadomo, że przecież w sobotę i niedzielę poczta nie pracuje. Świetne zagranie KM! No ale nie ze mną te numery, bilet został wysłany jak najszybciej.
   Odpowiedzi na moje odwołanie doczekałam się po...MIESIĄCU (tempo mają zabójcze, nie ma co!). Oczywiście "śledztwo nie wykazało nieprawidłowości w pracy kasjerki" (doprawdy? Czemu mnie to nie dziwi? Rozumiem, że panie tam pracujące mogą sobie do woli podawać klientom fałszywe informacje i nie jest to nieprawidłowość?), a mi ulga nie przysługuje, bo ukończyłam 24 rok życia i koniec. Nie było ani słowa o tym, że konduktor zachował się wobec mnie nieprawidłowo (także pamietajcie! Jak jakiś buc-służbista drze się na Was w pociągu, to ma do tego pełne prawo, bo jego firma i tak nic mu nie zrobi!). A ja mam zapłacić prawie 200 zł w ciągu 7 dni, bo inaczej podadzą mnie DO SĄDU! No słuchajcie, śmiechu warte! 
   Dla świętego spokoju zapłaciłam te pieniądze. Ale przy okazji wspomniałam w mailu, że był to mój ostatni raz z KM. 
    To jest po prostu ŻAŁOSNE. W czasach liceum byłam częstym podróżnikiem tych linii kolejowych (dojeżdzałam z liceum w Warszawie do domu), ile wtedy wydałam na bilety miesięczne (które zawsze miałam), tego nie jestem nawet w stanie zliczyć. Powiem tak, podróż z nimi NIGDY nie była przyjemna. Pociągi wiecznie się spóźniały, były tak zatłoczone, że czasem nie dało się do nich nawet wejść. Nie wspomnę już o duchocie i smrodzie, jaki tam panował. A ceny biletów z roku na rok tylko rosły...po dwóch latach zmieniłam przewoźnika na konkurencję...i to była najlepsza decyzja w moim życiu! 

   Myślę, że  tej historii można wysnuć jeden wniosek: nie ważne czy masz bilet, czy nie. Jeśli szanownemu pracownikowi KM coś się nie spodoba, to i tak potraktuje Cię bez szacunku i jak najgorszego złodzieja. Bo przecież "procedury to procedury!". Bardzo żałuję tych 10 zł, które wydałam tamtego dnia na bilet. Równie dobrze mogłabym go nie kupować i wyszłoby na to samo. No ale zostałam wychowana na uczciwego człowieka, dlatego to zrobiłam. Ale widać w dzisiejszych czasach nie warto być uczciwym...wiecie, to już nie chodzi o ten mandat. Zapłaciłam, sprawa z głowy. Chodzi o fakt, że zostałam ukarana NIE ZE SWOJEJ WINY, a z winy PRACOWNIKA, który udzielił mi nieprawdziwych informacji. A firma nie widzi w tym nic złego. To smutne...

   Była to moja ostatnia podróż tymi liniami. Następnym razem, choćbym miała iść z Warszawy do rodziców na piechotę, to tak zrobię. Ode mnie nie zobaczą już ani grosza. A te pieniądze z mandatu...niech im pójdą w pięty! 

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Mascary Revlon: Ultimate All-in-One, Dramatic Definition, Volume + Length Magnified

4/01/2016 Ania T.

    Te mascary to nowość na rynku, do sprzedaży zostały wprowadzone stosunkowo niedawno. Każda z nich została zaprojektowana tak, żeby zapewnić użytkownikowi pożądany efekt: pogrubienie, wydłużenie, podkreślenie...sięgając po wybrany tusz możemy mieć rzęsy do nieba. Czy rzeczywiście bardzo się między sobą różnią i dają inne rezultaty? 

OPAKOWANIE
   Pierwszą zauważalną różnicą są kolory nakrętek. To jednak drobiazg, zobaczcie jak wyglądają szczoteczki! 



   Najwygodniejsza okazała się dla mnie silikonowa szczoteczka tuszu Dramatic Definition (fioletowy). Od lat jestem fanką tego typu szczotek w tuszach, ponieważ najlepiej rozczesują moje rzęsy. Tusz Volume + Length Magnified (niebieski) ma dużą szczotkę z włosia, która dla mnie jest trochę niewygodna. Jednak prawdziwym hitem jest Ultimate All-in-One (czerwony), który ma silikonową końcówkę w ogóle nie przypominającą tradycyjnej szczoteczki. Na początku w ogóle nie miałam pojęcia jak się zabrać za malowanie rzęs tym wynalazkiem, ale w końcu udało się znaleźć na to sposób. Wygląda naprawdę dziwnie, ale okazało się, że jest całkiem proste w obsłudze. Niemniej jednak, w moim przypadku najlepiej sprawdza się tradycyjna, silikonowa szczoteczka tuszu z fioletową nakrętką.

DZIAŁANIE 
   Czy mimo różnych nazw i szczoteczek tusze dają na rzęsach inne efekty? Powiem szczerze, różnice są naprawdę niewielkie. Każdy z nich ma intensywnie czarny kolor, więc podkreśli nawet najjaśniejsze włoski. Oprócz tego wydłużają i pogrubiają rzęsy. Niestety, nie obyło się bez sklejania: nie ważne jaki wariant wybierzemy, włoski i tak będą trochę posklejane. Nie jest to efekt "pajęczych nóżek", jednak polecam zaopatrzyć się w grzebyk do rozczesywania rzęs, bo po nałożeniu kilku warstw tuszu może być Wam ciężko ujarzmić włoski. Pocieszeniem na pewno będzie dla Was fakt, że są to produkty niezwykle trwałe: nie osypują się, nie kruszą, nie tworzą efektu pandy. Świetnie współpracują z kosmetykami do demakijażu i łatwo je usunąć nawet płynem micelarnym, co przy ich trwałości jest miłym zaskoczeniem.

   Przyjrzyjmy się teraz z bliska jakie rzęsy możecie uzyskać stosując każdy z tych kosmetyków.

Ultimate All-in-One



Efekt PRZED (lewe zdjęcie) i PO zastosowaniu tuszu (prawe zdjęcie)
   Efekt, jaki uzyskujemy po zastosowaniu tego produktu jest pośredni pomiędzy tym, co daje aplikacja Dramatic Definition a Volume + Length Magnified. Ze względu na mocno designerską szczoteczkę, trochę ciężko jest się przyzwyczaić do jego używania, ale jak już się tego nauczymy, wtedy bez problemu dotrzemy nawet do najkrótszych włosków w wewnętrznym kąciku oka. Trzeba tylko dobrze oczyścić szczoteczkę z nadmiaru tuszu, bo inaczej jej użytkowanie staje się praktycznie niemożliwe, a na rzęsach pojawiają się grudki tuszu, co nie wygląda zbyt estetycznie. Jak widać, po zastosowaniu kosmetyku, rzęsy są wydłużone, podkreślone i pogrubione. Ale nie jest to efekt teatralny. Niestety, są także posklejane, to jednak da się zniwelować, stosując odpowiedni grzebyk do rzęs. 

Dramatic Definition

Efekt PRZED (lewe zdjęcie) i PO zastosowaniu tuszu (prawe zdjęcie)
   Wersja fioletowa daje najbardziej subtelny efekt i najmniej skleja włoski, a jednocześnie ładnie je podkreśla i wydłuża. Ze względu na wygodną, silikonową szczoteczkę, jest bardzo prosty w obsłudze i pozwala na precyzyjne pomalowanie wszystkich rzęs. Jeśli chodzi o tą trójkę, fioletowy Revlon okazał się moim ulubieńcem!

Volume + Length Magnified

Efekt PRZED (lewe zdjęcie) i PO zastosowaniu tuszu (prawe zdjęcie)  
 Może nie widać tego na zdjęciach, ale niebieski tusz okazał się największym "sklejaczem" (do fotek rzęsy zostały rozdzielone, aby dobrze się prezentowały). Duża szczoteczka niestety nie ułatwia pracy i każdy nieostrożny ruch powoduje, że z kilku rzęs robi nam się jedna, wielka rzęsa...nigdy nie umiałam pracować z tego typu szczotkami, widać brakuje mi w tej kwestii wprawy.  Jednak trzeba przyznać, że kiedy rozczeszemy włoski, to efekt jest więcej niż zadowalający. Tusz nie tylko dodaje im objętości, ale również wydłuża. I to najlepiej ze wszystkich trzech, które Wam zaprezentowałam. Niestety, ta szczoteczka to zupełnie nie moja bajka, dlatego oddałam mascarę mojej mamie. Zobaczymy, czy będzie z niej zadowolona!

   Myślę, że to tusze, na które warto zwrócić uwagę. Mimo, że mają różne szczoteczki, efekty, które możemy nimi osiągnąć są bardzo podobne, dlatego nie jest istotne, którą wersję wybierzemy. Jak dla mnie najprostsza w obsłudze okazała się fioletowa Dramatic Definition, dlatego jeśli jesteś osobą początkującą w kwestii używania tuszy, to polecam sięgnąć właśnie po nią. 

DOSTĘPNOŚĆ/CENA
   Każdy z tych wariantów (a także dwa pozostałe, których nie posiada, czyli różowy Ultra Volume oraz zielony Super Length) kupicie za niecałe 50 zł w perfumeriach Douglas

Który efekt uzyskany nowymi tuszami Revlon podoba Wam się najbardziej?

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!