Świece zapachowe Max Benjamin

3/24/2016 Ania T.

   Ostatnio na blogu postów zapachowych było jak na lekarstwo, ale nie dlatego, że moja pasja do świec osłabła...po prostu jakoś brakowało mi weny i nie bardzo miałam czas próbować i palić nowości. Jednak niedawno odkryłam markę, której wcześniej nie znałam, a całkowicie skradła moje serce, więc uznałam, że warto Wam o niej napisać. Mowa o świecach Max Benjamin, ze sklepu Wyszukane do domu. Są nie tylko bardzo eleganckie, ale również pięknie pachną. Do wyboru są tylko 4 zapachy, ale za to jakie! 

OPAKOWANIA
   3 z tych świec (Dodici, Lemongrass & Ginger i White Pomegranate) są zamknięte w pięknym, mocnym, białym szkle, z kolei Victorian Earl Grey Tea to urocza niebiesko-złota puszka. Wszystkie z nich są wykonane z mieszanki naturalnych wosków (m.in. wosku sojowego), nie zawierają parafiny, a knot to czytsta bawełna. Musicie przyznać, że wyglądają naprawde pięknie i stanowią ozdobę każdego wnętrza.

ZAPACHY
Lemongrass & Ginger
   Trawa cytrynowa i imbir...co tu dużo mówić. Ten zapach jest bardzo realistyczny, nie wyczuwam w nim żadnych chemicznych nut. Na sucho zdecydowanie mocniejszy niż po zapaleniu, ale to akurat jego plus, bo mógłby zabić swoją intensywnością. Jest orzeźwiajacy, wyczuwam w nim zarówno nutę imbiru, jak i cytryny. Myślę, że to będzie idealny zapach na lato, szczególnie do odstraszania owadów, bo one nie lubią takich aromatów.

Dodici
   Z całej tej czwórki, Dodici zdecydowanie najbardziej przypadł mi do gustu. Kojarzycie zapach Silver Birch Yankee Candle? Ten jest bardzo podobny! Wyczuwam w nim mocno męską nutę, czyli to, co lubię! Producent pisze, że znajdziemy w nim cytrynę, lawendę oraz rozmaryn, szczerze mówiąc średnio czuję te nuty. Dla mnie to po prostu piękne, męskie perfumy. I o ile w wersji z trawą cytrynową i imbirem mniejsza intensywność w trakcie palenia niż na sucho mi nie przeszkadzała, tak tutaj trochę żałuję, że świeca nie ma większej mocy. Bo po zapaleniu jest naprawdę subtelna i delikatna, killer z niej żaden. Do małych pomieszczeń będzie ok, w większych zaginie. A szkoda :(

White Pomegranate


   Tutaj z intensywnością jest zdecydowanie najlepiej! Świeca po zapalaniu pachnie nawet mocniej niż na sucho. Daje czadu! Producent pisze, że to granat z nutą lilii oraz gardenii. Lilię wyczuwam, jednak jak dla mnie dominuje...róża. Tak! Mimo, że nie ma jej w opisie, to ja tutaj czuję piękny aromat kwiatu dzikiej róży, który bardzo kojarzy mi się z wakacjami nad morzem (dzika róża rosła w przydrożnych rowach w drodze na plażę, uwielbiam ten zapach!). Na pewno spodoba się fanom kwiatowych aromatów!

Victorian Earl Grey Tea

   Jeśli mam być szczera, to ten zapach z całej czwórki chyba najmniej mi się podoba. Nie jest brzydki, ani duszący, ale po prostu nie w moim stylu. Zawiera nuty gardenii i fiołka, chociaż dla mnie to taka typowa herbata, z gorzkim posmakiem. Dość intensywna po zapaleniu, aczkolwiek głowa po niej nie boli. 


   Wszystkie z tych świec równo się palą, nawet bez wspomagania w postaci sweterków czy Illumy (o sposobach palenia świec poczytacie TUTAJ). Wystarczy ok. pół godziny aby zapach rozszedł się po małym pomieszczeniu. Nie kopcą tak bardzo jak zwykłe, parafinowe świece, a knot po zgaszeniu bardzo szybko przestaje się tlić, przez co nie jest wyczuwalny charakterystyczny "smrodek", który zakłóca zapach świecy. 

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Za świecę w puszce zapłacicie 78 zł (za 170 g, jest nieco mniejsza niż te w szkle), z kolei za szklane 115 zł (za 190 g). Ceny mogą zwalać z nóg, ale musicie pamiętać, że są to produkty wytworzone z naturalnego wosku, a te zawsze są droższe niż parafinowe. 
   Kupicie je w sklepie internetowym Wyszukane do domu

   Czy polecam? Jako świecomaniak jak najbardziej! Wiem, że osoba znająca się na świecach i pasjonująca się ich kolekcjonowaniem jest w stanie wydać więcej pieniędzy na produkt wysokiej jakości, a te, które oferuje Max Benjamin niewątpliwie takie są. Od razu zakochałam się w ich minimalistycznym designie. I mam nadzieję, że na rynku pojawi się więcej kompozycji zapachowych, bo muszę przyznać, że są bardzo przyjemne dla nosa! 

A Wy znacie te świece?

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Zabieg regenerujący włosy Silaplex - relacja i KONKURS!

3/21/2016 Ania T.

   W piątek miałam okazję odwiedzić salon fryzjerski Fabryka Fryzur Rabenda w Katowicach i oddać swoje włosy w ręce przemiłego Pana Jarka, który rozpieścił je zabiegiem regenerującym Silaplex. Na czym polega ten zabieg? Jakich możecie spodziewać się po nim efektów? Przekonacie się czytając wpis. Uwaga! Na końcu czeka na Was KONKURS, w którym do wygrania jest zabieg Silaplex w wybranym przez Was mieście! Uwierzcie mi, jest o co walczyć ;)

   Co to jest zabieg Silaplex?
   Jest to zabieg z wykorzystaniem rewolucyjnych produktów marki Montibello, zapobiegający łamaniu się włosów i chroniący je przed czynnikami chemicznymi. W kosmetykach wykorzystana jest technologia Bond Guard, która pomaga odbudować zniszczone kosmyki, przywraca im blask i siłę. Można go łączyć np. z rozjaśnianiem włosów, dzięki temu nie ulegną zniszczeniu w trakcie ściągania koloru.


   Na czym polega ten zabieg?
   Do jego wykonania potrzebne są dwa produkty (1 i 2 widoczne na zdjęciu powyżej). Kosmetyk nr.3 (który jest odżywką podtrzymującą efekty) klient dostaje do domu, aby tam pielęgnować włosy i dłużej cieszyć się efektami. 
   Najpierw fryzjer na całe włosy nakłada mieszankę 1 i 2. Pan Jarek zrobił to bardzo dokładnie, każdy mój kosmyk został pokryty grubą warstwą kosmetyków. Następnie musiałam poczekać 15 minut. Muszę przyznać, że byłam ulizana niczym członek boysbandu z lat 90' :D





   Po 15 minutach zostałam zaproszona do umywalki fryzjerskiej, gdzie Pan Jarek najpierw umył mi włosy (dwukrotnie, aby dokładnie zmyć produkt), a następnie nałożył kosmetyk numer 2 i wykonał najcudowniejszy masaż głowy na świecie!



   Po masażu, przyszedł czas na spłukanie produktu, suszenie i stylizację fryzury.

   Zabieg trwał dość długo, bo ok. 1,5 h. Wszystko zależy od tego jak długie są Wasze włosy. Ale muszę przyznać, że był bardzo relaksujący (szczególnie masaż głowy!) i bezbolesny. Całość z pewnością umilał mi fantastyczny zapach produktów Montibello (piękny, mocno waniliowy, z nutą kwiatową). Utrzymywał się na włosach jeszcze kolejnego dnia, a ja nie mogłam przestać ich wąchać!

   Jakie są efekty zabiegu?
   Pierwszą rzeczą jaką zauważyłam było wygładzenie kosmyków. Pan Jarek powiedział, że akurat na moich włosach było to zauważalne, ale wszystko zależy od tego z jakim typem włosa mamy do czynienia. Trzeba pamiętać, że nie jest to zabieg prostujący kosmyki, dlatego np. u posiadaczy loków efekt wygładzenia może być niezauważalny.
   Oprócz tego włosy fantastycznie się rozczesywały, w ogóle nie były splątane i szczotka przesuwała się po nich gładko jak łyżwy po tafli lodu. Co ważne, w trakcie czesania w ogóle się nie elektryzowały, a to jest wielki plus, bo moje kosmyki mają do tego tendencję.
   Co jeszcze zauważyłam? Blask, blask i jeszcze raz blask! Już przed zabiegiem były dość zdrowe i błyszczące (dbam o nie najlepiej jak potrafię: nie czeszę na mokro, nie używam suszarki, codziennie je odżywiam), ale po...to naprawdę nie do opisania. Może zabrzmi to nieskromnie, ale prezentowały się jak z katalogu fryzjerskiego. Przy tym wszystkim były miękkie i jedwabiste w dotyku.
   Bałam się, że taka duża ilość produktów nakładana w krótkim czasie może obciążyć moje kosmyki, ale nic takiego się nie stało. Włosy były lekkie i miały dużą objętość. Efekt ten utrzymywał się do końca dnia. Ale nawet teraz, po trzech dniach, widzę, że nie przetłuszczają się szybciej, co świadczy, że Silaplex nie wpłynął na pracę gruczołów łojowych mojej głowy. 


   Efekt był widoczny od razu po zabiegu. Na zakończenie dostałam do domu produkt, który ma mi pomóc w jego utrzymaniu. Po 3 dniach nadal nie mogę przestać dotykać moich włosów! Wyglądają tak dobrze, jak po wyściu z salonu (no dobra, może nie są tak dobrze wystylizowane), nie mam problemów z ich rozczesywaniem, ładnie błyszczą i nie są obciążone. 
   Tak prezentowały się moje kosmetyki PRZED i PO zabiegu Silaplex:



   Koszt zabiegu zależy od salonu i od długości włosów. Zaczyna się od 100 zł (+50 zł za produkt, który dostajemy do domu). 
   Jeśli będziecie zdecydowani go wykonać, to z całego serducha polecam Wam Fabrykę Fryzur Rabenda w Katowicach na Sowińskiego 45. Zostałam tam obsłużona niczym królowa, a fryzjerzy, którzy tam pracują są pełni pasji i zajmują się klientem z największą troską. Byłam bardzo mile zaskoczona, chociaż na początku trochę przeraziło mnie to, że pracują tam...sami mężczyźni! 

   Czy jestem zadowolona z efektów?
   Jak najbardziej! Po 3 dniach włosy nadal prezentują się ładnie, nie mam problemów z ich rozczesywaniem, końce się nie plączą. Szkoda tylko, że już przestały tak fantastycznie pachnieć, bo chętnie nadal bym się upajała tym aromatem! 

   Dla jakich włosów będzie najlepszy?
   Na włosach zdrowych, nie zniszczonych stylizacją czy rozjaśnianiem efekt będzie widoczny, ale na pewno nie tak spektakularny jak na tych, których właściciele katują je gorącym powietrzem i utleniaczami. Najbardziej polecam go właśnie osobom planującym mocne rozjaśnianie (Silaplex można łączyć z rozjaśnianiem, właśnie po to, aby nie zniszczyć włosów w trakcie zabiegu), a także tym, którzy mają słabe, łamliwe kosmyki, pozbawione blasku. Zapewniam Was, możecie wtedy liczyć na prawdziwy efekt WOW! 

   Jak często należy powtarzać Silaplex?
   Tutaj znów wszystko zależy od rodzaju włosa. Na jednych efekt będzie się utrzymywał dłużej, na innych krócej. Z tego co się dowiedziałam, średni czas utrzymywania się rezultatów zabiegu to ok. 1,5 miesiąca. Ale jeśli będziemy pamiętać o regularnym nakładaniu kosmetyku nr. 3, który dostaniemy do domu (należy go aplikować 1-2 razy w tygodniu), może się utrzymać jeszcze dłużej.

A teraz mam dla Was KONKURS!
Do wygrania zabieg SILAPLEX w Twoim mieście (lub najbliższym, w którym znajduje się salon partnerski Montibello)!!!

    Co należy zrobić żeby wygrać?
  1. Być publicznym obserwatorem bloga nuneczka.pl
  2. Podać swój adres e-mail
  3. Odpowiedzieć na proste pytanie konkursowe:"Dlaczego właśnie Twoje włosy potrzebują zabiegu Silaplex?"
  4. Wszystkie te odpowiedzi umieścić w formularzu konkursowym, który znajdziecie poniżej.
  5. Będzie mi bardzo miło, jeśli przy okazji udostępnicie informację o konkursie w dowolny sposób (banner do pobrania poniżej) oraz polubicie mój fanpage.

   Konkurs zaczyna się dzisiaj (21.03), trwa do 28.03.2016, wyniki podam dzień później, tj. 29.03.2016. 
   Nagrodą jest zabieg Silaplex dla jednej osoby, który zostanie wykonany w salonie w miejscu jej zamieszkania, lub (jeśli w danym mieście nie ma salonu partnerskiego Montibello) w najbliższym mieście, w którym salon partnerski się znajduje. JEST O CO WALCZYĆ! 



Regulamin konkursu:
  1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga nuneczka.pl, fundatorem nagrody firma Montibello;
  2. Konkurs trwa od dnia 21.03.2016 do północy 28.03.2016. Wyniki ogłoszę dzień później, czyli 29.03.2016;
  3. Zwycięzca zostanie ogłoszony w poście konkursowym oraz na fanpage'u bloga nuneczka.pl, jeśli w ciągu 2 dni nie zgłosi się do mnie, pisząc maila na adres: ankatycinska@o2.pl, nagroda przepada i wybieram kolejnych szczęśliwców;
  4. W konkursie mogą wziąć udział tylko osoby, które publicznie obserwują bloga nuneczka;
  5. Wszyscy biorący udział muszą mieszkać na terenie Polski i być osobami pełnoletnimi;
  6. Aby wziąć udział w konkursie należy prawidłowo wypełnić i przesłać formularz konkursowy oraz odpowiedzieć na pytanie konkursowe "Dlaczego właśnie Twoje włosy potrzebują zabiegu Silaplex?";
  7. Zwycięzca zostanie wybrany przeze mnie, na podstawie najciekawszej odpowiedzi;
  8. Nagrodą jest zabieg regenerujący włosy Silaplex w salonie partnerskim Montibello znajdującym się najbliżej miejsca zamieszkania zwycięzcy. Termin zabiegu oraz wybrany salon zostaną ustalone ze sponsorem konkursu, czyli firmą Montibello;
  9. Biorąc udział w konkursie zgadzasz się na przetwarzanie danych osobowych (dotyczy wysyłki);
  10. Wszelkie reklamacje i pytania proszę kierować na adres ankatycinska@o2.pl
  11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
Zachęcam do udziału i życzę powodzenia!

KONKURS ZAKOŃCZONY!
Zwyciężczynią zostaje...
Nadia!
Proszę o kontakt na mail: ankatycinska@o2.pl  

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Kosmetyczne lektury: Charlotte Cho "Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji"

3/17/2016 Ania T.

   Uwielbiam Azjatki! Tak, wiem, zabrzmiało to bardzo dwuznacznie. Ale nie doszukujcie się tutaj żadnych podtekstów. Mi chodzi tylko i wyłącznie o ich typ urody! Trzeba przyznać, że mają piękne, wręcz alabastrowe cery, bez żadnych niedoskonałości i zawsze wyglądają młodo. Bywa tak, że 50-letnia matka, wygląda tak samo świeżo i promiennie jak jej dużo młodsza córka. Zawsze im tego zazdrościłam. Dlatego też kiedy tylko zobaczyłam, że na rynku dostępna jest książka zdradzająca sekrety urody Koreanek, od razu wiedziałam, że muszę ją kupić. Pochłonęłam ją bardzo szybko, dokładnie układając sobie w głowie całą zdobytą wiedzę i wprowadzając ją w życie. Czy dzięki tej lekturze mamy szansę na to, żeby chociaż w połowie wyglądać tak dobrze jak Azjatki? A może to kolejna pozycja na półce, która będzie tylko stała i się kurzyła?

Autor: Charlotte Cho

Tytuł: "Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji"

Wydawnictwo: Znak literanova

   Moją uwagę od razu zwróciła urocza okładka, jest bardzo dziewczęca i bardzo skojarzyła mi się z Azjatkami. One uwielbiają słodkie, różowe rzeczy i fikuśne czcionki (dlatego właśnie większość kosmetyków ze Wschodu ma takie urocze opakowania z nietypowym designem). Oprawa jest miękka, trzeba na nią uważać, bo może się brudzić i odkształcać. Za to strony są wydrukowane na grubym i solidnym papierze. Niewiele w niej obrazków, dominuje tekst (pisany dużą czcionką, także spokojnie, nie martwcie się o swoje oczy!).Oczywiście książka jest podzielona na odpowiednie rodziały, ale tytuły niektórych z nich niewiele nam powiedzą, jeśli się w nie dobrze nie wczytamy. To akurat mi się podoba, bo tylko zachęca do lektury. Muszę przyznać, że dzięki tej lekturze udało mi się poszerzyć swoją wiedzę na temat kosmetyków Azjatyckich. Do tej pory ograniczała się ona do kremów BB i uważałam, że to i tak dużo. A tutaj proszę! Olejki do demakijażu, toniki, maski całonocne, maski w płachcie...ilość produktów do codziennej pielęgnacji, jakie znajdują się w Koreańskich domach jest ogromna. Ale żaden z nich nie jest tam przypadkowo. Każdy z nich jest częścią zestawu niezbędnego do codziennego rytuału piękności. Autorka nie tylko zdradza sekrety, które pomagają Azjatkom zachować młody wygląd na długo, ale także poleca swoje ulubione produkty (zarówno te pielęgnacyjne, jak i kolorowe), zachęca czytelnika do odwiedzin w sprawdzonych "miejscówkach" w Seulu, oraz przybliża nieświadomym ideę "K-Spa" (jeśli chcecie się dowiedzieć więcej na ten temat, polecam zajrzeć do rozdziału 4!). 

Co mi się w tej książce nie podoba?
   Pomimo, że wiele rozdziałów zawiera w sobie bardzo przydatną wiedzę, to jednak uważam, że nie w każdym z nich temat został wyczerpany do końca. Np. w rozdziale o makijażu Koreanek zabrakło mi jakiś konkretniejszych wskazówek. Chociażby facecharta z instrukcją krok po kroku jak się malować, aby uzyskać efekt make-up "no make-up". Oprócz tego większość produktów, które poleca Charlotte, to perełki niedostępne w naszym pięknym kraju (nad czym ubolewam). Ale to akurat nie jest winą autorki i na pewno można znaleźć dla nich jakieś odpowiedniki. 

Komu ją polecam?
   Myślę, że spodoba się każdemu, kto tak jak ja lubi Azjatycki typ urody. A nawet jeśli nie uważa Koreanek za ideał piękna, to na pewno skorzysta z cennych porad, które można znaleźć w tej książce. Na pewno jest to pozycja obowiązkowa dla osób, które chciałyby wzbogacić swoją kosmetyczkę o nowe produkty (uwierzcie mi, z pewnością tak się stanie po jej przeczytaniu! Ja już zamówiłam sobie olejek do demakijażu i maskę całonocną). Dzięki nim Wasza codzienna pielęgnacja na pewno zyska nowe oblicze.

Czego nauczyła mnie ta książka?
   Przede wszystkim tego, że używanie kremu z filtrem to podstawa! Rozdział poświęcony ochronie przeciwko szkodliwemu promieniowaniu UV jest bardzo rozbudowany i po jego przeczytaniu nie tylko odechciało mi się opalać, ale też wyciągnęłam z dna szafy mój filtr 50+. Od teraz zamierzam używać go regularnie! Oprócz tego bardzo zaciekawił mnie również długi (bo aż 10-etapowy!), Koreański rytuał pielęgnacji cery. Wczoraj po raz pierwszy zrobiłam sobie takie SPA dla skóry i muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie była taka gładka i miękka w dotyku. Moja kosmetyczka wzbogaciła się także o dwa nowe produkty, które zamierzam wprowadzić do codziennego użytku (olejek do demakijażu oraz maskę całonocną z algami dla cery mieszanej). Myślę, że za jakiś czas na blogu pojawi się post, w którym pokażę Wam mój plan pielęgnacji i ocenię efekty stosowania porad z tej książki.

Ile kosztuje i czy warto ją kupić?
   Myślę, że wdatek ok. 28 zł to naprawdę niewielka suma. Zamiast iść do drogerii i kupować kolejny niepotrzebny kosmetyk, może lepiej zainwestować w lekturę, która pomoże Ci ułożyć własny plan pielęgnacji w stylu Koreańskim? Ja swój egzamplarz kupiłam na stronie wydawnictwa Znak, ale z tego co widziałam, jest dostępna w wielu księgarniach internetowych, więc na pewno nie będziecie mieli problemu z jej zakupem.

A jak tam zawartość Waszej biblioteczki?
Czy książka Charlotte Cho zagrzała już w niej swoje miejsce?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Zestawy do brwi Lily Lolo: Medium i Dark

3/15/2016 Ania T.


   Zanim zaczęłam interesować się sztuką makijażu i zgłębiać swoją wiedzę na ten temat, zupełnie nie zdawałam sobie sprawy jak istotną kwestią jest podkreślenie brwi. Moje włoski naturalnie są ciemne, ale dość rzadkie i występują między nimi prześwity. Kiedy wykonam pełny make-up, a zapomnę je podkreślić, wyglądam bardzo dziwnie. Dlatego zawsze mam pod ręką produkt, który pozwoli mi je ujarzmić i sprawić, że będą dopełniały "dzieło". Oczywiście jeszcze bardzo daleko mi do poziomu chociaż trochę zbliżonego do perfekcji. Właśnie dlatego doceniam kosmetyki, które w szybki i bardzo prosty sposób pomagają mi osiągnąć naturalny efekt, bez konieczności godzinnego "majstrowania" pędzlami. W swoich zbiorach posiadam dwa zestawy do brwi od Lily Lolo: Medium, oraz Dark. Który z nich lepiej prezentuje się u posiadaczek ciemnej oprawy oczu? Czy są to produkty godne uwagi? Przekonacie się czytając notkę!

OPAKOWANIE

   Co tu dużo mówić...opakowania jak zwykle są śliczne i bardzo minimalistyczne. Trzeba uważać, żeby nie pomylić kolorów, chociaż z pomocą na pewno przychodzą tutaj naklejki na spodzie pudełka, informujące o tym, jaki odcień kosmetyku akurat mamy w ręku. W każdym z pudełeczek znajdziemy wosk do stylizacji włosków, a także cień, który je podkreśli i pomoże zatuszować prześwity. Oprócz tego do "zestawu" dołączone jest małe lusterko, które pomaga sprawdzić czy brwi wymagają poprawek czy nie.

SKŁAD
WOSK - KAOLIN, RICINUS COMMUNIS SEED OIL, SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEED OIL, CERA ALBA, CANDELILLA CERA, ZINC STEARATE, HYDROGENATED CASTOR OIL, COPERNICIA CERIFERA CERA, CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE)

PUDER - KAOLIN, SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL, ZINC STEARATE, TOCOPHEROL, HELIANTHUS ANNUUS SEED OIL [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 77499 (IRON OXIDE)]

   Skład wzięłam ze strony Costasy, jest to INCI wersji Dark, natomiast Medium ma bardzo podobny, różni się jedynie kolorami barwników. LL jak zawsze stawia na naturalne składy. Szczególnie INCI wosku przypadło mi do gustu, dzięki zawartości takich cennych olei jak rycynowy czy jojoba, wosk nie tylko ujarzmia włoski, ale również je wzmacnia, nie wysuszając przy tym skóry w okolicy brwi.

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Zarówno wosk, jak i sam cień, pozbawione są zapachu. Nie dziwi mnie to, biorąc pod uwagę całkowity brak wszelkich sztucznych aromatów w tych kosmetykach.
   Cień ma zbitą konsystencję, ale wystarczy niewielka ilość aby uzyskać na brwiach zadwolaląjcy efekt. Nie pyli się nadmiernie w trakcie użytkowania. Wosk również jest gęsty, ale łatwo nim "operować". Ja zazwyczaj nakładam go palcem i nie mam z tym żadnych problemów.

DZIAŁANIE
   Oba cienie (Medium i Dark) są fantastycznie napigmentowane. Kiedy aplikowałam je na skórę nadgarstka, w celu sprawdzenia odcienia, nie było to tak bardzo widoczne. Natomiast na brwiach zmieniają się nie do poznania. Wystarczy je tylko delikatnie dotknąć pędzelkiem i od razu zaaplikować. Naprawdę nie polecam przesadzania z ilością, bo zamiast naturalnego, można uzyskać teatralny efekt. 
   Świetnie współpracują z każdym pędzelkiem i są bardzo łatwe w aplikacji. Kiedy przez przypadek wyjedziemy za linię, można bez problemu zmazać nadmiarową ilość produktu patyczkiem kosmetycznym.
    Z kolei wosk tak dobrze utrwala cienie, że po jego aplikacji są praktycznie nie do zdarcia (miałam mały problem z ich domyciem zwykłym micelem). To duo doskonale się uzupełnia. Cienie + wosk gwarantują trwały, naturalny efekt. Dodatkowym plusem na pewno jest to, że w razie potrzeby można dołożyć odrobinę cienia bezpośrednio na wosk, będzie on równie dobrze napigmentowany i utrwalony. 
   Jeśli tylko uda nam się dobrać kolor odpowiedni dla Naszej oprawy oczu, mamy pewność, że będzie on idealnym uzupełnieniem każdego makijażu. A włoski zostaną podkreślone i ujarzmione na długo. 

KOLORY

   Nie wiem czy jest to dobrze widoczne na swatchach na dłoni, bo tak jak pisałam, kolory zyskują swoją głębię dopiero po aplikacji bezpośrenio na brwi. Jeśli się jednak dobrze przyjrzycie, to da się zauważyć, że Medium to zdecydowanie cieplejszy i jaśniejszy odcień niż Dark. Oba kolory to naturalnie wyglądające brązy, jednak Medium będzie lepiej prezentował się na nieco jaśniejszych brwiach i u posiadaczek włosów z tonami wpadającymi w rudość. Z kolei Dark to kompan dla ciemnych brunetek z równie ciemnymi brwiami. 
   Tutaj niestety muszę dać firmie małego minusa, bo zarówno na zdjęciach na stronie, jak i w opakowaniu oba kolory nieco się różnią od tego, co uzyskujemy na skórze w rzeczywistości. Gdyby nie porada ze strony obsługi sklepu pewnie zamówiłabym dla siebie wersję Medium, bo bałabym się, że Dark będzie dla mnie za ciemna (tak to wygląda na stronie). A tymczasem to właśnie Dark okazało się idealnym odcieniem dla moich brwi.

EFEKT
   Żeby udowodnić Wam, że odpowiednio "zrobione" brwi naprawdę potrafią zagwarantować efekt WOW w makijażu zobaczcie zdjęcia przed i po :)

PRZED
    Jak widzicie moje naturalne brwi są po prostu straszne...każdy włosek w inną stronę, mnóstwo prześwitów, a do tego bardzo ciężko je ujarzmić.

LILY LOLO EYEBROW DUO MEDIUM

   Z góry przepraszam Was za moją niezbyt dobrą kreskę, cały czas się uczę! :D Za to musicie przyznać, że brwi prezentują się o wiele lepiej niż na poprzednim zdjęciu. Są odpowiedniu ukształtowane, układają się w jednej linii, a do tego nie widać aż tylu prześwitów. A nałożyłam tylko 1, cieniutką warstwę cienia i wosku!  

LILY LOLO EYEBROW DUO DARK





   Mimo, że Medium również dobrze spełnia swoją rolę, to jednak moje serce zdecydowanie należy do duo Dark! Ciemniejszy i chłodniejszy odcień brązu zdecdowanie lepiej prezentuje się przy mojej bladej karnacji. Medium ma zbyt dużo ciepłych, pomarańczowych tonów. Chyba znalazłam swojego "brwiowego" ulubieńca! :) 

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Za jedną sztukę tego duetu zapłacicie niecałe 50 zł. Czy do dużo? Zależy jak na to patrzeć. W sklepach można za dużo niższe kwoty kupić zestawy z większą ilością kolorów...ale...no właśnie ALE...ja mam jeden taki gotowy zestaw i go lubię. Jednak do duo Dark mu daleko! Odcienie nie są tak dobrze dobrane (jasnego nie używam praktycznie wcale) a wosk dołączony do zesatwu nie ujarzmia włosków tak dobrze jak ten od LL. Czy jeśli skończy mi się mój egzemplarz Eyebrow Duo, to kupię nowy? Na pewno!
   Obie wersje kolorystyczne (a także odcień dla osób z jaśniejszymi brwiami, czyli Light) znajdziecie w sklepie internetowym Costasy.

Która wersja kolorostyczna bardziej przypadła Wam do gustu?


   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Biosiarczkowy żel do mycia twarzy Balneokosmetyki

3/10/2016 Ania T.

   Ten żel znalazłam w I edycji boxa Inspired By Charlize Mystery. Akurat skończył mi się ten, który stosowałam wcześniej, więc sięgnęłam po kosmetyk od Balneokosmetyki. Jest on przeznaczony do pielęgnacji cery tłustej i mieszanej, ze skłonnością do zmian trądzikowych...czyli akurat dla takiej, jak moja! Jak sobie poradził?

OPAKOWANIE
   Jestem fanką żeli z dozownikiem w postaci pompki, ten niestety takowego nie posiada. Plastik jest dość twardy i jeśli produkt jest pełny, to nie ma problemu z aplikacją, ale boję się co będzie gdy żel zacznie się kończyć. Dziura, przez którą wylatuje kosmetyk ma odpowiednią wielkość i pozwala na wygodne dozowanie.

SKŁAD
Aqua, Arcylates Copolymer, Sulphide Hydrogen Salty Mineral Water, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Propylene Glycol, Peat Extract, Saponaria Officinalis (Soapworth) Extract, Salix Alba (Willow) Bark Extract, Sodium Cocoyl Apple Amino Acids, Simmondisia Chinensis (Jojoba) Butter, Hydrogenated Jojoba Oil, Citrus Grabdis (Grapefruit) Peel Oil, Sodium Chloride, Sodium Hydroxide, Methylisothiazolinone, Disodium EDTA.
   
   Zazwyczaj staram się unikać żeli z SLS w składzie, na szczęście ten mnie ani nie wyzuszył ani nie podrażnił. Znajdziemy w nim za to wodę siarczkową (idealną dla cer problematycznych!), ekstrakt z kory wierzby czy borowinę. 

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Nie lubię zapachu produktów z siarką (mydło siarkowe, fuuuj!), jednak tutaj "piekielna" nuta przełamana jest cytrusami. W efekcie żel ma całkiem przyjemny aromat, który sprawia, że lepiej się go używa.
   Ma dość gęstą konsystencję, zawiera także w sobie drobinki jojoba, które w trakcie rozcierania produktu na skórze, dają efekt delikatnego peelingu.


   Od żeli do twarzy oczekuję przede wszystkim dobrego oczyszczenia i odświeżenia skóry. Ten produkt spełnił oba te wymagania bez zarzutu. Twarz myję zazwyczaj w trakcie wieczornego prysznica (rano przemywam ją tylko tonikiem), dlatego kosmetyki, których używam muszą poradzić sobie z brudem nagromadzonym przez cały dzień. Żel Balneokosmetyki nie tylko zmywa kurz i złuszczony naskórek, ale także usuwa nadmiar łoju, przez co skóra od razu wygląda zdrowiej i promienieje.
   Stosowany regularnie pomógł mi nieco "uspokoić" moje szalone gruczoły łojowe, dzięki czemu łatwiej opanowałam atak wyprysków, które znów zaczęły się pojawiać (wina tapety, którą jestem zmuszona nakładać do pracy). 
  Drobinki jojoba, które można w nim znaleźć nie tylko delikatnie peelingują i wygładzają cerę, ale także ją odżywiają.
   Nie wysuszył, ani nie podrażnił mojej skóry, która ostatnio zrobiła się bardzo wrażliwa na kosmetyki (prawie za każdym razem gdy używam nowego produktu, wyskakuje mi na twarzy swędząca wysypka). 
   Minusy? Przy pierwszym użyciu kosmetyk pozostawił po sobie uczucie ściągnięcia skóry, co trochę mnie do niego zniechęciło, ale dałam mu drugą szansę i przy kolejnych próbach nie zaobserwowałam tego efektu. 



CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Spora i całkiem wydajna butla tego produktu (200 ml) kosztuje ok. 30 zł. Myślę, że to przystępna cena, zwłaszcza, że kosmetyk naprawdę działa.
   Nie wiem czy znajdziecie go w drogeriach stacjonarnych, ja się jeszcze na niego nie natknęłam (może to dlatego, że ostatnio prawie wcale nie odwiedzam drogerii). Za to bez problemu kupicie go w internecie, chociażby na oficjalnej stronie producenta.

Jaki jest Wasz ulubiony żel do mycia twarzy?
   

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Droższe vs. Tańsze: kolorowe kosmetyki wysokopółkowe i ich tańsze odpowiedniki

3/06/2016 Ania T.

   Należę do osób, które zwracają bardzo dużą uwagę na jakość kosmetyków, których na co dzień używam. Miałam już okazję testować wiele różnych marek i przez te kilka lat znalazłam parę perełek, które chętnie polecam moim czytelnikom, a także znajomym. Chyba jak każda kobieta lubię dobrze wyglądać, a wiadomo, że makijaż jest jednym ze sposobów, aby osiągnąć ten cel. Nie uważam się za mistrzynię make-upu, ale z chęcią próbuję na sobie różne nowości "kolorówkowe". W moich zbiorach znajdują się zarówno kosmetyki marek selektywnych, jaki i takie, które kupicie za grosze w każdej drogerii. Często zdarza się tak, że drogeryjne kosmetyki wcale nie odbiegają jakością od tych, które kupicie za niebotyczne kwoty w ekskluzywnych salonach. Dzisiaj przygotowałam dla Was małą ściągawkę: kosmetyki droższe, zestawiłam z ich tanimi, drogeryjnymi odpowiednikami. Łączy je wygląd, działanie no i przede wszystkim porównywalna jakość, jeżeli chodzi o trwałość i działanie danego produku. Chłopcy! Pamiętajcie, że zbliża się Dzień Kobiet, może ta ściągawka pomoże Wam znaleźć prezent dla Waszych piękniejszych połówek/mamy/siostry/babci :) 

KOSMETYKI/AKCESORIA DROŻSZE
  1. Meteoryty Guerlain: mój przedmiot pożądania! Te kulki marzą mi się już od dawna, niewykluczone, że niedługo stanę się ich szczęśliwą posiadaczką. Każda kobieta ucieszyłaby się z takiego prezentu od ukochanego. Nie tylko pięknie wyglądają, ale również są chwalone przez całe rzesze blogerek. Podobno pachną tak samo ładnie jak się prezentują :) Niestety, taniej niż za 170-180 zł ich nie kupicie.
  2. Palety magnetyczne Inglot i M.A.C: palety magnetyczne mają bardzo wiele zalet. Pomagają  nie tylko uporządkować kosmetyki ale także sprawiają, że możemy mieć wszystkie niezbędne produkty w jednym miejscu, co oszczędza nam nie tylko czas, ale także bezcenne miejsce w kosmetyczce. Najbardziej znane są te z Inglota. Niestety, mają pewne wady: po pierwsze wersje z przegródkami są dopasowane głównie do wkładów firmy Inglot. Trzeba mieć niezłe szczęście, żeby zmieścić tam wkłady innych firm. Po drugie, najmniejsza wersja tej paletki, miesząca zaledwie 1, kwadratowy wkład, kosztuje 13 zł. Paletki M.A.C to w ogóle kosmos, bo trzeba oddzielnie płacić za opakowanie, a oddzielnie za wkłady (które też są dopasowane pod konkretne produkty tej firmy), więc jej koszt wyniesie nie mniej niż 100 zł.  Najtańsza paletka, mieszcząca 4 cienie (oczywiście M.A.C-owe), to koszt 28 zł. Dodam, że każdy, pojedynczy cień do tej palety kosztuje 57 zł...
  3. Eyeliner w żelu Inglot: kiedy miałam szkolenie z groomingu w pracy, nasza makijażystka pokazywała nam jak mamy się na co dzień malować. Okazało się, że jest wielką fanką kosmetyków Inglot. Miałam więc przyjemność zapoznać się z żelowym linerem tej firmy w odcieniu ciemnej szarości. Produkt okazał się trwały i prosty w użyciu. Jednak za mały słoiczek trzeba zapłacić 40 zł, a żeby nadawał się do użytku, to należy dokupić do niego pędzelek (kolejny wydatek). Dodatkowo dowiedziałam się, że dość szybko traci właściwą konsystencję i wysycha, co nieco mnie zasmuciło...
  4. Korektor pod oczy Bourjois: pełna nazwa tego produktu to Bourjois Healthy Mix Illuminating Brush Concealer. Nie wiem czy nadal jest dostępny w regularnej sprzedaży, ja kupiłam go na wyprzedaży w Douglasie (kiedy likwidowali szafy tej marki) za ok. 30 zł. To był bardzo lekki, łatwy w aplikacji produkt. Jego krycie oceniłabym na średnie, za to nie wysuszał skóry, co bardzo mi się w nim podobało. Czy rozświetlał? Może minimalnie.
  5. Matowe szminki M.A.C: te szminki to moja miłość. Kiedy mam zły humor, to nic tak bardzo mi go nie poprawia jak małe "guilty pleasure" w postaci nowego M.A.C-zka. Najbardziej lubuję się w tych z matowym wykończeniem. Cenię je za piękny, nasycony kolor, doskonałą trwałość i niezawodność. Wadą na pewno jest cena: 86 zł za sztukę.
  6. Konturówki do ust M.A.C: i znowu schodzimy na temat M.A.C-a :) Z tej firmy mam tylko 1 konturówkę. Kupiłam ją tylko dlatego, że był to jedyny odcień pasujący do szminki tej samej firmy (mowa tutaj o Heroine). Mają dobrą trwałość, są proste w obsłudze. No ale jednak 72 zł za kredkę do ust boli mój portfel. I to bardzo boli. 
  7. Chubby Stick Clinique: te kredki to fenomen, którego kompletnie nie rozumiem. Mam w domu jedną sztukę, ale zupełnie nie jestem jej fanką. Kolor jest jak dla mnie za mało intensywny, do tego jego trwałość pozostawia wiele do życzenia. To produkt, który spodoba się osobom lubiącym bardzo delikatne, wręcz błyszczykowe wykończenia. Co prawda nie wysusza ust, tak jak obiecuje producent. Ale z drugiej strony zwykła wazelina kosmetyczna też ich nie wysusza, a nie kosztuje 80 zł...
KOSMETYKI/AKCESORIA TAŃSZE

  1. Puder Wibo Star Glow: tańszy odpowiednik Meteorytów. Pisałam Wam już o nim TUTAJ. Nie wiem czy ma taką samą trwałość i wykończenie jak puder Guerlain. Porównuję go do słynnych meteorytków tylko pod kątem wyglądu. Uważam, że jego opakowanie jest naprawdę piękne i prezentuje się dość ekskluzywnie. Więc jeśli ktoś chciałby podarować komuś bliskiemu kosmetyczny drobiazg, który będzie ładnie wyglądał, a do tego świetnie się prezentował na twarzy i nie chciałby przepłacać, to polecam mu właśnie Star Glow od Wibo. Koszt? Ok. 16 zł.
  2. Paletki magnetyczne Vipera Puzzle Magnetic Zone: w przeciwieństwie do palet Inglota, nie mają separatorów i nie trzeba do nich kupować oddzielnych, magnetycznych separatorów tak jak w przypadku palet M.A.C. Pomieszczą wkład o każdym kształcie (te z Inglota również do nich świetnie pasują). Są trwałe, solidne i mocne. Najmniejsza paleta, mieszcząca 4, kwadratowe wkłady to koszt 13 zł (Inglotowa paleta mieszcząca tylko 1 wkład kosztuje tyle samo). Najlepiej oczywiście kupować do niej wkłady Vipery z serii Puzzle (do wyboru są cienie, róże, pudry, korektory, szminki w przystępnych cenach), jednak tak jak już pisałam wyżej- pomieści każdy rodzaj wkładu, oczywiście w zależości od jego wielkości. Ja swoją paletę mam już ponad 2 lata, jeździ ze mną praktycznie wszędzie i oprócz tego, że lekko ubrudziła mi się klapka, to nie mam do niej żadnych zastrzeżeń.
  3. Płynne eyelinery Wibo/Lovely: nie mam zdjęcia linera, którego używam obecnie (Lovely Matte Eyeliner w szarym kolorze), ale miałam kiedyś czarny liner Wibo ze zdjęcia i jakościowo są praktycznie takie same. Na wyżej wspomnianych zajęciach z groomingu obmacałam sobie liner z Inglota, chciałam go mieć, ale uznałam, że nie chcę przepłacać. I kupiłam matowy liner Lovely za...6 zł. I wiecie co? Kolor jest praktycznie identyczny! Dodatkowo nie musiałam kupować pędzelka, ponieważ jest już dołączony do linera. Jest cieniutki, precyzyjny i bardzo łatwo zrobić nim kreskę. Dopóki nie majstruję zbytnio przy oczach, albo intensywnie nie rozcieram cieni pędzelkiem do blendowania po zrobieniu kreski, liner trzyma się cały czas na miejscu. Nie kruszy się, nie rozmazuje i dość szybko wysycha na powiekach. Jeśli miałabym wybierać, czy wolę liner Inglota czy ten tańszy odpowiednik, to zdecydowanie wybrałabym Lovely. Wiem, że pewnie okaże się dużo mniej wydajny, ale kolejne opakowanie kosztuje grosze, a efekt, jaki uzyskuje jest praktycznie taki sam.
  4. Korektor pod oczy Hean: kiedy skończył mi się korektor od Bourjois, musiałam na szybko znaleźć jakiś korektor zastępczy. Praktycznie bez zastanowienia kupiłam ten od Hean. Ma bardzo jasny odcień, czyli idealnie pasuje do takiej karnacji jak moja. Czy okazał się lepszy od droższego kolegi? Właściwie to ciężko stwierdzić. Ma on cięższą fomułę, jest bardziej kremowy, przez co trochę gorzej się go rozprowadza. Ale za to ma dużo lepsze krycie, a efekt rozświetlenia pod oczami jest zauważalny, ponieważ zawiera w sobie małe, iskrzące drobinki. Gdybym miała wybierać pomiędzy tymi dwoma produktami, pewnie miałabym dylemat, bo z jednej strony z korektorem Bourjois lepiej mi się "współpracowało", ale z drugiej, ten od Hean okazał się bardziej użyteczny w korygowaniu niedoskonałości pod oczami. Różnica w cenie nie jest jakaś ogromna, bo Hean wycenia ten kosmetyk na 12 zł (Bourjois kosztuje 30 zł), więc w porównaniu do niektórych produktów w tym zestawieniu nie jest to dużo. Uważam, że każdy powinien ocenić czego dokładnie oczekuje od korektora pod oczy. Jeśli chciałby wybrać tańszą wersję tych, które dostępne są w Rossmanach czy innych drogeriach, to z powodzeniem może sięgnąć po Hean, bo on niczym nie ustępuje droższym "kolegom".
  5. Matowe szminki Golden Rose Velvet Matte oraz N.Y.X Soft Matte Lip Cream: jak dla mnie to są świetne produkty, którymi z powodzeniem możemy zastąpić matowe szminki M.A.C. Golden Rose Velvet Matte przebojem wdarły się do blogosfery i zdobyły bardzo wiele pozytywnych opinii. Wcale się temu nie dziwię! Szminki mają ładne, matowe wykończenie, są trwałe i choć trochę wysuszają usta (jak to maty), to można im to wybaczyć. Koleżanka, która jest ich wielką fanką, kiedyś użyła mojego M.A.C-a w podobnym odcieniu do jednej ze szminek GR, którego używa na co dzień i stwierdziła, że nie widzi dużej różnicy. Podobnie jest w przypadku N.Y.X Soft Matte Lip Cream. One co prawda mają zupełnie inną formułę, ponieważ są kremowe i matowieją na ustach dopiero po wyschnięciu, jednak są równie trwałe i mają piękniy nasycony kolor jak M.A.C-zki. Oczywiście zarówno GR jak i N.Y.X nie może się pochwalić tak szeroką gamą kolorystyczną i tak eleganckimi opakowaniami jak M.A.C (ja uwielbiam kształt ich szminek!), ale jeśli nie chcecie przepłacać, to polecam się zapoznać z ich ofertą. Szminka Golden Rose kosztuje 10 zł, N.Y.X 35 zł (na razie można je kupić tylko w Douglasie, niestety, wybór jest dość ograniczony, ale w kwietniu marka planuje otworzyć swój własny sklep internetowy, więc możliwe, że nie tylko asortyment będzie większy, ale także zmienią się ceny- oby na niższe!).
  6. Konturówka do ust N.Y.X: wyglądem bardzo przypominają te z M.A.C, ich trwałość jest praktycznie taka sama. Dlatego akurat w tym przypadku, zdecydowanie polecam nie przepłacać i zainwestować w tańszy odpowiednik. N.Y.X kosztuje niecałe 23 zł (prawie 50 zł mniej niż M.A.C!), a kredka jest równie prosta w użyciu. Podobnie jak konturówka M.A.C , przedłuża trwałość makijażu ust, nie ściera się i pozwala na precyzyjne podkreślenie konturu warg. Wadą na pewno jest to, że na razie w Douglasie wybór kolorów jest mocno ograniczony, dlatego polecam poczekać na uruchomienie oficjalnej, polskiej strony N.Y.X-a!
  7. Szminka do ust w kredce Golden Rose: ta pozycja na liście jest dość kontrowersyjna, bo nie do końca jest odpowiednikiem Chubby Sticka Clinique, ale za to moim zdaniem zdecydowanie lepiej warto w nią zainwestować! Dlaczego? Dlatego, że przede wszystkim WIDAĆ ją na ustach. Nie daje tylko lekkiego połysku i odrobiny koloru, tylko jest szminką z prawdziwego zdarzenia. Jeśli dodatkowo chcemy uzyskać błysk, możemy w każdej chwili nałożyć na usta odrobinę transparentnego błyszczyka. Do wyboru jest 20 kolorów, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Więc jeśli macie płacić 80 zł za produkt, który na ustach jest prawie niewidoczny, to lepiej zainwestujcie 12 zł w kredkę, którą wykonacie perfekcyjny makijaż! 

   Mam nadzieję, że to porównanie chociaż w małym stopniu okaże się dla Was przydatne. Chciałam Wam pokazać, że czasami nie warto przepłacać, bo drogie kosmetyki często można zastąpić ich tańszymi odpowiednikami, które będą porównywalnie, a czasem nawet tak samo dobre. Wiadomo, pomiędzy tymi produktami zawsze będą występowały różnice: a to w wyglądzie opakowania, a to w ich formule czy trwałości. Jednak wszystko zależy od tego, czego dokładnie od danego kosmetyku oczekujemy. Jeśli mamy zamiar używać go raz na jakiś czas, to uważam, że nie ma potrzeby wydawania na niego połowy wypłaty, jeśli możemy zamiast tego zainwestować w produkt, który za 1/10 tej ceny kupimy w każdej drogerii.

A czy Wy znacie jeszcze jakieś inne, tańsze odpowiedniki kosmetyków wysokopółkowych, które mogłyby się znaleźć na tej liście?
Koniecznie podzielcie się swoimi pomysłami!


   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!