Puder Star Glow Wibo

2/23/2016 Ania T.

   Od kilku miesięcy marzą mi się słynne Meteoryty Guerlain. Jednak od zakupu skutecznie powstrzymuje mnie ich kosmiczna cena. Nie wachałabym się zapłacić tyle pieniędzy za rewelacyjny podkład czy puder kryjący, który w końcu poradziłby sobie z moją problematyczną strefą T. Ale puder, który rozświetla, ale nie kryje za prawie 300 zł? Moje marzenia muszą jak na razie poczekać. A w międzyczasie znalazłam kosmetyk, który trochę Meteoryty przypomina (a przynajmniej kształtem i kolorami), ale jest od nich dużo tańszy. Czy jest od Meteorytów lepszy? Nie mnie to oceniać- tak jak pisałam, jeszcze nie dorobiłam się oryginałów, dlatego odpuszczę sobie przypuszczenia. Zobaczcie jak sprawują się kuleczki od Wibo i sami oceńcie czy warto je kupić!

OPAKOWANIE

   Muszę przyznać, że Wibo przyłożyło się projektując opakowanie, w którym zamknięte są kuleczki. Na pierwszy rzut oka nie wygląda ono jak opakowanie kosmetyku niskopółkowego. Jest lustrzane, eleganckie...jednak bardzo podatne na uszkodzenia, co z resztą widać na zdjęciach. A foty były robione może tydzień po zakupie produktu. Każda rysa, plamka czy odbicie palca są widoczne. Co prawda plastik, z którego słoiczek został wykonany wygląda na dość solidny, ale chyba wolę tego nie sprawdzać, rzucając nim o ziemię. 

SKŁAD
   Talc, Mica, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Isostearyl Neopentanoate, Sorbitol, Phenoxyethanol, Methylparaben, Propylparaben, Butylparaben, Potassium Sorbate, Chlorphenesin, Tin Oxide, Sodium Dehydroacetate, BHT, Parfum, CI 77891, CI 77163, CI 77491, CI 77288, CI 77492, CI 77742, CI 77007, CI 77499, CI 45410, CI 19140 (skopiowany ze strony Wibo)

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Jak dla mnie ten kosmetyk nie ma jakiegoś szczególnego zapachu, ot, taki tam pudrowy aromat. Najważniejsze, że nie drażni nozdrzy i jest na tyle delikatny, że używanie produktu jest przyjemnością.
   Konsystencja w tym przypadku chyba nie jest właściwym słowem. Ten puder to po prostu kuleczki w różnych kolorach: każdy z nich ma spełniać inne zadanie. Bardzo dobrze współpracują z pędzlem, bezproblemowo można nabrać odpowiednią ilość produktu i zaaplikować go w pożądane miejsce na twarzy.

DZIAŁANIE
   Tak jak pisałam wyżej, w pudełku znajdziemy 6 kolorów kuleczek:
  • zielone - mają korygować zaczerwienienia
  • białe- odbijają światło
  • różowe i liliowe- nadają skórze świeżości
  • złote- rozświetlają
  • brązowe- nadają naturalny efekt
  Niestety, nie zauważyłam u niego ani właściwości kryjących, ani tego, że koryguje niedoskonałości. Zielonych kulek, które mają zakrywać zaczerwienienia jest w nim tak mało, że ich działanie jest niezauważalne.
   Po nabraniu na pędzel, wszystkie te kolory się ze sobą zlewają, dając złote wykończenie w typie "glow", trochę przypomina mi ono Mary Lou Manizer, jednak efekt jest bardziej subtelny. Nie nazwałabym tego produktu PUDREM. Dla mnie puder to kosmetyk o konkretnym kolorze (lub bezbarwny), który ma matować cerę, ewentualnie zakrywać jej niedoskonałości. Kulki Wibo to bardziej rozświetlacz niż puder.
    Jeśli więc szukacie produktu dobrze kryjącego, to Star Glow Was pod tym kątem zawiedzie. Za to jako kosmetyk dajacy delikatny efekt rozświetlenia i wykańczający makijaż, jak najbardziej się sprawdzi. Ze względu na to, że jest skomponowany z dość uniwersalnych odcieni, powinien pasować do większości karnacji. Z moją skórą stapia się bez problemu. Lubię go nakładać na już gotowy makijaż, szczególnie jak idę na jakąś imprezę i mam na sobie kryjący podkład, Nadaje cerze świeżości i naturalności, co przy make-upie na większe wyjścia (czytaj: tapecie) jest bardzo ważne.


   CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Z tego co pamiętam, zapłaciłam za niego ok. 17 zł. Nie jest to majątek, więc jeśli szukacie taniego produktu, który w naturalny sposób rozświetla cerę, to myślę, że warto się za nim rozejrzeć. Z własnego doświadczenia wiem, że kosmetyki w kulkach są niesamowicie wydajne, więc pewnie posłuży Wam dłuuuuugi czas.
   Kupicie go praktycznie w każdym Rossmanie (a także innych drogeriach), w których dostępne są kosmetyki Wibo.

   Co mogę więcej powiedzieć? Kuleczki Wibo wyglądają niepozornie, ale całkiem miło mnie zaskoczyły. No to na co czekacie? Biegnijcie do najbliższego Rosska po Wasz egzemplarz Star Glow!

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Mgiełka utrwalająca makijaż Lily Lolo

2/18/2016 Ania T.

   Ile razy zdarzyło Wam się wykonać perfekcyjny make-up, który dosłownie "rozpłynął" się po kilku godzinach, bo nie miałyście go czym utrwalić? Na rynku znajdziemy całkiem sporą gamę produktów, które pomagają przedłużyć trwałość makijażu, a jednocześnie pilnują, żeby był na swoim miejscu przez cały dzień. Miałam okazję przetestować parę tych wynalazków, jednak nie do końca przypadły mi one do gustu....dlaczego? Pierwsza rzecz to alkohol w składzie: niestety, znajduje się w wielu kosmetykach tego typu. Moja skóra nie reaguje na niego zbyt dobrze: przy dłuższym używaniu powoduje u mnie przesusz stulecia, a z łuszczącą się skórą muszę potem walczyć miesiącami. Z kolei drugi minus to efekt, jaki pozostawiają po sobie te specyfiki. Niestety, za każdym razem mam wrażenie, jakbym spryskała się lakierem do włosów: skóra jest nieprzyjemnie napięta i lepka w dotyku (przynajmniej na początku, póki produkt dobrze się nie osadzi na twarzy). Czy mgiełka od Lily Lolo pozytywnie wyróżniła się na tle innych makijażowych utrwalaczy?

OPAKOWANIE
    Opakowanie jest bardzo charakterystyczne dla produktów LL: proste, minimalistyczne i bardzo eleganckie. Atomizer się nie zacina i rozpyla odpowiednią ilość produktu. 

SKŁAD
   W odróżnieniu od fixerów, z którymi miałam do tej pory do czynienia, ta mgiełka od LL nie ma w sobie alkoholu. Do tego ma całkiem sporą gamę naturalnych wyciągów (między innymi z aloesu, grapefruita czy jagody goji). 

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Jej zapach nie do końca mi odpowiada, myślałam, że będzie bardziej rześki, tymczasem trochę mnie przytłacza, jest dziwny i trudny do opisania...ale na szczęście na skórze w ogóle go nie czuć, a to akurat jest plus w tym przypadku.
   Podobnie jak większość produktów w sprayu, w opakowaniu ma postać płynu, a po naciśnięciu atomizera zamienia się w delikatną mgiełkę. Warto wspomnieć, że nie klei się i nie pozostawia nieprzyjemnego uczucia ściągniętej i napiętej skóry. 

DZIAŁANIE
   Niestety, jej działanie oceniam jako mocno średnie. Owszem, dzięki swojemu całkiem ciekawemu składowi w ogóle nie wysusza skóry. Wręcz przeciwnie, otula ją mleczną, bardzo orzeźwiającą "rosą", która doskonale odświeża twarz.
   Na co dzień raczej staram się w ogóle nie używać podkładów, ale odkąd zaczęłam szkolenie w nowej pracy, muszę się do nich przyzwyczaić. I to do tych naprawdę dobrze kryjących, które jak wiadomo, są dość ciężkie. Ta mgiełka daje skórze uczucie komfortu po nałożeniu "szpachli" na twarz i za to ma u mnie sporego plusa!
   Producent pisze, że jest to świetny kosmetyk do utrwalania makijażu mineralnego: powiem tak, ja stosowałam go zarówno po nałożeniu makijażu mineralnego, jak i makijażu "zwykłymi" kosmetykami (w moim przypadku jest to podkład Estee Lauder Double Wear plus puder mineralny Lily Lolo). Szczerze mówiąc nie zaobserwowałam jakiś szczególnych różnic w działaniu w obu tych przypadkach. Owszem, mgiełka odświeża twarz, nie wysusza jej, mogłabym nawet rzec, że minimalnie ją wygładza. Jednak trwałość make-upu jedynie NIEZNACZNIE się poprawia, w stosunku do tego, wykonanego bez użycia tego produktu. A wnikania w zmarszczki niestety nie uniknęłam: nawet po aplikacji mgiełki, zarówno minerały, jak i "zwykłe" podkłady osadzają się w każdym załamaniu skóry. Na jej obronę mogę powiedzieć tylko tyle, że trochę pomogła mi zredukować "rolowanie" się podkładu Estee Lauder DW. Ja jednak oczekuję czegoś więcej po tego typu produkcie...

CENA
   Cena jest dość wysoka, prawie 61 zł. Mgiełkę możecie zakupić na stronie internetowej COSTASY.

   Trochę żaluję, że u mnie ta mgiełka nie do końca się sprawdziła. Liczyłam na dużo więcej z jej strony: nawilżenie, odświeżenie i nieznaczne przedłużenie trwałości makijażu, to jednak dla mnie trochę za mało jak na produkt, który tyle kosztuje. Być może to wszytko zależy od typu cery: moja jest dość kapryśna i mało który kosmetyk sobie z nią radzi. Na pewno będzie dobra dla osób z suchą skórą, ponieważ dodatkowo jej nie przesuszy. Jednak nie obiecuję, że u nich sprawdzi się lepiej niż u mnie ;) Za to muszę przyznać firmie wielkiego plusa, za przyjazny skład i nietestowanie na biednych zwierzątkach (produkt jest odpowiedni dla wegan). 

A Wam zdarza się używać produktów do utrwalania makijazu?
Jaki z nich jest Waszym ulubionym?


   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Moja kolekcja szminek M.A.C

2/15/2016 Ania T.

    Dzisiaj znów będzie szminkowo...wczoraj pokazywałam Wam brzoskwinowego przyjemniaczka od Moov, teraz przychodzi kolej na prezentację mojej kolekcji szminek M.A.C. Gdyby parę lat temu ktoś zachęcałby mnie do kupna szminki za 86 zł, pewnie puknęłabym się w głowę i stwierdziła, że komuś się coś nieźle pomieszało. Jednak gdy założyłam bloga i zaczęłam regularnie przeglądać wpisy innych koleżanek blogerek, czytałam coraz więcej zachwytów nad słynnymi M.A.Czkami. Oprócz tego moja najlepsza przyjaciółka chwaliła je na każdym kroku, co tylko wzmagało moją chęć posiadania własnej szminki z "magicznym" logo. Moja przygoda zaczęła się od dość kontrowersyjnego koloru "Heroine"...i trwa nadal. Kolekcja (jak na razie) jest skromna, ale z pewnością będzie się poszerzać! Bo te szminki bardzo mnie wciągnęły! To jak, gotowi na pomadkowo-M.A.C-ową podróż? :)


   Moja mała kolekcja liczy sobie 6 odcieni. Jako, że jestem fanką czerwieni/fioletów/rożów w każdym wydaniu, to właśnie po takie kolory sięgam. Nie boję się zaszaleć, dlatego też zdarza mi się nakładać na usta naprawdę odważne kolory. 
   Jeśli chodzi o szminki M.A.C, to zdecydowanie jestem fanką wykończeń matowych (matte), ale w kolekcji znajdują się także wykończenia typu amplified (kremowe), lustre (błyszczące, przypomina nieco błyszczyk), a także satin (półmatowe). Innych jeszcze nie miałam okazji próbować...ale wszystko przede mną! 

Szminki o wykończeniu Matte
   Jak widać maty zdecydowanie królują, aż 3 moje szminki mają właśnie to wykończenie. I wiecie co? Jestem zachwycona! Słyszałam o nich różne opinie: że się ciężko rozprowadzają, że zą suche...myślę, że to wszystko zależy od koloru, owszem, ich konsystencja nie jest najłatwiejsza w obsłudze, ale to jest kwestia wprawy. Matowe szminki z reguły są dosyć twarde i zbite. Ja ze swoimi nie mam problemu, aczkolwiek czasem muszę sobie pomagać konturówką, bo nie zawsze jestem w stanie równo pomalować usta. Jeśli chodzi o trwałość, to nie mam im nic do zarzucenia. Są prawie nie do zdarcia, wytrzymują kilka godzin. Nie zbierają się w załamaniach ust i mają naprawdę mocno matowe (nie mylić z kredowym!) wykończenie. Do tego są bardzo dobrze napigmentowane, zazwyczaj już 1 warstwa (zależy od koloru) wystarczy aby równomiernie pokryć wargi. Wady? Niestety, podobnie jak większość szminek matowych, te również wysuszają usta. Ale musze przyznać, że nie aż tak bardzo jak produkty niektórych firm (nie chcę tutaj robić antyreklamy) ;) Posiadam 3 matowe M.A.Ci: Heroine, Fashion Revival i Good Kisser.

Szminki o wykończeniu Amplified
   Trwałością dorównują matom, są tak samo świetnie napigmentowane, ale dodatkowo mają lekki połysk, który nadaje ustom "świeżości". Nie wysuszają warg tak bardzo jak matowi koledzy, a trwałość mają porównywalną (no, może minimalnie gorszą). Rozprowadzają się łatwiej, ze względu na mniej zbitą konsystencję. W mojej kolekcji znajduje się tylko 1 szminka o tym wykończeniu: Miley Cyrus I, z limitki Viva Glam.

Szminki o wykończeniu Lustre
   W porównaniu do pozostałych wykończeń, które miałam okazję wypróbować, lustre to zdecydowanie najmniej trwała i napigmentowana opcja. To wykończenie jest delikatne, ma "błyszczykowy" połysk (ale bez drobinek), ale jednocześnie pozwala na stopniowanie koloru. Chociaż ten nigdy nie będzie tak intensywny jak w szminkach o innym wykończeniu. Miłą odmianą jest to, że nie wysusza ust. Jeśli więc szukacie trwałego, mocnego koloru, to raczej nie wybierajcie wykończenia lustre. To jest świetne opcja na co dzień, kiedy zależy nam na ładnym podkreśleniu i nabłyszczeniu ust, ale nie lubimy klejących się błyszczyków z drobinkami. Moja szminka Lustering, to ulubieniec, właśnie dlatego, że nie wymaga wprawy ani zachodu z aplikacją, a naprawdę dobrze prezentuje się na ustach. 

Szminki o wykończeniu Satin
   To wykończenie łączy w sobie zarówno cechy matte, jak i amplified. Ma mniej zbitą konsystencję niż maty, ale jednocześnie nieco "twardszą"od amplified. Podobnie jest z połyskiem: nie jest to typowy mat, ale również nie ma "błyszykowego" wykończenia. Można powiedzieć, że jest to taki produkt "pomiędzy". Nie ma w sobie żadnych drobinek, kolor jest świetnie napigmentowany i trzyma się na ustach kilka godzin (trwałość praktycznie taka sama jak w przypadku matów), ale również nieco je wysusza. Jeśli ktoś nie ma wprawy w używaniu kolorówki o mocno matowym wykończeniu, a zależy mu na takim efekcie na ustach, to polecam mu najpierw sięgnąć właśnie po satin, moim zdaniem są one nieco prostsze w aplikacji. Satynowy M.A.C Red to mój ostatni zakup, ale zakochałam się w nim od pierwszego użycia!

Od lewej: Viva Glam Miley Cyrus I, Heroine, Lustering, Fashion Revival, Good Kisser, M.A.C Red

SWATCHE
  Miley Cyrus Viva Glam I, jak sama nazwa mówi pochodzi z limitki Viva Glam, która jest tworzona przy współpracy z gwiazdami. Swoje szminki Viva Glam "miały" już m.in.; Rihanna, Ariana Grande czy Lady Gaga. Część dochodu z ich sprzedaży przekazywana jest na walkę z AIDS, a więc szczytny cel :) Wyżej wspomniałam, że jest to wykończenie typu amplified. Na ustach jest lekko połyskująca i ma odcień pięknego, intensywnego różu. Niestety, limitka została już wycofana, więc szminka jest raczej nie do kupienia.
   Heroine to piękny, bardzo intensywny, jagodowo-fioletowy mat. Na pewno nie jest to szminka na każdą okazję i pasuje raczej do luźniejszych stylizacji, niż do eleganckiego looku. Wymaga dużej precyzji w aplikacji, no i przede wszystkim dobrze dobranej kolorystycznie konturówki. Bez tego ciężko jest uzyskać równy obrys ust. Niemniej, jestem w niej niezmiennie zakochana, bo mało która firma ma w ofercie tak piękny odcień fioletu, który na ustach wygląda dokładnie tak samo jak w opakowaniu i jest równie intensywny! Odcień jest dostępny w regularnej sprzedaży.
  Lustering opisałam już wyżej i niewiele mam do dodania. To delikatna czerwień, przełamana odrobiną różu. Mało intensywna na ustach, chyba, że nakładam kilka warstw. Ładnie je nabłyszcza, ale jest średnio trwała. Za to jest to kolor tak uniwersalny, że pasuje niemal do wszystkiego, dlatego też często gości na moich wargach. Dostępny w regularnej sprzedaży.
   Fashion Revival to była miłość od pierwszego wejrzenia! To taki ciemny fiolet z domieszką burgundu, wsystko zależy od światła, bo w różnym oświetleniu prezentuje się inaczej. Ma trwałe, matowe wykończenie. Jest świetnym dopełnieniem każdej stylizacji, aczkolwiek też wymaga sporej odwagi, bo nie jest to odcień dla każdego. Pochodzi z wycofanej już limitki M.A.Cnificent Me!
   Good Kisser odcieniem przypomina Vivę Glam I Miley, jednak jest to nieco ciemniejszy i matowy róż. Pochodzi z limitowanej kolekcji Novel Romance.
   M.A.C Red to kolor, który chodził za mną od wielu miesięcy, jednak miałam problem z jego zakupem (magazyny w Polsce świeciły pustkami, a do sklepów te szminki nie przychodziły w dostawie), ale w końcu go dorwałam. Nie żałuję ani złotówki jaką na niego wydałam. Jest to czerwień w najpiękniejszym wydaniu! Może nie jest to taki "classic red", z nutą pomarańczu, bo tutaj mamy raczej domieszkę ciemnej maliny, ale dla mnie to kolor idealny! Najpiękniejsza, elegancka, ponadczasowa czerwień! Kolor dostępny w regularnej sprzedaży.

   Mimo, że jedna szminka to spory wydatek (86 zł), to nie żałuję ich zakupu. W dobre kosmetyki czasem warto zainwestować więcej pieniędzy, aby mieć pewność, że długo utrzymają się na ustach i będą odpowiednio napigmentowane. Na swojego pierwszego M.A.C-a zdecydowała się także moja mama, która do tej pory raczej podchodziła do tych kosmetyków z dystansem. Kto zgadnie jaki kolor wybrała? Podpowiem Wam, że zaden z powyższych, ale za to bardzo znany i powszechnie chwalony ;) 

A Wy, drodzy czytelnicy, posiadacie jakieś M.A.Cowe "smaczki" w kosmetycznych kuferkach?

   
   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Pomadka w kredce Chubby "Monday" Moov

2/14/2016 Ania T.

   Od jakiegoś czasu panuje moda na pomadki w kredce: w swojej ofercie ma je bardzo wiele firm. I chociaż pojawiają się na rynku jako "nowości", to wcale nie są takie "nowe" (kojarzycie słynne Chubby Stick Clinique? One są w sprzedaży już od dłuższego czasu). Trzeba przyznać, że taka forma szminki ma wiele zalet. Czy w takim razie Moov sprostało moim oczekiwaniom i wyprodukowało kredko-pomadkę godną polecenia?

OPAKOWANIE
   Kredka jest bardzo poręczna, ma lekko zaokrąglony koniec, który ułatwia jej aplikację na usta. Nie jest wysuwana, dlatego zastanawiam się czy nie będę miała problemu z jej temperowaniem (jakoś te wysuwane zawsze lepiej mi się "ogarniało"). To się jeszcze okaże ;) W każdym razie plastik jest dość solidny, skuwka mocno siedzi na miejscu, a barwiony koniec pomaga użytkownikowi rozszyfrować z jakim kolorem produktu ma do czynienia.

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Ciężko mi określić zapach tej pomadki...pachnie tak...szminkowo. W każdym razie nie jest to aromat, który jakoś specjalnie drażniłby nozdrza, także tutaj kosmetyk ma u mnie plusa.
   Jeśli chodzi o konsystencję, to jest ona dosyć dziwna: z jednej strony pomadka dobrze rozsmarowuje się na ustach, ale z drugiej jest nieco "tępa", przez co wchodzi w załamania ust i robi prześwity, co skutkuje tym, że konieczne jest nałożenie kilku warstw, aby uzyskać ładny kolor.

DZIAŁANIE
   Po nałożeniu tych kilu warstw (które oczywiście można stopniować w celu uzyskania mocniejszego lub mniej intensywnego koloru), szminka dobrze trzyma się na ustach. Wytrzymuje do kilku godzin (choć oczywiście poprawki i tak są niezbędne).
   Nie klei się, nie pozostawia na ustach nieprzyjemnego, "kredowego" odczucia. Nie zauważyłam także aby nadmiernie wysuszała wargi, chociaż mistrzem nawilżenia również nie jest.
   Kiedy zaczyna się ścierać, robi to równomiernie, nie zostawiając po sobie nieestetycznych plam. Aczkolwiek spore jej ilości zostają w wyżej wspomnianych załamaniach ust, co widać nawet jeśli przykryje się ją warstwą błyszczyka. 

KOLOR
   Chubby od Moov zawdzięczają swoje nazwy dniom tygodnia. Mi akurat trafił się poniedziałek ("Monday"). Chciałoby się rzec: nienawidzę poniedziałków! Ale akurat ten poniedziałek do takich złych nie należy. Kredkowy "Monday" Moov to koralowo-brzoskwinowa kredka, która potrafi zaprezentować naprawdę różne oblicza. W bardzo jasnym świetle jest brzoskwinowo-pomarańczowa, w ciemniejszym pomieszczeniu zamienia się w koral zmieszany z nutą różu...na zdjęciach naprawdę ciężko jest uchwycić jej prawdziwą "twarz". Sama w sobie jest półmatowa: lekko połyskuje, ale do błyszczyka jej daleko. Nie zawiera żadnych drobinek. Ja najbardziej lubię ją łączyć z błyszczykiem (na drugim zdjęciu została zestawiona z błyszczykiem z TEGO posta), bo nadaje jej to łagodniejszgo charakteru i mam wrażenie, że w takim duecie lepiej pasuje do mojego typu urody.

Bez błyszczyka:












Z błyszczykiem:

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Ze względu na to, że nie mam nigdzie po drodze drogerii Kontigo, nie orientuję się zbytnio ile kosztuje ta pomadka, ale ich ceny są przystępne, więc zakup na pewno nie zrujnuje portfela. Więcej informacji o marce znajdziecie TU. A jeśli produkt Wam się spodobał i akurat macie blisko do Kontigo, to warto sobie sprawić takiego tłustego przyjaciela (no bo jak można się oprzeć tej prośbie z opakowania: "Can I be Your fat friend?").

Jak Wam się podoba "Poniedziałek" według Moov?
Lubicie szminki w kredce?


   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Pojedynek Shiny Box: grudzień 2015 vs. styczeń 2016

2/10/2016 Ania T.

   Ponad miesiąc temu pożegnaliśmy rok 2015. A nowy rok oznacza...nowe edycje boxów! Dzisiaj przygotowałam dla Was porównanie ostatniego Shiny Boxa 2015 z pierwszym, jaki przyniósł rok 2016. Które z tych pudełek bardziej przypadło mi do gustu? Czy pudełka na ten nowy rok zapowiadają się dobrze, czy raczej słabo? Zapoznajcie się z moją opinią!

   Zacznijmy od pudełka grudniowego.

SHINY BOX GRUDZIEŃ 2015
1. Olejek do ciała pomarańcza z cynamonem MOKOSH (produkt pełnowymiarowy)
   Ten olejek to edycja limitowana, wyprodukowana z okazji Świąt specjalnie dla Shiny Boxa. Pachnie przepięknie, bardzo świątecznie, aczkolwiek po nałożeniu na ciało zapach staje się bardziej "olejowy" niż pomarańczowo-cynamonowy. Wchłania się średnio szybko, ale taka już cecha olejków. Po jego aplikacji polecam odczekać parę minut, żeby uniknąć zabrudzeń odzieży. Świetnie nawilża i odżywia skórę. Jego wadą jest to, że niestety, nie jest on dostępny w regularnej sprzedaży. A szkoda, bo to całkiem przyjemny produkt! 

2. Krem pod oczy VIANEK (produkt pełnowymiarowy)
   Ten niepozornie wyglądający krem okazał się moim hitem! Ma bardzo lekką formułę, dzięki czemu błyskawicznie się wchłania, nie pozostawiając po sobie nieprzyjemnej, lepkiej warstwy. Zawiera ekstrakt z lnu oraz olej z kiełków pszenicy, śwetnie odżywia, wygładza i nawilża skórę pod oczami. A co najważniejsze- nie podrażnia jej! Jej bardzo delikatny i myślę, że sprawdzi się nawet u największych wrażliwców. Vianek to "najmłodsze dziecko" firmy produkującej markę Sylveco, a jak wiecie, jestem jej wielką fanką, bo ich kosmetyki mają nie tylko świetne, naturalne składy, ale również działają tak, jak obiecuje producent. Także wróżę Viankowi świetlaną przyszłość!

3. Peeling kawowy "cynamon" BODY BOOM (produkt pelnowymiarowy)
   Nie wiem jeszcze jak działa ten peeling i czy jest to produkt godny polecenia, ponieważ nadal czeka na swoją kolej. Obecnie mam otwarte dwa różne peelingi, a nie lubię napoczynać kilku produktów na raz. Wiem tylko tyle, że ceny tych kosmetyków są po prostu zawrotne: 65 zł za 200 g? Dużo...zwlaszcza, że peeling kawowy możemy sobie zrobić w domu za grosze. No cóż, zobaczymy czy jest wart tych pieniędzy;)

4. Ochronny krem wzmacniający naczynka OILLAN (produkt pełnowymiarowy)
   Byłam pozytywnie nastawiona do tego produktu, ale jednak komedogenne składniki bardzo wysoko w składzie (patrz Cera microcristallina) skutecznie ostudziły mój zapał. Nałożyłam go parę razy, ale okazał się za tłusty. Poza tym zapchał mnie, co zdecydowanie u mnie skreśliło go z listy kosmetyków "do zużycia". Może komuś go oddam, bo szkoda, żeby leżał...

5. Cień mieralny NEAUTY MINERALS (produkt pełnowymiarowy)
   Trafił mi się odcień o wdzięcznej nazwie "Volcanic Ash". No i rzeczywiście, cień wygląda zupełnie jak popiół. Jest popielato-brązowy, myślę, że dopasuje się do mojego typu urody. Spróbuję z nim trochę poeksperymentować i zobaczymy co zmaluję ;)

6. Pasta do zębów SIGNAL (produkt pełnowymiarowy)
   Nie wiem co Shiny Box ma z tymi pastami do zębów (w grudniu 2014 w Boxie również była, tylko, że jakaś wybielająca). Ale w sumie to mnie cieszy jej obecność, przynajmniej mam zapas :D

7. Błyszczyk do ust PERFECT-SKIM (produkt pełnowymiarowy)

   Błyszczyk był produktem dla klientek VIP. Ponoć zmienia kolor pod wpływem ciepła, ja jednak nie zauważyłam jakiejś drastycznej zmiany po jego aplikacji na usta. Jedyne co udało mi się dostrzec to lustrzany blask, charakterystyczny dla błyszczyków. Niestety, produkt się lepi, co go dyskwalifikuje w moich oczach. Już od dawna zrezygnowałam z lepkich, sklejających wargi produktów. Trudno, ten kosmetyk również nie skradł mojego serca. 

   Box grudniowy mamy już za sobą...a jak prezentuje się Stylovy Styczeń, czyli box styczniowy?

SHINY BOX STYCZEŃ 2016

1. Krem na okolice oczu i ust YASUMI


   Zmarszczek się jeszcze nie dorobiłam, także ten krem raczej nie zagrzeje u mnie długo miejsca. Wydaje mi się, że kiedyś już go miałam w rękach, ale trafił bodajże do teściowej...nie pamiętam już. W każdym razie nie jest to produkt, który jakoś szczególnie mnie zadowolił.

2. Lakier do paznokci SILCARE (produkt pełnowymiarowy)
   Lakier tej samej firmy (ba, nawet z tej samej serii, dobrze, że chociaż w innym kolorze...) znalazł się w boxie sierpień 2015. Dodatkowo niby jest to marsala (z jakimiś drobinkami)...ale zaraz zaraz, przecież marsala była kolorem roku 2015, to co ona robi w boxie 2016? Zdecydowanie wolałabym lakier w najmodniejszych odcieniach TEGO roku, czyli Rose Quartz albo Serenity. Skoro Shiny chce być takie "stylove", to niech podąża za trendami ;) Lakier trafił do mamy, bo to zupełnie nie mój kolor. 

3. Kuracja do włosów  12 w 1 Smart Touch MONTIBELLO (produkt pełnowymiarowy)
   No i to jest produkt zdecydowanie godny polecenia! Co prawda w te magiczne 12 w 1 kompletnie nie wierzę...ale za to mogę potwierdzić, że spray świetnie nabłyszcza i wygładza włosy, a także ułatwia ich rozczesywanie. Do tego pięknie pachnie, a zapach długo się utrzymuje na kosmykach. Cieszę się, że mogłam go odkryć dzięki Shiny, bo z pewnością będę do niego wracać!

4. Lakier do ust WIBO (produkt pełnowymiarowy)
   Ostatnio mam fioła na punkcie szminek, pomadek i wszelkiego rodzaju produktów do ust. Dlatego ten lakier bardzo mnie zaintrygował. Oczekiwałam od niego trwałości (w końcu nazwa "lakier do ust" z tym mi się właśnie kojarzy) i intensywnego, nasyconego koloru. Trafił mi się piękny odcień, lekko ciemnej, rockowej, ale jednocześnie eleganckiej czerwieni...byłam zachwycona! Niestety, pierwszą rzeczą jaka mnie rozczarowała, była aplikacja. Co prawda nie jest ona zbyt skomplikowana, jednak produkt pokrywa usta bardzo nierównomiernie i trzeba go co chwilę poprawiać, nakładając kolejne warstwy. Poza tym w ogóle nie "zasycha" na ustach, caly czas jest lepki i daje takie dziwne, "mokre" uczucie (naprawdę ciężko mi je opisać). A szkoda, bo kolor jest po prostu boski :(

5. Lakier do paznokci BALNEOKOSMETYKI (produkt pełnowymiarowy)
   No i kolejny lakier...czy tylko ja uważam, że dwa identyczne produkty w jednym boxie to trochę za dużo? Co prawda ten odcień spodobał mi się dużo bardziej niż ten z Silcare, prezentowany powyżej, ale co z tego...owszem, na paznokciach wygląda ślicznie, ale jego trwałość jest TRAGICZNA. Zaczął się ścierać i łuszczyć już pierwszego dnia. Po 3 dniach nie było po nim prawie śladu, natomiast paznokcie wyglądały jak po wojnie. Szkoda, wielka szkoda...

   I teraz uwaga, prawdziwy HIT! W Boxie miałam znaleźć nawilżającą odżywkę do włosów Equilibra. Jest ona bardzo ceniona przez włosomaniaczki, dlatego też na pewno byłabym ucieszona z jej obecności w boxie, a tymczasem zamiast niej, znalazłam TO:


    Dezodorant Adidas to jakaś pozostałość z boxa InspiredBy (bodajże z boxa 1 edycji Ewy Chodakowskiej), a ta maszynka do golenia? Nie wiem niby z której strony wartość tych produktów w jakikolwiek spośób ma się do wartości odżywki z Equlibra, ale powiem szczerze, że bardzo mnie rozczarowała ich obecność w boxie. Nie znalazłam ani słowa wyjaśnienia, że maszynka występuje zamiennie z odżywką, a uważam, że skoro większość osób nie dostała tego produktu, który znajdował się na karcie, to firma powinna się do tego jakoś ustosunkować...nie powiem, maszynka jest całkiem dobra, no ale nie porównujmy "zamiennego" produktu za 4-5 zł z odżywką za 22 zł...nijak się to nie kalkuluje. 
   Wierne klientki (z nieprzerwaną subskrypcją od co najmniej 11 miesięcy) dostały także upominek w postaci szamponu i odżywki Nisim. Nie wiem tylko czy były to miniatury, czy pełnowymiarowe produkty, ponieważ ja ich w swoim boxie nie znalazłam. 
   Dość słabego boxa umilił mi za to bardzo trafiony upominek od Shiny w postaci koszulki z zabawnym nadrukiem:

   W sumie jeśli chodzi o ten box, to podpasował mi tylko 1 produkt :( Po spray Montibello na pewno jeszcze chętnie sięgnę. Reszta to niestety spore rozczarowanie. A szkoda!

PORÓWNANIE OBU BOXÓW:

   Chyba nie muszę Wam pisać, który z tych boxów był lepszy?  Myślę, że zawartość mówi sama za siebie. W grudniowym boxie nie tylko wszytkie produkty były pełnowymiarowe, ale także nie było żadnych dziwnych zamienników, które znalazly się tam z niewiadomej przyczyny. Oprócz tego produkty był dobrze dopasowane do moich potrzeb i prawie wszystkich używam z przyjemnością. Było świetne, chyba jedno z najlepszych (jak nie najlepsze) ze wszystkich pudełek 2015 roku. Natomiast styczniowe...niestety, duuuuuużo mu brakuje żeby przegonić świąecznego brata. Ale liczę na to, że Shiny Box pozytywnie zaskoczy swoich subskrybentów pudełkiem lutowym! Naprawdę mocno trzymam za to kciuki i już nie mogę się doczekać ujawnienia zawartości! 

A Wam który Shiny Box bardziej się spodobał?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Nowości Bielenda: arganowa seria do twarzy i balsam CC do ciała

2/05/2016 Ania T.

    Całkiem niedawno pokazywałam Wam nowości Biolove, które możecie kupić w Kontigo. Dzisiaj znów chciałabym Wam przybliżyć produkty, które całkiem niedawno weszły na rodzimy rynek, ale są dużo lepiej znane i dostępne. Mowa o słynnej marce Bielenda, którą znajdziecie w każdej drogerii. Firma pragnie się ciągle rozwijać i dopasować do potrzeb klienta. Dlatego też wprowadza kosmetyki, które "podążają za trendami". Dzisiaj napiszę kilka słów o produktach z arganowej serii do twarzy (i ciała), w skład której wchodzą: olejek do oczyszczania twarzy, uszlachetniony olejek arganowy (do stosowania zamiast kremu), krem (dodakowo wzbogacony olejkiem marula i makadamia), a także okoncetrat brązujący do twarzy i ciała. Wszystkie z tych produktów (oprócz olejku brązującego, który jest uniwersalny) możemy znaleźć w 3 wersjach, przeznaczonych dla różnych typów cery: suchej, tłustej lub ze zmarszczkami. Opowiem także o rewolucyjnym balsamie do ciała, który dzięki swoim właściwościom nie tylko pielęgnuje skórę, ale również ją upiększa, zakrywając drobne niedoskonałości, takie jak pajączki, siniaki czy zaczerwienienia. 
KREM CC BODY PERFECTOR
   Krem ma standardowy, typowy dla BB czy CC, odcień. Teoretycznie jest neutralny, ale dla bardzo bladej i jasnej skóry może być ciemny. Z moją stapia się całkiem nieźle. Lekko połyskuje, ale tak jak pisze producent, daje satynowe wykończenie, a nie brzydki, wręcz "bazarowy" błysk. Czy dobrze kryje? Tego nie wiem, jeszcze go nie testowałam na większym obszarze skóry. Dopiero czeka na swoją kolej, aż przyjdzie czas, kiedy będę odsłaniała więcej ciałka :) Natomiast na twarz bym go nie nałożyła, bo o ile ze skórą się w miarę stapia, tak do twarzy jest zdecydowanie za ciemny. Ciekawi mnie to, że podobno można nim zastąpić rajstopy w sprayu...na pewno będę miała okazję się o tym przekonać!

SERIA ARGANOWA

OLEJEK DO OCZYSZCZANIA TWARZY
   Byłam bardzo ciekawa tego produktu...aż zobaczyłam skład. Co prawda olejek arganowy jest w nim całkiem wysoko, ale co z tego, jeśli na samym szczycie mamy parafinę. A moja skóra z parafiną się nie lubi i już...pewnie go wypróbuję, ale nie liczę na to, że się pokochamy.

OLEJEK DO TWARZY
   Z kolei ten gagatek skład ma całkiem przyjemny :) Na razie zużywam olejek z Orientany, który znalazłam w jednym z Shiny Boxów, ale jak tylko dobije dna, to z wielką chęcią sięgnę po produkt Bielendy. 

KONCENTRAT BRĄZUJĄCY
   Nigdy nie stosowałam tego typu kosmetyków, zawsze bałam się smug i plam. Jednak miła Pani z Bielendy, z którą korespondowałam, zapewniła mnie, że nic takiego nie wystąpi, a koncentrat można zmieszać z ulubionym balsamem :) Na pewno zastosuje go przed latem!

KREM NAWILŻAJĄCY Z OLEJKIEM ARGANOWYM, MARULA I MAKADAMIA
   Pewnie doczeka się swojej tury, ale z doświadczenia wiem, że olejki do twarzy są baaaardzo wydajne, więc zanim zużyję ten, którego używam obecnie, a następnie ten z serii arganowej to krem pewnie dawno zdąży zużyć moja babcia :D 

   Muszę przyznać, że nowości mnie mocno zaciekawiły. Większość z nich chętnie wypróbuję, a jeśli przypadną mi do gustu i będą godne polecenia, to z pewnością doczekają się oddzielnej recenzji na blogu.

A który z tych kosmetyków najbardziej Was zaciekawił?


   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!