Błyszczyk do ust English Rose Lily Lolo

1/26/2016 Ania T.

   Kiedy byłam gimnazjalistką, praktycznie nigdy nie rozstawałam się z błyszczykiem. Nie stosowałam żadnych innych kosmetyków, ale akurat ten to był mój must-have i nie ruszałam się bez niego z domu. Z czasem moje upodobania się zmieniły, błyszczyki zamieniłam na dużo trwalsze i lepiej napigmentowane szminki, które nie sklejają ust. Jakiś czas temu zdecydowałam się dać im kolejną szansę i tak w moje ręce trafił odcień English Rose od Lily Lolo. Czy warto było znów postawić na błysk na ustach?

OPAKOWANIE
   Proste i pozbawione wszelkich ozdób, wygląda elegancko i minimalistycznie. Błyszczyk ma wygodną gąbeczkę, którą bardzo łatwo można zaaplikować odpowiednią ilość produktu na usta.


SKŁAD

   Skład możecie znaleźć na stronie Costasy, ale żeby ułatwić Wam sprawę, wkleję go tutaj:
RICINUS COMMUNIS SEED OIL, OLEIC/LINOLEIC/LINOLENIC POLYGLYCERIDES, SORBITAN OLIVATE, CERA ALBA, SIMMONDSIA CHINENSIS SEED OIL, MICA, AROMA, COPERNICIA CERIFERA CERA, CANDELILLA CERA, TOCOPHEROL [+/- CI 77891 (TITANIUM DIOXIDE), CI 77491 (IRON OXIDE), CI 77492 (IRON OXIDE), CI 75470 (CARMINE), CI 77742 (MANGANESE VIOLET)]

   Jak widzicie, producent zadbał nie tylko o kolor, ale również składniki, które mają za zadanie odżywić i nawilżyć usta. Dla mnie największym problemem błyszczyków było właśnie to, że potwornie wysuszają wargi. Produkt Lily Lolo pomógł mi zmienić o nich zdanie :)

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Kosmetyk ma lekki, aczkolwiek bardzo przyjemy zapach gorzkiej czekolady (choć momentami przypomina trochę gorące kakao). Muszę przyznać, że równie dobrze smakuje!
   Ma aksamitną konsystencję i lekko rozprowadza się po ustach. Nie pozostawia nieprzyjemnego, lepkiego filmu.

DZIAŁANIE
    To, co mnie pozytywnie zaskoczyło, to fakt, że w ogóle nie skleja ust. Daje naturalny efekt, dzięki czemu w ogóle go na wargach nie czuję. Bardzo mi się to podoba, bo nie ma nic gorszego od błyszczyku, który dosłownie "oblepia" Twoje usta. FUJ!
   Wyżej wspomniałam o tym, że dzięki zawartym w INCI składnikom, nie wysusza warg. To prawda! Już od pierwszej aplkacji czułam różnicę: zazwyczaj stosuję mocno napigmentowane, matowe szminki, które jak wiadomo działają na delikatną skórę ust w sposób dość...hmm...destrukcyjny. Ten błyszczyk nie tylko delikatnie je "otulił", ale również zapewnił im odpowiednie odżywienie, dopóki po około 3 godzinach się z nich nie starł i nie ponowiłam aplikacji. 
    Co jeszcze mi się w nim spodobało? To, że mimo tego, że jest "tylko" błyszczykiem, ma mocno nasyconą barwę, równomiernie pokrywa usta i nadaje im lustrzanego blasku. Dokładając kolejne warstwy, możemy stopniować intensywność koloru. Szczerze mówiąc bardziej przypomina mi szminkę w płynie niż typowy błyszczyk z milionem drobinek.
   Utrzymuje się ok. 2-3h, co jest niezłym wynikiem jak na tego typu produkt. Czy mogę mu coś zarzucić? Na pewno to, że zbiera się w załamaniach ust, a żeby tego uniknąć, muszę nakładać więcej niż 1 warstwę, co wpływa na zużycie kosmetyku. 

KOLOR
    Błyszczyk ma kremowy, dość intensywny odcień ciemniejszego, pudrowego różu. Tak jak juz wspomniałam, intensywność barwy można bardzo łatwo stopniować. Warto dodać, że pokrywa wargi równomiernie i nie pozostawia prześwitów. Jeśli jednak wolicie inne odcienie, to do wyboru macie jeszcze 8 innych kolorków ;)


   
CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Za niecałe 50 zł (dokładnie 48,50 zł) kupicie go w sklepie internetowym Costasy.

   Czy warto? Myślę, że tak. Miałam już w życiu naprawdę wiele tego typu produktów, zarówno tych tańszych, jak i droższych. Ten spokojnie mogę umieścić w kategorii "drogi, ale godny polecenia". Poza tym darzę go ogromnym sentymentem, bo towarzyszł mi podczas rozmowy kwalifikacyjnej i chyba przyniósł mi szczęście, bo dostałam tą pracę (od lutego wypatrujcie mnie w przestworzach, zostanę stewardessą!). Teraz chyba będę miała go przy sobie przy każdej ważnej okazji :D 

Jak Wam się podoba ten kolorek?

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Nowości Biolove

1/23/2016 Ania T.

   Odkrywanie nowych marek, szczególnie tych, które przypinają sobie metkę "bio", sprawia mi ogromną przyjemność. Markę Biolove poznałam już wcześniej (paczką chwaliłam się Wam na Insta), jednak Kontigo postanowiło mnie rozpieścić jeszcze bardziej. W moje ręce trafiła wypasiona paka, wypełniona po brzegi fantastycznie pachnącymi produktami. Co ciekawego oferuje nam firma Biolove? Przede wszystkim szeroki wybór kosmetyków pielęgnacyjnych (żeli pod prysznic, musów do ciała, balsamów, peelingów itd.), o pięknych zapachach i bardzo ciekawych składach, zawierających w sobie wiele naturalnych dobroci! Oto jakie nowe produkty pod szyldem Biolove znajdziecie w sklepach Kontigo

    Ja polecam Wam przede wszystkim musy do ciała! Świetnie się rozprowadzają, bardzo szybko dają uczucie ukojenia i nawilżenia skóry. Ja posiadam dwie wersje: borówkową i pomarańczową (na zdjęciu). Zapewniam Was, że zapachy są bardzo naturalne i aż chciałoby się je zjeść! Ciekawie zapowiadają się także balsamy do ust. W małych, uroczych słoiczkach, będą idealnym uzupełnieniem każdej kosmetyczki i przydadzą się w te zimowe miesiące. Z niecierpliwością czekam także na okazję aby wypróbować peeling do ciała, pachnący słodkim, cynamonowym ciasteczkiem. Oprócz tego paczka zawierała także malinowe słodkości: krem do rąk oraz żel pod prysznic. Krem na pewno spodoba się mojej babci, ona zużywa je w ilościach hurtowych, a żel pod prysznic....no cóż. To jest produkt, którego po prostu nie może zabraknąć w mojej łazience! 
   Opakowania produktów wyglądają bardzo ładnie, są minimalistycznie, ale jednocześnie bardzo mi się kojarzą z ideą "bio". Składy, tak jak już pisałam, są godne uwagi. Nie są to co prawda produkty w 100% naturalne, ale dobroczynne składniki takie jak oleje, znajdują się bardzo wysoko w INCI, co bardzo mnie cieszy. 
   Przyjrzyjmy się bliżej tym nowościom! 



   Wszystkie te kosmetyki dostaniecie w drogeriach Kontigo. Adresy znajdziecie TU. Niestety, ich lokalizacja to Warszawa i okolice, więc pozostaje tylko mieć nadzieję, że sieć poszerzy swoją działalność i wkrótce trafi do większego grona odbiorców :) 

A którą z nowości Wy byście najchętniej zobaczyli w swoich kosmetycznych zbiorach?


   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Balsamy do ust EOS: Summer Fruit i Sweet Mint

1/17/2016 Ania T.

   EOS-y to w środowisku blogerskim balsamy niemal legendarne. Uwielbiane i chwalone przez wielu, w końcu wpadły również w moje ręce, dzięki uprzejmości drogerii Douglas. Już od samego początku urzekły mnie swoją nietypową formą, no bo powiedzcie szczerze, czy te jajeczka nie są urocze? Oczywiście nie tylko ich kształt zachęca do kupna. W gąszczu pomadek i pielęgnacyjnych sztyftów do ust, na pewno wyróżniają się ciekawym i naturalnym składem. Są w 95% organiczne i doskonale pielęgnują nawet najbardziej spierzchnięte wargi. Moją kosmetyczkę wzbogaciłam o wersję czerwoną (Summer Fruit) i miętową (Sweet Mint). Chcielibyście się o nich dowiedzieć więcej? To zapraszam na posta!

OPAKOWANIE
   Te urocze jajeczka, są bardzo szczelnie zamknięte i zabezpieczone przed nieumyślmym otwarciem, np. w torebce. Ich aplikacja jest bardzo szybka, prosta i higieniczna. Nic dziwnego, że te ciekawe formy stały się inspiracją dla licznych podróbek, które pojawiają się na rynku kosmetycznym.

SKŁAD
   Skład niestety jest wypisany na folii ochronnej, którą zdjęłam zaraz po otrzymaniu balsamów, dlatego nie zdążyłam zrobić mu zdjęcia. Dlatego kopiuję go Wam ze strony Douglas'a:

Olea Europaea (Olive) Fruit Oil*, Beeswax/CERA ALBA (Cire d’abeille)*, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil*, Natural Flavor, Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Stevia Rebaudiana Leaf/Stem Extract*, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Tocopherol, Vaccinium Angustifolium (Blueberry) Fruit Extract*, Euterpe Oleracea (Acai) Fruit Extract*, Limonene**, Linalool**. 

*- oznacza składnik organiczny
**- oznaczają naturalne składniki nadające balsamowi odpowiedni smak

   Jak widzicie, baslamy te są pozbawione parafiny, wazeliny, parabenów, ftalanów oraz innych szkodliwych lub sztucznych składników. Pięknie, prawda? 

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Wersja owocowa, czyli Summer Fruit, to bardzo przyjemny, owocowy zapaszek. Wyczuwam w nim trochę truskawki, maliny, egzotycznych owoców...ogólnie jest to orzeźwiająca mieszanka, podobna do sałatki ze świeżych, letnich owoców. Z kolei Sweet Mint, to wypisz-wymaluj zielona guma Orbit (swoją drogą, moja ulubiona, miętowa guma). Jest to piękny, miętowy aromat, w którym nie wyczuwam ani nuty sztuczności. 
   Oba balsamy są zbite, aplikuje się je za pomocą "pocierania" o wargi. Jest to bardzo wygodny i higieniczny sposób aplikacji i pozwala na szybkie i bezproblemowe pomalowanie ust. 


   
DZIAŁANIE
   Oba kosmetyki przynoszą ulgę spierzchniętym wargom już po 1 użyciu. Usta natychmiast stają się wygładzone i dosłownie "piją" odżywcze olejki zawarte w EOS-ach. Wersja miętowa dodatkowo pozostawia na skórze przyjemne uczucie mrowienia.
   Przy regularnym użytkowaniu, poprawiają stan ust. Wargi są odżywione, nawilżone i nie pękają, nawet przy największym mrozie. Pozostawiają na nich ochronną warstwę, która chroni delikatną skórę przed nadmierną utratą wilgoci.
   Są bezbarwne, ale nadają ustom delikatny, subtelny blask. Nie są lepkie, przez co nie powodują, że do ust przyklejają się zbłąkane kosmyki włosów (jak to mają w zwyczaju gdy stosuję błyszczki, brr!).
  Pachną bardzo naturalnie, natomiast ich smak jest prawie niewyczuwalny. Cieszy mnie to, bo niestety, rzadko które balsamy do ust smakują dobrze. Zazwyczaj jest to jakaś blizej nieokreślona, chemiczna mieszanka. 
   Utrzymują się na ustach do 2-3 godzin, po tym czasie konieczne jest ponowienie aplikacji. Ostrzegam, te balsamy potrafią uzależnić!

DOSTĘPNOŚĆ/CENA
   Jeśli i Wy chcielibyście mieć kultowego EOS-a w swojej kosmetyczce, to przyjdzie Wam za niego zapłacić 25 zł. Myślę, że za taki skład i świetne działanie, warto wydać taką kwotę! Dodam, że tego balsamu jest naprawdę sporo, co czyni go wydajnym, więc śmiało mogę polecić jego zakup!
   Szukajcie go w Douglasie: albo online, albo w najbliższej perfumerii!

   Nigdy nie sądziłam, że jakiś produkt do ust polubię na tyle, że ciężko będzie mi się z nim rozstać. A jednak! Po kilku tygodniach stosowania, mogę z ręką na sercu polecić go każdemu, kto zmaga się z problemem suchych i spierzchniętych ust. Jak tylko zużyję moje czerwone, owocowe jajeczko (miętę podarowałam teściowej), to z chęcią skuszę się na inne wersje zapachowo-smakowe! Nie dziwię się, że ten produkt zrobił taką furorę w blogerskim świecie. Jajeczko niby jest niepozorne, ale potrafi wywołać wokół siebie niemały szum! 

A Wy już znacie balsamy EOS?

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Inspired By Joanna Krupa - co krył w sobie box z 1 edycji?

1/11/2016 Ania T.

   Boxy InspiredBy budziły duże zainteresowanie od kiedy tylko weszły do sprzedaży. Ekskluzywne pudełka, zawierające produkty, które swoją ceną często przewyższają wartość zakupu boxa, tworzone przy współpracy ze znanymi i lubianymi osobistościami świata mody, blogosfery czy telewizji miały być hitem. Dzięki nim klienci InspiredBy mieli lepiej poznać upodobania i preferancje ulubionych autorów. W grudniu żywe emocje wzbudziło pudełko, które swoim nazwiskiem sygnuje Joanna Krupa, a dodatkowym partnerem został znany magazyn Gala. 
   Zanim zaprezentuję Wam pełną zawartość boxa, chciałabym Wam powiedzieć kilka słów o idei tych pudełek. Średnio raz na 3 miesiące powstaje nowy zestaw, przygotowany wraz z jego autorem. Klient może zamówić dowolną ilość subskrypcji od każdego z autorów. Zawartość do ostatniej chwili pozostaje tajemnicą, jednak producent zawsze ujawnia niektóre produkty, które się w nim znajdą. Przypomina to wszystkim dobrze znane pudełka Shiny Box, które z resztą co miesiąc prezentuję Wam na blogu :) Oprócz Joanny Krupy, InspiredBy są tworzone między innymi przez Ewę Chodakowską, Kasię Tusk czy Ewę Wachowicz. Są nawet pudełka dla mężczyzn! Akurat edycję grudniową dla swoich fanów przygotował Mister Polski 2015 Rafał Maślak. 

   To co, jesteście gotowi zobaczyć, co w pudle InspiredBy ukryła Joanna Krupa?
Tak oto prezentuje się zawartość boxa InspiredBy Gala & Joanna Krupa:
A teraz przyjrzyjmy się całości bardziej szczegółowo:

  • Serum powiększające biust ESOTIQ (produkt pełnowymiarowy)


   W boxie Dżoany nie mogło zabraknąć produktu, który ona sama już od paru lat reklamuje swoim nazwiskiem. Serum to ma za zadanie ujędrnić i wypełnić biust. Oczywiście w cuda nie wierzę, wątpię aby jakikolwiek krem dał radę powiększyć piersi, dlatego też podchodzę do tego kosmetyku z dużą rezerwą. Co mogę o nim powiedzieć po dość krótkim czasie używania? Przepięknie pachnie i błyskawicznie się wchłania. Ma bardzo przyjemną, lekką konsystencję i nie pozostawia na skórze uczucia lepkości. Na efekty muszę jednak jeszcze trochę poczekać ;) 

  • Płyn micelarny Hydrain 3 Hialuro DERMEDIC (produkt pełnowymiarowy)

   Pełną recenzję tego micela (wraz z jego porównaniem do wersji dla cery mieszanej i tłustej) znajdziecie w starym wpisie, o TU. Na przestrzeni lat (i po przygodzie z wieloma innymi micelami) moja opinia na jego temat nieco się zmieniła. Uważam, że w swojej półce cenowej jest bardzo dobry...ale są podukty, które moim zdaniem spisują się od niego zdecydowanie lepiej (chociażby Le'Maadr, recenzja TU). 

  • Szminka z jedwabiem LUXE AVON, odcień Pink Satin (produkt pełnowymiarowy)

   Obecność tego produktu trochę mnie rozbawiła, bo jakoś nie mogę sobie wyobrazić Joanny Krupy, używającej szminki Avonu (za którym ja osobiście średnio przepadam), nawet jeśli jest to szminka z "luksusowej" kolekcji. No ale kosmetyk sam w sobie nie jest zły, jak widać na zdjęciu: jest w ciągłym użytku. Szkoda tylko, że to nie ja go używam, a moja przyszła teściowa. Dlaczego? Przede wszystkim ze względu na kolor. Satin Pink, jak sama nazwa mówi, to satynowy róż z połyskującymi drobinami, nadający ustom perłową poświatę. Ten odcień kompletnie nie pasuje do mojego typu urody i bardzo mnie postarza. Za to mamie mojego W bardzo przypadł do gustu. Jako blondynka z ciemniejszą karnacją wygląda w nim dużo lepiej niż ja! Chwali sobie tą szminkę za niezłą trwałość, fajne wykończenie i to, że nie wysusza ust. 

  • Emulsja z witaminą C BANDI (produkt pełnowymiarowy)

    Witamina C już od dawna jest znana jako produkt, który świetnie radzi sobie z przebarwieniami, plamami na skórze, a także działa wzmacniająco na naczynka krwionośne i rozjaśnia skórę. Nie powiem, bardzo mnie kusi, ale jednak postanowiłam ten produkt oszczędzić dla mamy, która latem często boryka się z plamami powstałymi po opalaniu. Pozostaje mi tylko zachwycać się jego pięknym opakowaniem :)

  • Przeciwzmarszczkowy roll-on pod oczy CLARENA (produkt pełnowymiarowy)


   Myślę, że jestem jeszcze za młoda na stosowanie takich kosmetyków. Co prawda miałam z nim jednorazową przygodę (oczywiście bez większtch efektów, bo co mogę stwierdzić po 1 użyciu?), jednak nie zamierzam do niego wrócić, dopóki pod moimi oczami nie pojawią się zmarszczki z prawdziwego zdarzenia. Pewnie trafi w ręce mamy. Ciekawostką jest to, że wyszły 2 wersję boxa Inspired By Joanna Krupa. W drugiej z nich, zamiast tego roll-onu znajdowała się odżywka do rzęs tej samej firmy.

  • Spray teksturujący SCHWARZKOPF (produkt pełnowymiarowy)

    Jak dla mnie tego produktu mogłoby w tym pudełku nie być. Moje włosy są tak oporne na stylizację, że daje im radę jedynie naprawdę mocny lakier, w połączeniu z toną pianki. Ten spray (niestety na bazie alkoholu, brrr!) trafił w ręcę mojego W i jego rodzniki. Oni mają kosmyki zdecydowanie bardziej podatne na układanie, stylizowanie i kombinowanie, więc na pewno zrobią z tego sprayu lepszy użytek niż ja! 

  • Olejek do twarzy Oil Repair URODA (produkt pełnowymiarowy)

    Ten niepozornie wyglądający olejek okazał się jedym z hitów pudełka! Zawiera w sobie cenne składniki: olejek arganowy, marula, kwas hialuronowy, czy witaminę C. Mimo tłustej konsystencji, bardzo szybko się wchłania, momentalnie wygładza skórę. Twarz chłonie go niczym gąbka, a on ją błyskawicznie nawilża i odżywia. Aż zazdroszczę mamie mojego W, że ma go u siebie na co dzień! W boxie można było trafić na 1 z 3 wersji olejku. 

  • Mleczna mgiełka do ciała Olej Abisyński SILCARE (produkt pełnowymiarowy)

   Ta mgiełka jest bardzo fajna, jeśli chcecie się na szybko odświeżyć. Szybko się wchłania, naprawdę pięknie pachnie (mi się kojarzy z arbuzem), do tego daje uczucie ukojenia skórze. Skład nie powala, ale też nie oczekuję zbyt wiele od produktu z dość niskiej półki cenowej. Do aplikacji na całe ciało potrzebne jest kilka psiknięć, więc nie wiem jak to będzie z wydajnością tego kosmetyku. Zobaczymy przy dłuższym użytkowaniu!

  • Róż mineralny Golden Peach AMILIE (produkt pełnowymiarowy)

   O ile w przypadku koloru szminki, Inspired By się nie popisał, tak jeśli chodzi o róż, to chyba czytali mi w myślach! Sama myślałam nad zakupem różu w podobnym odcieniu. No, może ciut jaśniejszym, ale ten też jest ok. Na skórze jest co prawda lekko pomarańczowy i trzeba baaaardzo uważać z jego aplikacją, ale nałożony prawidłowo, może z powodzeniem zastąpić bronzer na kościach policzkowych, a do tego ładnie ożywia cerę i nadaje jej blasku. Drobinki w nim zawarte są małe i bardzo subtelnie się prezentują, dając efekt lekkiego rozświetlenia. Do tego produkt ten jest naprawdę trwały, więc nie muszę się martwić o poprawki makijażu w ciągu dnia. Dla mnie to jeden z najlepszych kosmetyków z tego boxa!

  • Regenerująca maska do włosów GLISS KUR (produkt pełnowymiarowy)
   Maska niestety nie załapała się na oddzielne foto, jest tak kapryśna, że nijak nie udało jej się zrobić żadnego dobregu ujęcia, dlatego możecie ją podziwiać tylko na zdjeciu "grupowym" (to to czarno-złote opakowanie). Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła: pięknie pachnie, wygładza włosy (już po 1 użyciu), ma gęstą, kremową konsystencję (co czyni ją mega wydajną) a do tego nadaje kosmykom blask i ładny wygląd. Zazwyczaj sięgam raczej po maski z bardziej naturalnym składem, ale myślę, że i do tej będę raz na jakiś czas wracać!

   W pudełku znalazły się także...bony do klinki chirurgii plastycznej (czemu mnie to nie dziwi?), oraz bony do kilku sklepów. Ale pewnie i tak żadnego z nich nie wykorzystam, bo każdy z nich obowiązuje tylko wtedy, gdy wydamy jakąś konkretną kwotę na zakupy...

   Ogólna ocena pudełka:
   Myślę, że 139 zł za zestaw z tyloma pełnowymiarowymi produktami, to naprawdę dobra inwestycja. Producent deklaruje, że szacowana wartość wszystkich produktów (ale wlicza w to także i bony) to ok. 900 zł...nieźle, prawda? Ja po przetestowaniu tych kosmetyków, na pewno sama bym się zdecydowała na kupno olejku do twarzy, różu i maseczki. Reszta zawartości musi poczekać na dokładniejsze testy! 

I jak Wam się podoba box Joanny Krupy?
Który produkt najbardziej Was zaciekawił?


   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Tutorial: Sposoby na alergię skórną

1/06/2016 Ania T.

   Każdy, kto kiedykolwiek zmagał się z alergią skórną, ten wie, że nie jest to nic przyjemnego. Czasem nawet się nie spodziewamy, że dany czynnik może nam zaszkodzić. A produktów, które powodują alergię, jest całe mnóstwo! Nowe jedzenie, niesprawdzony kosmetyk, zbyt długie przebywanie na słońcu czy przyjmowanie antybiotyków...każda z tych rzeczy i czynności może spowodować, że na naszej skórze pojawi się nieprzyjemne, swędzące zaczerwienienie. Ja miałam ostatnio niezbyt fortunną przygodę z maścią antybiotykową, która zrobiła mi na twarzy taką krzywdę, że nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać. Byłam spuchnięta, czerwona, a na skórze miałam pełno małych, swędzących krostek. Przypominałam trochę owoc liczi w skorupce. Naprawdę nie był to piękny widok. Poprosiłam wtedy o radę moich czytelników na fanpage'u. To właśnie dzięki ich pomocy pozbyłam się alergii i mogłam napisać ten post, aby podzielić się z Wami cenną wiedzą! Pamiętajcie, że post ten dotyczny alergii skórnej, a nie innych rodzajów alergii (jak chociażby na pyłki czy konkretny rodzaj jedzenia). Nie jestem także lekarzem, proponowane przeze mnie porady są wypróbowane na "własnej skórze", ale nie gwarantuję, że u każdego się sprawdzą, dlatego jeśli macie problem z wyjątkowo upierdliwą alergią, skonsultujcie się ze specjalistą! 

  • Pierwszym i już od lat przeze mnie stosowanym "wspomagaczem" w walce ze swędzącą, nabrzmiałą skórą, dotkniętą alergią jest wapno (nie chodzi tutaj oczywiście o wapno używane w budownictwie, a popularną nazwę suplementów i leków zawierających w składzie pierwiastek, jakim jest wapń). Jest to suplement polecany chyba przez każdą babcię, ciocię, mamę, koleżankę itp., którą zapytacie się o poradę w sprawie alergii. Wapno pomaga w uszczelnianiu ścian naczyń krwionośnych, co zmniejsza obrzęki. Na rynku dostępne są różne preparaty z wapniem, polecane w trakcie walki z alergią: tabletki do połykania, tabletki musujące...trzeba jednak pamiętać, że nie wszystkie będą działały tak samo dobrze. Wszystko zależy od tego, jaką zawierają w sobie dawkę, a także formę wapnia: wapń w postaci nieorganicznej, wchłania się znacznie gorzej, niż ten w formie soli. Dlatego kupując dany produkt, skonsultujmy się z farmaceutą. Trzeba także oczywiście uważnie sprawdzić skład, żeby się nie okazało, że jesteśmy uczuleni na którykolwiek składnik leku...wtedy możemy jedynie pogorszyć sprawę, zamiast sobie pomóc. Oczywiście pamiętajmy, aby przed zażyciem jakiegokolwiek leku skonsultować się ze specjalistą, lub dokładnie przeczytać ulotkę ;) 

  • Nie muszę chyba wspominac o tym, że w trakcie alergii należy bezwzględnie unikać czynnika, który alergię wywołał. Czyli jeśli np wiemy, że przebywanie na słońcu powoduje u nas powstawanie swędzącej wysypki, powinniśmy tego słońca unikać i stosować kremy z wysokim filtrem. Ja np. odkryłam, że krem z antybiotykiem powoduje u mnie potworną alergię, dlatego też czym prędzej go "odstawiłam" i nie mam zamiaru ponownie do niego wracać (mimo, że świetnie sobie radził w walce z trądzikiem). Warto sobie zrobić testy uczuleniowe, kosztują kilkanaście złotych, można je wykonać w większości laboratoriów diagnostycznych. Pomagają wykryć uczulenia na bardzo szeroką gamę alergenów: od jedzenia począwszy, poprzez pasożyty domowe (roztocza itp.), pyłki traw i drzew, sierść, na antybiotykach skończywszy. Dzięki temu będziemy mieć pewność czy dany czynnik jest dla nas bezpieczny, czy raczej powinniśmy go unikać. 
  • Trzeba pamiętać, aby nadmiernie nie "męczyć" skóry, która dotknięta została uczuleniem. Co to znaczy? Przede wszsytkim staramy się unikać nakładania na nią wszelkich kosmetyków. W tym czasie nie powinniśmy eksperymentować i stosować nowych kremów czy balsamów, z myślą, że "może nam pomogą". Nie wiadomo jak zareaguje na nie skóra, więc nie mamy pewności czy ich zastosowanie nie spotęguje u nas reakcji alergicznej. Stawiajmy na sprawdzone produkty, najlepiej te z naturalnym, przyjaznym składem, nakładane w minimalnych ilościach. U mnie alergia powoduje potworne wysuszenie skóry, co dodatkowo potęguje dyskomfort z nią związany. Dlatego wtedy koniecznie muszę ją dodatkowo nawilżać. W przypadku pielęgnacji czerwonej, złuszczonej i swędzącej skóry twarzy, bardzo pomogły mi dwa produkty: krem Alantan i żel z aloesem! Alantan okazał się niezbędny w pierwszych dwóch dniach alergii cery, kiedy to skóra przypominała bardziej łuski jakiegoś jaszczura niż zdrowy naskórek. Pomógł mi mocno natłuścić twarz, łagodząc przy tym dyskomfort związany z suchością. Przez kolejne dni, aż do całkowitego wyleczenia, stosowałam jednak tylko i wyłącznie żel aloesowy Aubrey Organics. Jest to produkt w 99% złożony z organicznych składników. Jego podstawę stanowi sok z liści aloesu, który cudownie łagodził, nawilżał i przynosił ukojenie rozpalonej skórze. Przemywałam nim twarz 2 razy dziennie (rano i wieczorem). W tym czasie całkowicie zrezygnowałam ze stosowania innych kremów, maści, toników itp. W trakcie alergii absolutnie nie polecam katowania skóry wszelkiego rodzaju peelingami. Mogą ją tylko dodatkowo podrażnić i spowodować jeszcze większe szczypanie/swędzenie. Wiem, że łuszcząca się płatami skóra (jaka u mnie zazwyczaj się pojawia gdy mam uczulenie) nie wygląda estetycznie, ale trzeba zacisnąć zęby i wytrzymać parę dni. Warto także całkowicie zrezygnować z makijażu. Skóra musi w tym czasie oddychać, a jej dodatkowe zapychanie ciężkimi podkładami i całą toną innych kosmetyków jest dla niej niewskazane. Zdaję sobie sprawę z tego, że twarz alergika nie wygląda pięknie, ale uwierzcie mi: wasza cera Wam się potem odwdzięczy za rezygnację z make-upu ;) 

Żel aloesowy, który okazał się ukojeniem dla twarzy dotkniętej mocną alergią.

  • Z pomocą w przypadku alergii przychodzą nam także znane i popularne...zioła! Szczególnie rumianek pospolity. Wystarczy zrobić napar z jego kwiatów i przemywać nim skórę. Rumianek nie tylko ukoi, ale także złagodzi podrażnienia i uczucie swędzenia. Chamazulen zawarty w rumianku ma działanie przeciwalergiczne. Ostrzegam jednak osoby z wyjątkowo wrażliwą skórą: rumianek również może uczulać, dlatego zanim go użycjecie, zróbcie test na małym fragmencie skóry i sprawdźcie, czy możecie go bezpiecznie stosować. Jak przygotować taki napar w domu? Wysuszone kwiaty rumianku należy dodać do gotującej się wody, przykryć na chwilę i gotować dalej, następnie odstawić z ognia. Poczekać, aż kwiaty opadną na dno i odcedzić...gotowe! Takim naparem można śmiało przemywać twarz lub inne fragmenty ciała dotknięte uczuleniem :) 
  • Należy pamiętać, że w przypadku, gdy wychodzimy na zewnątrz, skórę alergiczną musimy zabezpieczyć przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych (mocnego słońca, mrozu). Przed wyjsciem z domu powinno się zastosować krem z filtrem, ewentualnie tłustszy krem/maść gdy na zewnątrz panuje mróz.
  • Jeśli alergia dotyczy skóry na ciele (poza twarzą), trzeba unikać dodatkowych "stresorów", czyli wstrzymać się w tym czasie od prac domowych ze żrącymi środkami (lub wykonywac je w rękawiczkach), stosować hipoalergiczne kosmetyki czy płyny do płukania tkanin. Należy powstrzymać się od drapania, skubania i w ogóle dotykania skóry, czy to ciała czy twarzy. Wiem, że jest to ciężkie, bo kiedy skóra swędzi i szczypie, jest to okropne uczucie, ale po co fundowac jej dodatkowe podrażnienia? Nie muszę chyba wspominać o tym, że w czasie alergii należy się powstrzymać od wykonywania wszelkch zabiegów kosmetycznych, czy to w domowym zaciszu, czy u kosmetyczki (żadna profesjonalna kosmetyczka nie podejmie się wykonywania zabiegu na skórze ze świeżą alergią, pamiętajcie o tym!)?
  • Gdy tylko alergia wystąpi, najlepszym pomysłem jest udanie się do lekarza. Ten z pewnością przepisze nam jakieś leki antyalergiczne, które w połączeniu z odpowiednią pielęgnacją pomogą nam się szybko pozbyć niechcianego uczulenia :) Chociaż ja ostatnio korzystałam tylko i wyłącznie z powyższych porad, bez konieczności interwencji lekarskiej i wyleczyłam alergię  skóry twarzy całkowicie. Jednak pamiętajcie, że w razie jakichkolwiek powikłań, wątpliwości, pytań itp., powinniście udać się do specjalisty! 
A jakie są Wasze sposoby na walkę z alergią skórną?

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!