34 Targi Kosmetologiczne LNE w Krakowie: moja relacja

11/07/2016 Ania T.

   Dawno nie byłam na żadnych targach kosmetycznych. Zawsze jak się odbywały, ja akurat byłam zajęta pracą, albo nie miałam czasu. Jednak w tym roku udało mi się znaleźć chwilę i razem z moim lubym, wybrałam się w niedzielę 6 listopada do Krakowa, żeby uczestniczyć w 34 Targach Kosmetologicznych organizowanych przez LNE. LNE to profesjonalny magazyn branży beauty, dlatego też i wydarzenie, które sygnuje swoim znakiem firmowym musiało być na najwyższym poziomie. Jak zawsze wróciłam z siatkami pełnymi zakupów i głową zapełnioną wiedzą o nieznanych mi dotąd markach, a także o nowościach od tych, które już miałam okazję wcześniej poznać.

   Targi były połączone z Kongresem Kosmetologicznym, w dniach 5-6 listopada odbywały się wykłady i pokazy o różnej tematyce, oczywiście ściśle związane z kosmetologią. Chętni mogli także uczestniczyć w warsztatach Masterclass ze spacjalistami branży beauty, aby podszkolić i podnieść swoje umiejętności i kwalifikacje. Wykłady odbywały się w zamkniętych salach konferencyjnych, z kolei pokazy były ogólnodostępne. Ja ze względu na mojego towarzysza, który dzielnie dotrzymywał mi kroku, postanowiłam skupić się na części targowej i poznawać nowe marki i kosmetyki u źródła, czyli u samych wystawców. Na pogłębianie wiedzy przyjdzie jeszcze czas, szczególnie, że to na pewno nie będą ostatnie targi na jakie się wybiorę! 

   Każdy, kto kiedykolwiek uczestniczył w tego typu wydarzeniu, na pewno ma wiedzę, jak to wygląda. Jeśl jednak nie mieliście okazji, to krótko Wam to opiszę. O wykładach i pokazach już wspomniałam, przy czym te drugie odbywały się na tej samej sali, na której wystawiały się firmy ze swoimi stoiskami. Przy wejściu należało zakupić bilet, bądź odebrać wejściówkę, jeśli zaproszenie kupiło się już wcześniej. Mam porównanie co do Targów w Warszawie, które odbyły się 2 lata temu (relacja TUTAJ) i muszę przyznać, że w Krakowie wszystko szło o wiele sprawniej! Było dużo więcej kas i punktów odbioru wejściówek, więc uniknęłam długiego stania w kolejce. Niestety, minusem był bardzo mały (i bardzo zapchany!) parking, musieliśmy zostawić auto daleko za halą Expo i tylko jeden (bo innego niestety nie zlokalizowałam) bankomat, do którego trzeba było stać w kolejce ok. 15 minut (nie wszyscy wystawcy przyjmowali płatności kartą). Po zakupieniu biletu, można było swobodnie poruszać się po dwóch, dużych salach, w których można było znaleźć liczne stoiska. Szatnia była bezpłatna i znajdowała się na terenie jednej z sal wystawowych.

   Co można było kupić? Praktycznie wszystko co związane z tematyką kosmetologiczną. Od kosmetyków (i to bardzo często w gabinetowych pojemnościach), poprzez magazyny branżowe, akcesoria do gabinetów, na muzyce relaksacyjnej skończywszy. Na praktycznie każdym stoisku można było "wymacać" testery, obejrzeć produkty z bliska, a także uciąć sobie pogawędkę z wystawcami, którzy mimo dużej ilości klientów (niektóre stoiska były tak oblegane, że ledwo mogłam się do nich dopchać!), zawsze znajdowali chwilę na to, żeby odpowiedzieć na pytania na tamat marki. Zapytacie się pewnie czy w ogóle opłaca się robić zakupy na takich targach? Zdecydowanie tak! Wiele marek organizuje wtedy specjalne targowe promocje (np. kup 3 produkty, a 4 dostaniesz gratis), ceny są obniżone, dostaje się też sporo gratisów i próbek. Jest to także okazja, żeby zakupić profesjonalne, gabinetowe produkty w dużych pojemnościach, co rzadko bywa opłacalne gdy kupujemy je w sprzedaży detalicznej poza targami.

   Ja, zanim pojechałam do Krakowa, przejrzałam dokładnie listę wystawców (która zawsze jest dostępna na stronie internetowej organizatora przed targami) i upatrzyłam sobie kilka marek, które chciałam odwiedzić, co potem ułatwiło mi poruszanie się w gąszczu stoisk i innych klientów. Oczywiście po drodze moją uwagę przykuło wiele innych stoisk, więc ostatecznie moja lista marek "do zobaczenia" znacznie się przedłużyła, a torby zakupów niebezpiecznie się mnożyły praktycznie za każdym razem, gdy zatrzymałam się gdzieś na dłużej. LNE przygotowało dla klientów specjalną aplikację, którą można było ściągnąć na telefon, pokazywała ona dokładnie gdzie znajduje się stand danej firmy, o której godzinie odbywają się pokazy i prezentacje, a także najnowsze newsy związane z targami.

   Jesteście ciekawi, które stoiska w trakcie targów na dłużej przykuły mój wzrok? To zapraszam na fotorelację!

   Tak jak już wspomniałam wyżej, były 2 sale, podzielone tematycznie. Na hali "Dunaj" można było zakupić główie produkty związane z maniciure i pediciure (choć zdarzały się stoiska-wyjątki), a także oglądać pokazy maniciure na żywo. Wielu wystawców umożliwiało także zrobienie maniciure na miejscu, przez swoich wyszkolonych pracowników (były do tego specjalnie wydzielone stanowiska przy stoiskach wystawców). Z kolei na hali "Wisła" znajdowały się stoiska z szeroko pojętą pielęgnacją całego ciała, a także akcesoriami do gabinetów i innymi nowinkami, które były związane z kosmetologią.

   Pierwsze kroki skierowałam do "strefy maniciure" (jak to roboczo nazwałam), czyli hali Dunaj i tam trafiłam na stoisko-wyjątek, o którym wspomniałam wyżej. Dlaczego wyjątek? Ponieważ firma nie miała w ofercie produktów do maniciure, a świetną, naturalną pielęgnację do ciała. Mydła, mydła kuchenne, balsamy do rąk, a nawet ekologiczne środki czystości! O kim mowa? O YOPE! Jest to marka, którą chciałam poznać już od dawna. Kusi klienta nie tylko przyciągającymi wzrok etykietami, ale także naturalnymi składami i delikatnymi, ale bardzo przyjemnymi zapachami. Podczas targów LNE można było kupić absolutne nowości YOPE, czyli mydła kosmetyczne o zapachu imbiru i drzewa sandałowego, szałwii i zielonego kawioru, oraz herbaty i mięty. Mnie najbardziej zaciekawiły mydła kuchenne, które mają za zadanie neutralizować przykre zapachy. Przekonam się o tym czy działają, bo nie mogłam się oprzeć przed zakupem!
   Dalej udałam się na zwiedzanie stoisk z lakierami. Zahaczyłam o O.P.I, gdzie można było znaleźć lakiery w fajnych cenach (m.in. miniaturki za 9 zł, niestety dostępne tylko w 2 odcieniach), a także całą ofertę tej firmy przeznaczoną do pielęgnacji. Były także półki uginające się od lakierów (zwykłych i żelowych), a także zestawy miniaturek (chociażby najnowsza kolekcja Washington DC).
   Postanowiłam także wypróbować polecane mi przez wiele kosmetyczek i znanych mi blogerów lakiery Alessandro. Miałam na nie chrapkę już od dawna, ale ich cena detaliczna skutecznie mnie odstraszyła (72 zł za butelkę w Sephorze!!!). Na szczęście w trakcie LNE zakupiłam je taniej, a przy zakupie topu i lakieru, drugi dostałam gratis, więc mogę testować śmiało. To, co mnie zaciekawiło, to fakt, że każdy kolor w ofercie marki występuje w 4 formach: zwykłego lakieru, lakieru hybrydowego, żelu i lakieru typu Striplac (właśnie je kupiłam). Czym jest Striplac? Nakłada się go jak klasyczną hybydę (ze specjalnym preparatem, który jest bazą i topem w jednym), ale zdejmuje się go metodą peel-off. Zobaczymy, czy rzeczywiście będzie tak łatwo schodził, czy niezbędna będzie pomoc acetonu.
   Nie mogłam ominąć stoiska Chiodo. Ich charakterystyczne torebki, całe w paski, były chyba najczęściej widywane u przechadzających się po targach pań. Na miejscu sympatyczna obsługa pomogła mi dobrać kolory lakierów, co wcale nie było łatwym zadaniem, bo wybór był ogromny! Oczywiście oprócz pojedynczych sztuk lakierów różnej maści, można było także kupić zestawy startowe i gadżety do ozdabiania paznokci (np. różnego rodzaju pyłki).
   Chciałam jeszcze odwiedzić stoisko NeoNail, niestety tłum był tak wielki, że nie sposób było się przez niego przebić. Oczywiście nie były to jedyni wystawcy w tej hali, niestety, upatrzone przeze mnie wcześniej i umieszczone na liście "do zwiedzenia" stoisko Orly miało bardzo mały wybór asortymentu, brakowało mi też tańszych firm, takich jak Indigo czy Semilac. Ale i tak myślę, że będę miała co testować i porównywać, a mój domowy zapas hybryd wzbogacił się o 2 nowe marki i aż 6 kolorów.
   Po manikiurowym szaleństwie przyszedł czas na to, co lubię najbardziej, czyli pielęgnację! Tam wpadłam w istny amok, mój ukochany ledwo za mną nadążał, gdy kluczyłam między kolejnymi stoiskami.
   Na chwilę zatrzymaliśmy się przy stałym punkcie każdych targów czyli Organique, jak zawsze zadbali o dużą ilość testerów, więc można było lepiej poznać poszczególne kosmetyki przed zakupem. Nic jednak nie przyciągnęło mojej uwagi na tyle, żeby wyciągać portfel, dlatego szybko przeszliśmy dalej.
   Ruszyłam w poszukiwaniu Skin79, bo nie ukrywam, że dla mnie to był jeden z gwoździ programu i bardzo się ucieszyłam, gdy dowiedziałam się, że będą w Krakowie. Skin79 to koreańska marka kosmetyków, coraz bardziej znana w naszym kraju. W ich produktach bardzo często wykorzystywany jest śluz ślimaka, który w Korei robi istną furorę i działa zbawiennie na skórę. Ma w swojej ofercie także słynne kremy BB, za którymi klientki po prostu szaleją (sama mam BB w wersji Gold i potwierdzam, że to świetny produkt), a niedawno na rynek weszła nowość: maseczka w płachcie Pore Bubble Cleansing Mask, która  po nałożeniu na twarz, w kontakcie z powietrzem zaczyna bąbelkować, zapewniając przy tym masaż i dokładne oczyszczenie skóry! To niespotykane rozwiązanie zapewniło jej nagrodę Innowacja Kongresu i Targów LNE. Nie mogłam nie wpakować jej do swojego koszyka, zaraz obok dwóch innych produktów, o których wiele czytałam i od dawna chciałam mieć.
   Mimo, że stoisk z kolorówką mijałam po drodze całkiem sporo, to na dłużej moją uwagę przyciągnęło kolorowa i pełna klientów wystawa Let's Beauty. Makijażowe pasjonatki miały tam okazję wymacać produkty takich marek jak The Balm, Make Up Revolution czy niedawno wprowadzone na rynek, hitowe pomadki LASplash. Sama miałam chrapkę na jedną z nich, sprzedawczyni nieźle mnie na nią nakręciła, bo nie dość, że jest to kosmetyk, zastygający na ustach do całkowitego matu (a ja maty uwielbiam), to jescze ma piękny, intensywny kolor. Niestety, okazało się, że upatrzonego przeze mnie odcienia już nie było, bo się wyprzedał. Szkoda. Zaopatrzyłam się za to w znaną już wszystkim szczotkę Tangle Teezer, którą pokochała moja mama.
   Na większości stoisk z kolorówką można było kupić pędzle do makijażu, ale zazwyczaj ich asortyment był dość ograniczony (np. na stoislu Let's Beauty nie znalazłam takiego pędzla do pudru, na jakim mi zależało). Ale z pomocą przychodziło bardzo dobrze wyposażone stoisko Maestro, na którym można było kupić pędzle wszelkiego rodzaju. Zarówno te z włosia naturalnego, jak i syntetycznego. Dostępne były różne rozmiary pędzli, przeznaczone do każdego, nawet najbardziej abstrakcyjnego makijażu. Zarówno te syntetyczne, jak i naturalne, mają miękkie i przyjemne w dotyku włosie.
   Jednym z odkryć tych targów okazały się dla mnie kosmetyki nieznanej mi wcześniej  niemieckiej marki Dresdner Essenz. Mój wzrok przyciągnęły olejki do masażu w przepięknych opakowaniach. Ucięłam sobie krótką pogawędkę ze sprzedawcą, okazało się, że wraz z żoną są jedynymi dystrybutorami tej firmy w Polsce. W swojej ofercie mają zarówno produkty dla dorosłych (żele pod prysznic, pianki pod prysznic, balsamy do ciała, sole do kąpieli), jak i wegańską, bardzo kolorowa i uroczo wyglądającą serię dla dzieci. Oszalałam na punkcie zapachu limitowanej, zimowej edycji Winter Berries! Jeśli będziecie mieli kiedyś okazję ją powąchać, to gwarantuję, że stracicie dla niej głowę tak samo jak ja!
   Po drodze przystanęłam, żeby pokazać mojemu chłopakowi bardzo ładnie wyglądające stoisko The Secret Soap Store. Mój wzrok dłużej zatrzymał się na wielkim słoju, który był wypełniony cieczą, wyglądającą jak lemoniada. Okazało się, że jest to pachnąca, cytrusowa esencja do kąpieli. Muszę przyznać, że to świetny pomysł na wyeksponowanie tego typu produktu! Na żadnym innym stoisku nie spotkałam się z czymś podobnym.
   Słyszałam również wiele dobrego na temat kosmetyków Apis, a na targach mogłam nabyć linie profesjonalne, do gabinetowej pielęgnacji. Moje serce, podobnie jak w przypadku Dresdner Essenz znów skradł zapach, dokładniej mówiąc aromat linii "Regenerujące Musli", przeznaczonej do pielęgnacji dłoni. Jeśli znacie zapach bananowej odżywki do włosów The Body Shop i go lubicie, to Regenerujące Musli jest Waszym must-have! W tej linii znajdziecie peeling, koncentrat oraz balsam do rąk. Dodatkowo do woli można było częstować się próbkami. Sprzedawczyni zdecydowanie mi ich nie pożałowała do zakupów i dzięki temu będę mogła wypróbować kolejne produkty marki.
    Nie mogłam ominąć stoiska Norel, ponieważ firmę darzę ogromnym sentymentem i sympatią, a do tego po prostu uwielbiam ich fantastyczną piankę do twarzy z serii Skin Care. Musiałam zakupić sobie zapas, bo poprzednia już mi się skończyła. Przy okazji każdy chętny mógł wypróbować na własnej skórze pozostałe produkty marki.
   Po drodze zastanawiałam się także nad zakupem peelingu profesjonalnego Farmona, który na targach był dostępnu w bardzo dużej pojemności (600 g) i w przyzwoitej cenie. Jeśli spojrzycie na zdjęcia, to na pewno przyznacie, że wygląda zachęcająco. Ostatecznie jednak zrezygnowałam z tego pomysłu.
   Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo peeling ostatecznie kupiłam...ale na innym stoisku. To również od pierwszego momentu mnie absolutnie zauroczyło i zaraz obok Dressdner Essenz, uważam je za kolejne odkrycie targów! Mowa o Olive Tree Spa Clinic. Kolorowe peelingi, aż proszące się o "wymacanie" od razu mi się spodobały. Firma specjalizuje się głównie w produkcji profesjonalnych kosmetyków pielęgnacyjnych do maniciure i pediciure, ale w ofercie znajdują się także kosmetyki do pielęgnacji ciała. Co więcej, peelingi tej marki, przeznaczone do manikiuru czy pedikiuru, można z powodzeniem stosować także jako peelingi do całego ciała. Linia z różą okazała się moim faworytem!
   Oczywiście nie były to jedyne stoiska, ale zabrakło mi czasu żeby przy każdym wystawcy obecnym na targach przystanąć na dłużej. Niemniej jednak było tam dużo marek, głównie profesjonalnych, których wcześniej nie znałam. Na tych targach udało mi się odkryć dwie z nich, już nie mogę się doczekać kolejnych tego typu wydarzeń. Już się szykuję na kolejną edycję!
Przyłapana na gorącym uczynku :D
   Jak widzicie, wypad do Krakowa okazał się bardzo owocny. Wróciłam zadowolona, z pełnymi siatkami i wielkim uśmiechem na ustach. Gdyby nie okropna pogoda, pewnie zostałabym w tym pięknym mieście na dłużej. A tak, zostałam wraz z moim ukochanym zmuszona do przyspieszonego powrotu do domu. 
   Jeśli nadal zastanawiacie się czy warto wybrać się na takie targi, to myślę, że ten post rozwieje wszelkie Wasze wątpliwości. Możliwość poszerzenia wiedzy i poznania nowych, ciekawych marek jest po prostu bezcenna. Więc jeśli tylko macie możliwość, to koniecznie wybierzcie się na podobną imprez. Zapewniam Was, że nie będziecie się tam nudzić, o ile tylko tak samo kochacie kosmetyki jak ja!



   

Podobne Posty

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!