Niekosmetycznie: O tym jak skandalicznie KM traktuje pasażerów

4/07/2016 Ania T.

   Wiem, że jest to blog kosmetyczny, jednak uznałam, że ta sprawa jest warta nagłośnienia, nawet jeśli nie ma z kosmetykami nic wspólnego. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego NIE warto podróżować kolejami pewnej znanej, mazowieckiej spółki, przeczytajcie post do końca!
  
    W lutym zmieniłam pracę, jednak zanim zaczęłam szkolenia w nowej, postanowiłam zrobić sobie kilka dni wolnego i pojechałam do rodziców, którzy mieszkają pod Warszawą. Chciałam się trochę "zresetować", spotkać z przyjaciółmi, wybrać się na małe zakupy...nie przypuszczałam, że ten wyjazd zostanie mi skutecznie zepsuty przez bezduszną biurokrację i kompletny brak szacunku do mojej osoby. No ale czego mogłam się spodziewać po komunikacji publicznej?

   Zacznijmy od początku. Dzień po moim przyjeździe do domu, pojechałam z moją mamą na zakupy do jednego z warszawskich centrów handlowych. Przed kupnem biletu w kasie poinformowałam panią (celowo małą literą) sprzedawczynie, że mam 24 lata (25 będę miała dopiero we wrześniu), uczę się w szkole policealnej i chciałabym kupić bilet, jednak nie wiem czy przysługuje mi ulga uczniowska. Otrzymałam odpowiedź, że owszem, przysługuje. Pani sprzedała mi bilet ulgowy, a ja radośnie wsiadłam do pociągu, podekscytowana perspektywą zakupów. Niestety, okazały się one klapą, a gwoździem do trumny był powrót do domu, kiedy to spotkałam w pociągu niezwykle aroganckiego i chamskiego konduktora.
   Poprosił mnie i moją mamę o bilety, oczywiście obie je miałyśmy, więc wyciągnełyśmy i okazałyśmy do kontroli. Tradycyjnie zostałam poproszona o legitymację, zaczęłam jej szukać...i zamarłam. Nie miałam jej przy sobie! Przypomniałam sobie, że dzień wcześniej przełożyłam ją do biletu na ekspres, żeby się nie zgubiła. Tak więc grzecznie wytłumaczyłam panu, że nie mam przy sobie legitymacji, zdaję sobie sprawę z tego, że mam bilet ulgowy, ale po prostu jej zapomniałam. Powiedziałam także, że oczywiście mogę w tym momencie przy nim kupić bilet normalny, żeby wiedział, że to nie jest moja zła wola i specjalnie kupiłam taki, a nie inny bilet, żeby było taniej, a legitymację mogę dostarczyć w dowolne miejsce, ba, nawet mu następnego dnia podstawić ją pod nos, żeby widział, że jednak ją posiadam i ta ulga mi przysługuje. Nie chciał nawet o tym słyszeć. Od razu wziął się do wypisywania mandatu. Razem z mamą usiłowałyśmy go jakoś udobruchać, tłumaczyłyśmy mu, że przecież każdemu może zdarzyć się zapomnieć, że ja dopiero co przyjechałam do domu z Katowic i nie zdażyłam przełożyć legitymacji do dokumentów, bo została wraz z biletem na ekspers, że ja tą legitymację dostarczę do punktu KM, a jeśli nie, to niech mi chociaż sprzeda bilet normalny. A gdzie tam, nie było nawet mowy o żadnej dyskusji. Usłyszałam od niego tekst :"Ja mógłbym ten mandat odpuścić, no ale procedury, to procedury!"...wyobrażacie to sobie? Dawno nie widziałam takiego służbisty! Kiedy dałam mu swój dowód, zaczął znów dyskutować, że nawet jeśli miałabym przy sobie legitymację, to i tak dostałabym mandat. Wbiło mnie w fotel, mama zaczęła dopytywać, że niby z jakiej racji miałabym dostać mandat, skoro ulga mi przysługuje i tak mnie poinformowano w kasie (była świadkiem mojej rozmowy z kasjerką). A on na to, że nie mam 24 lat, więc ulga jest nieważna! W tym momencie po prostu go wyśmiałam, stwierdziłam, że jakim cudem nie mam 24 lat, skoro na dowodzie jak byk jest napisane, że 25 będę miała dopiero we wrześniu...powiedział, że ulga obowiązuje tylko do 24 roku życia. Ja mu dalej tłumaczę, że przecież MAM 24 LATA, więc o co mu chodzi. To odpowiedział, że mam skończone, więc to się nie liczy. Zapytałam się go, dlaczego w takim razie dzień wcześniej również podróżowałam pociągiem i nie dostałam mandatu z tą samą legitymacją i biletem ulgowym i dlaczego zostałam poinformowana w kasie, że ulga mi przysługuje i został mi sprzedany taki bilet, skoro to bzdura. Wzruszył ramionami i stwierdził, że "widać ktoś musiał źle Pani sprawdzić legitymacje, a ktoś w kasie się pomylił"...ręce mi opadły. Skończył wypisywać mandat i zapytał się czy płacę na miejscu, na co odparłam, że nie ma mowy, ponieważ zostałam niesprawidliwie potraktowana i mam zamiar napisać odwołanie. W tym momencie zaczął na mnie prawie KRZYCZEĆ, że "odwołania, to ja sobie mogę pisać, a to i tak nic mi nie da, bo żadna ulga mi nie przysługuje, więc nic nie ugram". Powiedziałam mu stanowczym tonem, że nie życzę sobie aby podnosił na mnie głos i może być więcej niż pewny, że napiszę odwołanie i skargę na jego zachowanie, ponieważ nie będę sobie pozwalała na tego typu traktowanie (no sorry, potraktował mnie jak złodziejkę, a potem jeszcze się awanturował, że chcę dochodzić swoich praw). Coś tam odburknął i poszedł dalej. Zarówno ja, jak i moja mama byłyśmy tak wzburzone tą sytuacją, że ciężko nam się było uspokoić w drodze do domu...
   Odwołania nie napisałam od razu, musiałam się trochę uspokoić, bo pewnie jakbym siadła do niego tego samego dnia, to zamiast racjonalnego uzasadnienia, pojawiłyby się z nim same bluzgi...wzięłam się za to bodajże po 2 tygodniach (a na odwołanie się miałam 3 miesiące, więc spoko). Oczywiście krótko opisałam całą sytuację. Napisałam, że jestem oburzona zachowaniem konduktora, gdyż nie miał prawa podnosić na mnie głosu i traktować mnie w taki sposób, oprócz tego wspomniałam także, że spółka ma niekompetentnych pracowników, którzy nie potrafią udzielić informacji zgodnej z prawdą (kasjerka, która sprzedała mi bilet). Oczywiście dołączyłam do maila kopię legitymacji, żeby potwierdzić, że jest aktualna. Kilka dni później dostałam pismo, że muszę dostarczyć bilet (w cięgu 7 dni od otrzymania pisma), bo inaczej nie zaczną dochodzenia a moje odwołanie będzie nieważne. Tego samego dnia wysłałam kopię biletu mailem. Dopiero dzień później dostałam odpowiedź, że to nie może być kopia, tylko oryginał (czyli już jeden dzień szlag trafił i na odesłanie zostało mi tylko 6 dni). Mało tego, mail przyszedł do mnie w czwartek (ten o konieczności dosłania oryginału), a wiadomo, że przecież w sobotę i niedzielę poczta nie pracuje. Świetne zagranie KM! No ale nie ze mną te numery, bilet został wysłany jak najszybciej.
   Odpowiedzi na moje odwołanie doczekałam się po...MIESIĄCU (tempo mają zabójcze, nie ma co!). Oczywiście "śledztwo nie wykazało nieprawidłowości w pracy kasjerki" (doprawdy? Czemu mnie to nie dziwi? Rozumiem, że panie tam pracujące mogą sobie do woli podawać klientom fałszywe informacje i nie jest to nieprawidłowość?), a mi ulga nie przysługuje, bo ukończyłam 24 rok życia i koniec. Nie było ani słowa o tym, że konduktor zachował się wobec mnie nieprawidłowo (także pamietajcie! Jak jakiś buc-służbista drze się na Was w pociągu, to ma do tego pełne prawo, bo jego firma i tak nic mu nie zrobi!). A ja mam zapłacić prawie 200 zł w ciągu 7 dni, bo inaczej podadzą mnie DO SĄDU! No słuchajcie, śmiechu warte! 
   Dla świętego spokoju zapłaciłam te pieniądze. Ale przy okazji wspomniałam w mailu, że był to mój ostatni raz z KM. 
    To jest po prostu ŻAŁOSNE. W czasach liceum byłam częstym podróżnikiem tych linii kolejowych (dojeżdzałam z liceum w Warszawie do domu), ile wtedy wydałam na bilety miesięczne (które zawsze miałam), tego nie jestem nawet w stanie zliczyć. Powiem tak, podróż z nimi NIGDY nie była przyjemna. Pociągi wiecznie się spóźniały, były tak zatłoczone, że czasem nie dało się do nich nawet wejść. Nie wspomnę już o duchocie i smrodzie, jaki tam panował. A ceny biletów z roku na rok tylko rosły...po dwóch latach zmieniłam przewoźnika na konkurencję...i to była najlepsza decyzja w moim życiu! 

   Myślę, że  tej historii można wysnuć jeden wniosek: nie ważne czy masz bilet, czy nie. Jeśli szanownemu pracownikowi KM coś się nie spodoba, to i tak potraktuje Cię bez szacunku i jak najgorszego złodzieja. Bo przecież "procedury to procedury!". Bardzo żałuję tych 10 zł, które wydałam tamtego dnia na bilet. Równie dobrze mogłabym go nie kupować i wyszłoby na to samo. No ale zostałam wychowana na uczciwego człowieka, dlatego to zrobiłam. Ale widać w dzisiejszych czasach nie warto być uczciwym...wiecie, to już nie chodzi o ten mandat. Zapłaciłam, sprawa z głowy. Chodzi o fakt, że zostałam ukarana NIE ZE SWOJEJ WINY, a z winy PRACOWNIKA, który udzielił mi nieprawdziwych informacji. A firma nie widzi w tym nic złego. To smutne...

   Była to moja ostatnia podróż tymi liniami. Następnym razem, choćbym miała iść z Warszawy do rodziców na piechotę, to tak zrobię. Ode mnie nie zobaczą już ani grosza. A te pieniądze z mandatu...niech im pójdą w pięty! 

Podobne Posty

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!