Zestaw z drogocennymi olejkami Timotei Precious Oils

12/26/2015 Ania T.

    Jakiś czas temu dostałam zestaw z "drogocennymi" olejkami od Timotei. W jego skład wchodzi szampon, odżywka oraz spray. Są to kosmetyki drogeryjne, mimo to ich działanie jest zadowalające. Oprócz odżywki w sprayu (zawiera alcohol denat, potwornie wysuszający kosmyki!), używam ich  chętnie.

SZAMPON
OPAKOWANIE
   Opakowanie jest bardzo wygodne w obsłudze, ma zamykany "dzióbek", do tego wygląda całkiem elegancko. Dobrze się je trzyma nawet mokrymi dłońmi.

SKŁAD
   Jest typowo "drogeryjny", już na drugim miejscu SLS. Ale za to dość wysoko mamy również wyciąg z kwiatu jaśminu, olej arganowy, kokosowy i ze słodkich migdałów. Stosuję go wymiennie z szamponami o bardziej naturalnym INCI.

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Szampon ma dość intensywny, mocno "kremowy" i słodki zapach. Jaśminu w nim nie czuję, a szkoda. Ale mimo to mi się bardzo podoba.
   Konsystencja jest typowa dla szamponu: gęsta i kremowa. 

DZIAŁANIE
  Kosmetyk świetnie się pieni i równie dobrze spłukuje. Czasem zdarza się, że podrażnia mi skórę głowy, nie wiem od czego to zależy. Zazwyczaj nie sprawia mi jednak większych problemów. Zawsze stosuje go w duecie z jakąś odżywką (z każdą współpracuje dobrze), bo niestety samodzielnie nie radzi sobie z moimi włosami i są po nim splątane. Generalnie sprawuje się nieźle, jak na szampon drogeryjny, ale z tego zestawu zdecydowanie wolę odżywkę!

ODŻYWKA

   OPAKOWANIE
    Takie same jak w szamponie, więc nie mam tutaj nic do dodania :)

SKŁAD
   Standardowo mamy silikony, ale także wygładzające i nawilżające olejki: arganowy, ze słodkich migdałów, kokosowy oraz wyciąg z kwiatów jaśminu. Do tego niestety również PEG-i, parafina, sztuczne zapachy (parfum)...czyli typowy "tani" INCI. 

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Zapach ma dokładnie taki sam jak szampon, konsystencja rówież jest gęsta i kremowa. Bezproblemowo rozprowadza się po włosach i z nich nie spływa.

DZIAŁANIE
   Odżywka bardzo dobrze wygładza i "dyscyplinuje" włosy. Po jej użyciu są błyszczące, łatwo się rozczesują i wyglądają zdrowo. Nie można nakłać jej w nadmiarze, bo może obciążać. Ale jeśli uważamy z ilością, bezproblemowo się spłukuje. Z tego zestawu jest moim zdecydowanym numerem 1!

ODŻYWKA W SPRAYU

OPAKOWANIE
   Wygodny psikacz zapewnia komfort użytkowania. Do tego wypustki po bojach ułatwiają utrzymanie butelki, nawet mokrymi dłońmi. 

SKŁAD

   Drugi składnik INCI, czyli Alcohol Denat. niestety całkowicie dyskwalifikuje ten produkt w moich oczach. Unikam wszystkich kosmetyków do włosów mających alkohol w składzie, bo niestety nic nie wysusza ich tak bardzo , jak właśnie ten gagatek! Co z tego, że oprócz alkohlu są tam także olejki...myślę, że producent mógł go zastąpić innym rozpuszczalnikiem ;)

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Zapach jest równie przyjemny, jak pozostałych produktów, jednak nieco mniej intensywny. 
   Konsystencja jest nieco oleista, aczkolwiek na włosach tego nie widać, ponieważ osiada na nich w postaci leciutkiej mgiełki.

DZIAŁANIE
   Najbardziej zadowolona z działania tej odżywki w sprayu jest moja mama. Ma zniszczone rozjaśnianiem włosy, które są suche i lubią się elektryzować. Mgiełka je dyscyplinuje, i natychmiastowo wygładza, bez obciążania (no chyba, że napsikamy jej całą tonę). Ja niestety, tak jak napisałam wyżej, obawiam się przesuszenia, dlatego nie stosowałam jej zbyt często. Gdyby nie skład, na pewno byłabym z niej bardziej zadowolona. 

CENY/DOSTĘPNOŚĆ
   Są to kosmetyki, które możecie w dobrej cenie nabyć praktycznie w każdej większej drogerii. Szampon kosztuje ok. 7 zł, odżywka 8 zł, a mgiełka 13 zł. Ja osobiście polecam odżywkę, bo u mnie dobrze się sprawdziła :)

A Wy znacie ten zestaw?

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box listopad 2015: krótkie recenzje produktów

12/25/2015 Ania T.

   Dłuuuugo się zabierałam do tej recenzji...ale świąteczne przygotowania całkowicie mnie pochłonęły i nie miałam kiedy na spokojnie usiąść do komputera. Przy okazji: chciałabym Wam wszystkim złożyć nieco spóźnione, ale za to szczere, Świąteczne życzenia. Niech się spełnią wszystkie, nawet najskrytsze marzenia, otaczają Was sami wspaniali ludzie, a radość spotyka Was na każdym kroku :) Najlepszego!
   Zapewne wielu z Was już dawno widziała zawartość listopadowego boxa. Ja przez ten czas zdążyłam go dokładnie przetestować i powiem Wam, że całkiem pozytywnie mnie zaskoczył! Co znalazłam w środku?


1. Zestaw miniatur (serum do rąk, balsam do ciała, kremowy żel pod prysznic) AA Oil Essences



   Nie są to produkty z najwyższej półki cenowej, ich pojemność również nie powala...ale mimo to sprawdziły się całkiem nieźle. Wszystkie 3 pachną ślicznie, a ich zapach utrzymuje się na skórze całkiem długo. Są poręczne, łatwo zabrać je w podróż, ponieważ bez problemu zmieszczą się do każdej kosmetyczki. Ich składy nie należą do zbyt naturalnych, ale żaden z tych kosmetyków nie wyrządził mi krzywdy, więc nie mam na co narzekać. 
   Serum do rąk ma dość nietypową konsystencję: przypomina gęsty żel, dzięki czemu szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy. Mam jednak wrażenie, że ktoś bardzo mi tego kosmetyku pożałował, bo starczyło go ledwo na 3 użycia...dlatego ciężko mi ocenić jego działanie. 
   Balsam do ciała wchłania się równie szybko jak serum do rąk. Wygładza skórę i szybko przynosi jej ukojenie, kiedy jest przesuszona. Nawilżenie utrzymuje się do kilku godzin, więc jak na niską cenę i dobrą dostępność, jest to zadowalający efekt. 
   Kremowy żel pod prysznic dobrze się pieni i bezproblemowo spłukuje. Nie wysusza skóry i umila kąpiel miłym zapachem. 

2. Krem do twarzy z kwasem migdałowym NOREL


    Bardzo żałuję, że to tylko miniatura, bo ten krem spodobał mi się najbardziej ze wszsytkich produktów z tego pudełka. Idealnie dopełnia działanie mojego toniku z kwasem migdałowym z tej samej serii. Przy regularnym używaniu wygładza cerę i ujednolica jej koloryt. Razem z tonikiem świetnie nadają się do pielęgnacji po zabiegach z profesjonalnymi kwasami, które sama sobie wykonuję w domu. Mimo, że zawiera w sobie kwas migdałowy (i to całkiem wysoko w składzie), jego działanie jest raczej delikatne. Nie powoduje podrażnień ani zaczerwienień. Dość szybko się wchłania, ale ze względu na nieco cięższą konsystencję, raczej nie polecam stosować go na dzień i jako bazę pod podkład czy puder. 

3. Serum do twarzy All for You ENKLARE (produkt pełnowymiarowy)

   Serum ma bardzo dobry skład. Co prawda nie byłam zbyt zadowolona z obecności aż 2 produktów do twarzy w 1 pudełku, jednak to serum sprawuje się bardzo dobrze i na pewno z przyjemnością je zużyję. Chociażby kiedy skończą mi się moje ampułki dołączone do zestawu z dermarollerem. Ma żelową konsystencję, po aplikacji wchłania się nieco dłużej niż inne, znane mi sera, zostawiając lekko lepką warstewkę. Jest praktycznie bezzapachowe, przyjemnie orzeźwia skórę (szczególnie, że powinno być przechowywane w lodówce i zazwyczaj nakładam je zaraz po jego wyjęciu). Nawilża i lekko napina cerę, kiedy nakładam je na noc, rano skóra jest wypoczęta i wygląda zdrowo. Myślę, że będzie idealne do rolowania dermarollerem :) 

4. Krem do stóp DELIA (produkt pełnowymiarowy)
   Miał to być produkt redukujący potliwość stóp. Niestety, ciężko jest mi to ocenić, ponieważ zimą stopy nie pocą mi się tak, jak latem, dlatego krem nie ma zbyt wielkiego pola do popisu. Ma bardzo przyjemny, lekko ogórkowy zapach, szybko się wchłania i wygładza skórę. Nieźle nawilża i zmiękcza, ale sam nie poradzi sobie ze zrogowaciałym naskórkiem, konieczny jest wcześniejszy peeling stóp lub użycie pumeksu. Krem może jedynie wzmacniać ich działanie. Jest tani i łatwo dostępny, więc jeśli chcielibyście go wypróbować, to polecam :)

5. Mydło w kostce o zapachu malinowym ENKLARE (produkt pełnowymiarowy)
    O tym produkcie niewiele mogę powiedzieć. Przez papierek nie czuję zapachu, za to podoba mi się jego wygląd. Jest to bardzo dobry pomysł na prezent dla fanów naturalnych mydełek. Ja osobiście wolę mydła w płynie, a nie w kostce ;)

   Ogólna ocena pudełka:
   Moim zdaniem mogło być lepiej. Pomimo, że 2 produkty (krem Norel i serum) bardzo mi się spodobały, reszta to były kosmetyki niskopółkowe, które nie zaskoczyły mnie niczym szczególnym. Cieszę się, że edycja grudniowa jest dużo lepsza i znajduje się w niej więcej produktów, które trafiają w moje gusta.

A jak Wam podoba się ta edycja?

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Moja świąteczna wishlista!

12/15/2015 Ania T.

   Święta zbliżają się z dnia na dzień :) Ja postanowiłam trochę pomóc mojemu Mikołajowi i podpowiedzieć mu z jakich prezentów ucieszyłabym się najbardziej! A może i Was ta wishlista zainspiruje? Kto wie...zapraszam do oglądania!

1. Perfumy Alien Thierry Mugler: na urodziny się ich nie doczekałam, to może Mikołajowi uda się spełnić to małe marzenie :D
2. Paletki Urban Decay Naked 1 i 2 Basics: obie podobają mi się tak samo i nie mogę się zdecydować która bardziej. Dlatego fajnie by było mieć i jedną i drugą. Ale nie będę wybredna: z każdej się ucieszę! Szczególnie, że na stronie Urban Decay do końca grudnia jest rabat -20% (na hasło: UD20VIP), więc tym bardziej ich pragnę...
3. Foreo Luna Mini: podobnie jak Alien, było to moje marzenie urodzinowe. Jednak nadal pozostaje na mojej liście...pewnie kiedyś się w końcu doczekam własnej Lunki!
4. Perfumy Olympea Paco Rabanne: o ile Alien jest miłością "starą", tak Olympeę odkryłam stosunkowo niedawno. Ma w sobie coś fajnego...taką miłą, waniliową nutę. Zapach urzekł nie tylko mnie, ale również moją drugą połówkę :) Kto wie? Może to właśnie on będzie moim Mikołajem, który obdaruje mnie Olympeą? :)
5. Paletka In the Balm of Your Hand: wszystkie bestsellery The Balm w jednej, małej paletce. MARZENIE! Z pełnowymiarowej wersji Mary Lou i Bahamy Mamy jestem bardzo zadwolona, teraz mogłabym je mieć w jednym miejscu z innymi fantastycznymi produktami tej firmy...popatrzcie tylko na te piękne kolory róży! 
6. Kubek w buldożki i poduchy z buldożkami od Zo-Han: mam absolutną obsesję na punkcie buldożków francuskich! Kocham je (zerknijcie na mój Instagram tam znajdziecie zdjecia mojej ukochanej buldożki Tosi należącej do mojego chłopaka), a kubek i poduchy z ich podobizną byłyby zwieńczeniem tej miłości! Czyż nie są przepiękne?
7. Duża świeca Yankee Candle Serengeti Sunset: na urodziny dostałam 2 inne świece, teraz chciałbym powiększyć kolekcję o zapach Serengeti Sunset. Piękny, egzotyczny, ze śliczną naklejką. Mogłabym go wąchać godzinami!
8. Porządna, średnia walizka na kółkach z miękkim obiciem: walizka musi być miękka- zawsze upycham rzeczy "na styk", dlatego wersja "utwardzana" nie zdałaby egzaminu. Fajnie jakby miała jakiś ciekawy wzór, ale jednocześnie była w takim kolorze, na którym nie widać zabrudzeń. Pewnie prędzej czy później sobie taką kupię (bo nie wiem czy Mikołaj znajdzie tą idealną), bo moja stara woła już o pomstę do nieba i powinna zostać wymieniona już dawno temu...

A Wam wpadło coś w oko z mojej wishlisty?
Może macie jakieś inne pomysły na prezenty?

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Świąteczne zapachy Bridgewater Candle + KONKURS!

12/12/2015 Ania T.

   Święta zbliżają się coraz większymi krokami. Kupujemy prezenty, ubieramy choinkę, przystrajamy dom kolorowymi dekoracjami...z kuchni powoli zaczynają unosić się piękne aromaty ciasta na pierniki...a co zrobić, żeby poczuć klimat Świąt JESZCZE BARDZIEJ? Nie ma na to innego sposobu, jak pięknie pachnące świece i woski o baaaaaardzo świątecznych zapachach! W swojej ofercie ma je bardzo wiele firm, dostępne są różne kombinacje zapachowe, jednak zasada jest ta sama: ma być pięknie, intensywnie i klimatycznie! 
   W moje łapki trafiły 4 woski od Bridgewater Candle, marki, z którą wcześniej jeszcze nie miałam styczności. 



   Wyglądem przypominają trochę te od firmy Wood Wick, które już kiedyś Wam prezentowałam na blogu (TU). Są zamknięte w plastikowym pudełeczku i podzielone na 6 pachnących kostek. Każdą z nich można wykorzystać więcej niż jeden raz, bo po zapaleniu nie traci swojej intensywności. 

   Jakie "czary" kryją w sobie te niepozorne kosteczki? Przede wszsytkim są wykonane z oleju sojowego, dzięki czemu dłużej trzymają zapach i nie jest w nich wyczuwalny aromat spalonej parafiny (to mnie czasem bardzo irytuje w woskach Yankee Candle). Wszystkie 4 zapachy, które sobie wybrałam, bardzo kojarzą się ze Świętami, a ich palenie wprawia mnie w bardzo miły nastrój. 

   Czerwona kostka to Merry Morning. Producent pisze, że dzięki paleniu tego wosku odkryjemy magię Świąt Bożego Narodzenia o poranku. Czy rzeczywiście tak się dzieje, kiedy jego aromat rozchodzi się po domu? Zdecydowanie tak! Nic mi się nie kojarzy ze Świętami bardziej niż zapach jabłek z cynamonem! Tutaj jest on wyczuwalny, ale nie jest to sztuczny aromat, który czasem spotykamy w odświeżaczach powietrza. Producent zmieszał go z czymś jeszcze, ja wyczuwam tutaj dodatkową nutę wanilii, aczkolwiek jest ona dość słaba. Jedno mogę powiedzieć o nim na pewno: jest bardzo intensywny, w małym pomieszczeniu roznosi się błyskawicznie i jest idealnym zapachem na Święta
   Zaraz obok leży zielona kostka wosku, który zaskoczył mnie w bardzo pozytywny sposób. Tree Trek na sucho mnie zupełnie odrzucił. Po powąchaniu stwierdziłam, że jest mocno "kibelkowy", pachnie jak najtańszy odświeżacz do toalet. Swoją magię wydobył dopiero po zapaleniu! Na stronie producenta możemy przeczytać, że zapach ten odzwierciedla wędrówkę po idealne drzewo jodłowe, wśród zaśnieżonych górskich drzew. Ja tutaj czuję przede wszystkim świeżo ściętą choinkę, która stojąc w domu, wszędzie roznosi swój piękny aromat. Zero sztuczności! Odrobina igieł, trochę ściętego drewna i nuta żywicy...to idealne podsumowanie Tree Trek. Jeszcze się nie dorobiłam własnej, żywej choinki w pokoju, ale mając ten wosk chyba wcale jej nie potrzebuję :D 
   Niepozorny, błękitny kolor kostki kryje w sobie zapach, który urzekł mnie najbardziej z tych 4. Snow Day jest jednocześnie delikatny: bez wyraźnych, orientalno-drzewno-przyprawowych nut, ale także na tyle intensywny, że wyraźnie czuć go po zapaleniu. Ma odzwierciedlać beztroskie dni dzieciństwa, kiedy to zmarznięci od stóp do głów ganialiśmy się w największe mrozy po śniegu z kolegami z osiedla. Bitwy na śnieżki, zjeżdżanie na sankach, lepienie bałwana...świeże kwiaty, nuta wanilii i drzewa sandałowego, mają nas przenieść w te piękne czasy. Co prawda kwiaty z zimą nie kojarzą mi się praktycznie w ogóle, natomiast cała ta kompozycja jak najbardziej. Ma w sobie coś mroźnego, ale jednocześnie odświeżającego. Bardzo się z tym woskiem polubiłam i myślę, że spodoba się fanom lekkich zapachów. 
   Ostatni zapach, w postaci kremowej kostki, co prawda nie jest typowo świąteczny (zalicza się go do kategorii zapachów jesienno-zimowych), jednak po zapaleniu, bardzo mi się kojarzy ze świątecznymi wypiekami. Szczególnie z pysznym ciastem drożdżowym z odrobiną cynamonu. Jest to mieszanka cynamonu, gałki muszkatołowej i imbiru. Każdy kto jadł kiedykolwiek bułeczki cynamonowe firmy Cinnabon (stoisko znajduje się m.in. w Silesii w Katowicach) skojarzy ten zapach od razu! Ja go uwielbiam i przyciąga mnie za każdym razem kiedy przechodzę obok ich stoiska. Mimo, że zapachy "jedzeniowe" nie należą do moich ulubionych kategorii, to ten miło mnie zaskoczył: nie był mdlący, nie bolała mnie po nim głowa, chociaż naprawdę zabijał intensywnością. Jeśli ktoś lubi "ciastkowe", przyprawowe aromaty, to ten na pewno przypadnie mu do gustu. 

   Wszystkie woski Bridgewater Candle możecie kupić na stronie i-candle.pl w cenie 29 zł za całe opakowanie (6 kostek). Po więcej świątecznych inspiracji zapraszam Was do specjalnie stworzonej zakładki (o TUTAJ). Oprócz wosków znajdziecie tam również świece Bridgewater, a także innych firm. Wiecie co jest najfajniejsze? Że kupując małe i duże świece firmy Bridgewater Candle POMAGACIE! Jak? Więcej szczegółów znajdziecie TU.

A TERAZ CZAS NA PREZENT DLA WAS!
Wraz ze sklepem i-candle przygotowałam dla Was Świąteczny KONKURS!
Zadanie jest bardzo proste, a nagroda naprawdę świetna. 


Co zrobić aby wygrać?
Wystarczy prawidłowo wypełnić poniższy formularz :)

ZASADY KONKURSU:
  • Zostań publicznym obserwatorem mojego bloga
  • Wejdź na stronę i-candle i z TEJ zakładki wybierz zapach najbardziej kojarzący Ci się ze Świętami i napisz dlaczego wybrałaś/eś akurat ten zapach?
  • Będzie mi bardzo miło jeśli polubicie fanpage MÓJ i SPONSORA, a także udostępnicie w dowolny sposób informację o konkursie(banner konkursowy do pobrania wyżej), nie jest to jednak warunek konieczny :)
Konkurs trwa od dziś (12.12) do 19.12.2015. 
Wyniki podam 20.12.2015.
Chcę aby nagroda trafiła do zwycięzcy jeszcze przed Świętami :)

FORMULARZ KONKURSOWY:



 REGULAMIN:
  1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga nuneczka.pl,  fundatorem nagród jest sklep internetowy i-candle.pl
  2. Konkurs trwa od dnia 12.12.2015 do północy 19.12.2015. Wyniki ogłoszę 20.12.2015;
  3. Zwycięzca zostanie ogłoszony na blogu i jest proszony o kontakt ze mną w ciągu 2 dni od ogłoszenia wyników. Jeśli się nie zgłosi, wybieram kolejnego zwyciezcę. 
  4. W konkursie mogą wziąć udział tylko osoby, które publicznie obserwują bloga nuneczka.pl;
  5. Wszyscy biorący udział muszą mieszkać na terenie Polski i być osobami pełnoletnimi;
  6. Aby wziąć udział w konkursie należy prawidłowo wypełnić  formularz konkursowy oraz odpowiedzieć na pytanie konkursowe;
  7. Zwycięzca zostanie wybrany przeze mnie, na podstawie najciekawszej odpowiedzi
  8. Nagrodą jest nowa, duża świeca o zapachu "Welcome Home" od Brodgewater Candle
  9. Biorąc udział w konkursie zgadzasz się na przetwarzanie danych osobowych (dotyczy wysyłki);
  10. Nagroda zostanie wysłana przez sponsora;
  11. Wszelkie reklamacje i pytania proszę kierować na adres ankatycinska@o2.pl
  12. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
POWODZENIA! :)

UWAGA!
ZWYCIĘŻCZYNIĄ ZOSTAJE:
maleńka bloguje
Serdecznie gratuluję i proszę o pilny kontakt mailowy: ankatycinska@o2.pl
     

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Zabiegi w domu: Derma Roller + serum do twarzy z kwasem hialuronowym

12/09/2015 Ania T.

   Odkąd zaczęłam szkołę, kosmetyka i szeroko pojęta kosmetologia wchłonęły mnie bez reszty. Nie tylko doskonalę się teoretycznie, ale również praktycznie. Oczywiście moim konikiem jest pielęgnacja, więc wiedzę na ten temat poszerzam z wielką ciekawością. Zabiegi, które poznaję na zajęciach staram się powielać w domu, ćwiczę na sobie i na innych. Czasem jednak sama wprowadzam "coś od siebie" i poznaję metody, o których w szkole jeszcze się nie uczyłam. Jednym z takich zabiegów, który wprowadziłam do mojej pielęgnacji, a którego wcześniej nie próbowałam, jest masaż z serum i Derma Rollerem. 

   Kilka tygodni temu, na zakupach w Endorphine (o których pisałam Wam TUTAJ) nabyłam zestaw z Derma Rollerem i ampułkami kwasu hialuronowego od Clareny, przeznaczony do skóry suchej, potrzebującej długotrwałego nawilżenia. Zanim opiszę Wam zabieg krok po kroku, chciałabym Wam powiedzieć parę słów na temat samego kwasu hialuronowego, a także Derma Rollera. 

   Kwas hialuronowy (HA):
  • W organizmie człowieka naturalnie występuje w formie soli sodowej (hialuronian sodu), ponad połowa tego składnika znajduje się w skórze właściwej.
  • Jego podstawową funkcją jest wiązanie wody (1 cząsteczka kwasu wiąże aż 250 cząsteczek wody!).
  • Kwas hialuronowy jest głównym składnikiem skóry, razem z włóknami kolagenowymi. Spadek ilości kwasu hialuronowego prowadzi do utraty wody w skórze, to z kolei powoduje degenerację włókien kolagenowych. Na skutek tego skóra wiotczeje, traci jędrność i elastyczność, pojawiają się też zmarszczki i spada poziom nawilżenia.
  • Kwas hialuronowy jest składnikiem wielu kremów nawilżajacych i przeciwzmarczkowych, jednak trzeba pamiętać, że jego działanie będzie zależało od tego, czy jest to związek małocząsteczkowy czy wielkocząsteczkowy. 
  • Kwas wielkocząsteczkowy (HMW-HA) nie przenika przez warstwę rogową skóry, pozostaje na jej powierzchni, podwyższając poziom nawilżenia jej zewnętrznej warstwy. Działa jako humektant, osłaniając skórę i zatrzymując wodę w naskórku. Ma również właściwości przeciwzapalne. Wielkość jego cząteczek to ok. 1 MDa. 
  • Kwas małocząsteczkowy dzielimy na dwa typy: LMW, o wielkości cząsteczek poniżej 1 MDa, oraz SLMW, o wielkości cząsteczek poniżej 50 tys. Da. Niektóre sklepu mają w ofercie również kwas ULMW, o wielkości cząsteczek poniżej 10 k Da, spotykane są również takie, których masa cząsteczkowa waha się pomiędzy 3 kDa a 5kDa. W internecie znalazłam różne dane dotyczące przenikalności tych kwasów wgłąb skóry (do skóry właściwej), jednak pozwolę sobie zacytować pracę G.Schroedera z 2010 roku: "Granicą przepuszczalności warstwy skóry są cząsteczki o masie do 3 kDa". Kwas LMW ma wielkość cząsteczek poniżej 1 MDa, z kolei SLMW ma wielkość cząsteczki ok. 50 tys. Da, co daje 50 kDa, skoro więc przez warstwy skóry przenikają cząsteczki do 3 kDa, nie ma możliwości aby niskocząsteczkowe kasy samoczynnie przez tą warstwę przenikały i tym samym dostawały się do skóry właściwej. W związku z tym, jedynym kwasem małocząsteczkowym, który jest w stanie przenikać do głębszych warstw skóry jest kwas ULMW (o ultra niskiej masie cząteczkowej). Kwasy LMW i SLMW o cząsteczkach powyżej 3 kDa działają jedynie w obrębie warstwy rogowej. Mowa tutaj oczywiście o kwasach, będących składnikami preparatów stosowanych na powierzchni skóry (kremy, sera). Kwas hialuronowy zawarty w preparatach do iniekcji jest w sposób inwazyjny wprowadzany do głębszych warstw skóry. Kwasy małocząsteczkowe, tak samo jak wielko, odpowiedzialne są za utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia skóry i jej elastyczności. Z kolei kwas ULMW, wnikając do głąbszych warstw skóry, chroni ją przed utratą wody i tym samym zapobiega degradacji włókien kolegenowych, co opóźnia proces powstawania zmarszczek. 
  • W preparatach kosmetycznych (najczęściej tych w formie serum) kwasy o różnej wielkości cząsteczek są ze sobą łączone (np. w zestawie Clareny serum zawiera w składzie 3 rodzaje kwasu hialuronowego).

   Derma Roller:
  • Jest to urządzenie wykorzystywane w zabiegu zwanym mezoterapią mikroigłową.
  • Na obrotowej głowicy znajdują się mikroigły, które różnią się długością, w zależności od miejsca, w którym roller będzie używany (rollery do twarzy mają mniejsze igły ok. 0,2-0,3 mm, szczególnie te przeznaczone do użytku domowego, z kolei te do pozostałych partii ciała mają igły dłuższe, głębiej penetrujące skórę).
  • "Rolowanie" Derma Rollerem powoduje, że w skórze powstają mikrokanaliki. Ułatwia to wnikanie substancji aktywnych zawartych w preparatach kosmetycznych do głębszych warstw skóry, a także stymuluje skórę do produkcji kolagenu i elastyny. Wpływa to na jej jędrność, elastyczność i młody wygląd. Nakłuwanie mikroigłami powoduje niewielkie uszkodzenie, co stymuluje skórę do samoregeneracji, zapewniając jej tym samym naturalną odnowę biologiczną. 
  • Zabieg Derma Rollerem pomaga w rozjaśnieniu i rewitalizacji skóry, redukuje przebarwienia, , poprawia jędrność i napięcie skóry, a także spłyca zmarszczki. Polecany jest także dla osób z bliznami potrądzikowymi. Stosowany na skórę ud, pośladków czy brzucha pomaga w redukcji cellulitu. Jest to również dobry zabieg dla osób borykających się z rozszerzonymi naczynkami: przy regularnym stosowaniu Derma Roller pomaga w ich redukcji.

   Zabieg na twarz z Derma Rollerem i kwasem hialuronowym:

  Do przeprowadzenia zabiegu będzie nam potrzebny Derma Roller i serum z kwasem hialuronowym (oczywiście jeśli chcemy, możemy używać Dermo Rollera z dowolnym serum, wszystko zależy od tego, jaki efekt chcemy osiągnąć). 

   Pierwszym etapem jest przeprowadzenie diagnozy kosmetycznej skóry (w tym celu najlepiej jest się skontaktować ze specjalistą). 
Przeciwwskazania do przeprowadzenia zabiegu są następujące:
  • podrażnienia i stany zapalne skóry
  • alergia skórna
  • trądzik różowaty
  • przerwanie ciągłości naskórka
  • ropne wykwity skórne
  • choroby skóry
   Następnie należy bardzo dokładnie oczyścić skórę. Wykonujemy dokładny demakijaż, nalepiej jakimś delikatnym i obojętnym dla skóry produktem (np. płynem micelarnym). 
   Po demakijażu warto sobie podzielić twarz na partie, tak jak to pokazuje poniższy rysunek:

   Na całą twarz nakładamy serum, rozprowadzając je delikatnymi ruchami masującymi. Nie czekamy aż serum się wchłonie! Od razu przystępujemy do rolowania. UWAGA! Pamiętajcie aby przed każdym użyciem Dermo Roller dokładnie zdezynfekować! Pamiętajmy o OMIJANIU OKLICY OCZU, A TAKŻE UST.
   Na każdą partię twarzy poświęcamy tyle samo czasu: rolujemy w prawo i w lewo, następnie w górę i w dół, a na końcu na ukos (oczywiście kierunki możecie zmieniać dowolnie), lekko przyciskając urządzenie do skóry. Nie wbijamy go na siłę, nie wciskamy igieł aż do bólu...ruch ma być szybki, ale zdecydowany. Cały zabieg powinien trwać ok. 2-3 minuty
   Po tym czasie serum powinno się już wchłonąć, przynajmniej częściowo. Po zabiegu i wchłonięciu się preparatu, warto zastosować dodatkowo jakiś krem, może być to np. preparat na bazie oleju lub wody- dzięki mikronakłuciom, szybciej się wchłonie. Wszystko zależy od upodobań :) 
   Zabieg nie należy do najprzyjemniejszych, ruch Derma Rollera na skórze jest wyczuwalny, szczególnie w bardziej wrażliwych partiach, takich jak płatki nosa czy okolice ust. Nie jest to jednak nieznośny ból, którego nie da się wytrzymać i po paru zabiegach można się do niego spokojnie przyzwyczaić. 
   Ze względu na to, że jest to urządzenie do zabiegów domowych z krótkimi igłami, nie nakłuwa ono skóry tak głęboko jak te, stosowane w gabinetach kosmetycznych (z dłuższymi igłami). Ja powtarzam ten zabieg co 1-1,5 tygodnia, nie zauważyłam żadnych niepokojących objawów, a wygląd skóry poprawił się już po pierwszym użyciu: była bardziej napięta i nawilżona. Co prawda zaraz po zabiegu jest zaczerwieniona i trochę bolesna, ale podrażnienie szybko znika. Rano zawsze budzę się z gładką i zdrowo wyglądającą cerą. 
   Jest to bardzo prosty zabieg, jednak tak jak wyżej pisałam, przed zdecydowaniem się na eksperymenty z Derma Rollerem w domu, warto najpierw skonsultować się ze specjalistą, który pomoże nam wykluczyć wszelkie przeciwwskazania uniemożliwiające jego wykonanie. 
   Koszt zestawu z Derma Rollerem i 5 ampułkami kwasu hialuronowego to ok. 100 - 120 zł. Sam Derma Roller do użytku domowego kosztuje ok. 70 zł (wszystko zależy od sklepu). Derma Roller starcza oczywiście na kilkanaście zabiegów, o ile dobrze o niego dbamy :)

A Wy mieliście już kiedyś styczność z zabiegami z Derma Rollerem?

Źródła użyte do napisania posta: 123456. G.Schroeder, "Nanotechnologia, kosmetyki, chemia supermolekularna", Cursiva, 2010
     

   

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Zakupy po...polsku z Endorphine

12/05/2015 Ania T.

   Na blogach często pojawiają się wpisy, w których opisywane są kosmetyki polskie. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy ile marek to firmy rodzime! Wydaje nam się, że skoro kosmetyk jest oferowany przez firmę z wymyślną nazwą, to na pewno jest to produkt zagraniczny. A jednak! Clarena, Dermo Future Precision, Bielenda, Delia, Farmona...brzmi znajomo? Na pewno! A wiecie, że to wszystko są POLSKIE marki? No dobrze, a teraz powiedzcie mi, ile razy widzieliście na blogu kosmetyk jednej z tych firm i zastanawialiście się gdzie można go kupić? Niestety, wiele "naszych" produktów wcale nie jest tak łatwo dostać w sieciowych drogeriach. Jeśli jesteście fanami którejś z wyżej wymienionych marek, to mam dla Was dobrą wiadomość. Są bowiem w Polsce miejsca, w których bez problemu możemy kupić ich produkty, a ich oferta jest naprawdę ogroooomna! Mowa tutaj o sieci drogerii Endorphine. Jak na razie sklepy Endorphine można znaleźć jedynie w województwie śląskim (Katowice i Bytom), ale wierzę, że sieć będzie się dalej rozrastać. 

   Co wyróżnia Endorphine spośród innych drogerii? Oprócz szerokiego asortymentu polskich marek, możemy tutaj liczyć na naprawdę fachową, miłą i kompetentną obsługę. W dużych, sieciowych drogeriach sprzedawcy prawie nigdy nie mają czasu dla klienta. Rzadko kiedy się zdarza, żeby w sieciówkach obsługa podchodziła do klienta (oczywiście są wyjątki), dokładnie wysłuchiwała jego oczekiwań, a potem dobierała odpowiedni produkt. W momencie kiedy wchodzi się do Endorphine, ma się pewność, że zostanie się dobrze obsłużonym. W trakcie moich zakupów, sprzedawczyni bardzo cierpliwie wysłuchała uwag dotyczących mojej skóry i pomogła mi dobrać kosmetyki zgodne z oczekiwaniami. Widać, że pracownicy dobrze znają sklep, w którym pracują. Bez problemu wskażą kosmetyki, którymi jesteśmy zainteresowani, a sami nie umiemy ich zlokalizować. Co ważne, widać, że są to osoby z pasją, nawet jeśli są zmęczone pracą, wcale tego po nich nie widać i uprzejmie odpowiadają nawet na najbardziej uciążliwe i oczywiste pytania. Wpadam tam od czasu do czasu i jeszcze nigdy nie poczułam się źle potraktowana. Nie ma tutaj ochroniarzy chodzących za klientem krok w krok i dyszących w kark. 
   Najważniejszą rzeczą jest to, że KAŻDY kosmetyk posiada tester. Czy to balsam, czy mascara, czy żel pod prysznic. Wszystko możemy powąchać, zmacać, wypróbować i to bez konieczności otwierania nowych produktów. Za to drogeria ma u mnie wielkiego plusa, ponieważ w żadnej z sieciówek jeszcze się z takim rozwiązaniem nie spotkałam. A przecież nikt z nas nie lubi kupować "zmacanych" przez kogoś kosmetyków, prawda?
   Jaki asortyment oferuje nam Endorphine? Wyżej wspomniałam, że są to polskie marki. Przede wszystkim znajdziemy tutaj bardzo szeroką ofertę Farmony. Począwszy od znanej i lubianej serii Tutti Frutti (o pięknych, owocowych zapachach), poprzez pielęgnację twarzy i włosów, słodko pachnącą serię Sweet Secret, na popularnej ostatnio serii inspirowanej znanymi drinkami Let's Celebrate skończywszy. Dostępnych jest wiele zestawów prezentowych (np. masło do ciała + peeling), które są świetnym pomysłem na prezent.

   Jest również spory wybór produktów, które na pewno ucieszą najmłodszych. Mydła z wizerunkiem postaci z bajek, perfumy dla małych dam, a także płyny do kąpieli w kształcie ulubionych bohaterów to prawdziwy raj dla dzieci. Parę dni temu pokazywałam Wam na Instagramie wielkiego Minionka (O TU). Jest to płyn do kąpieli kupiony właśnie w Endorphine :) 


   Znajdzie się także coś dla osób lubiących makijaż. Endorphine oferuje bowiem szeroki wybór kolorówki polskich firm takich jak Eveline, Delia, Joko, Ingrid czy Diadem Cosmetics (ich hitowy róż, który polecam znalazłam w październikowym Shiny Boxie).


   Jednak tym, co zaciekawiło mnie najbardziej i tym samym sprawiło, że z pewnością będę częstym gościem w tej drogerii jest spory wybór kosmetyków..profesjonalnych! Każdy kto uważnie śledzi mój fanpage, ten wie, że zaczęłam szkołę kosmetyczną, dlatego produkty profesjonalne ostatnio bardzo mnie interesują. Oczywiście w moich zakupach nie zabrakło kwasu glikolowego i neutralizatora od Bielendy, a także zestawu z dermorollerem i kwasem hialuronowym od Clareny. Jakie marki profesjonalne możemy tu znaleźć? Bielendę, Clarenę, Dermo Future Precision a także Dermo Pharmę. Także wybór jest naprawdę szeroki. Ja już się czaję na fantastycznie pachnące peelingi do ciała: arbuzowy i malinowy od Bielendy.

   Ceny są naprawdę przystępne. Wiadomo, kosmetyki profesjonalne są droższe od tych "zwykłych", ceny są także wyższe od tych w internecie, ale tak zazwyczaj już jest w sklepach stacjonarnych. Ale nie ma co się zrażać, bowiem często zdarzają się atrakcyjne promocje (np. ostatnio było -40% na cały asortyment), więc zawsze można kupić ulubiony produkt w obniżonej cenie. Do tego do zakupów zazwyczaj dostaje się różnego rodzaju próbki, niby to taki mały gest, a jednak cieszy i pozwala poznać nowe produkty. 
   Czy są jakieś minusy? Na pewno to, że w Polsce są jak na razie tylko 2 drogerie Endorphine: jedna w Agorze w Bytomiu, druga w Galerii Katowickiej w Katowicach. Tak więc dostęp do tych sklepów jest mocno ograniczony. Oprócz tego wiele osób może być także zrażonych tym, że nie ma tam takich marek jak np. Max Factor czy Maybelline. Niestety, polskie kosmetyki nie są tak szeroko reklamowane jak produkty dużych koncernów, dlatego niektórzy mogą uważać, że są gorsze. Ja wychodzę z założenia, że dopóki się czegoś nie spróbuje, to nie powinno się tego oceniać, dlatego też do żadnej marki nigdy nie uprzedzam się, dopóki jej kosmetyki nie wyrządzą mi krzywdy. 

Wpis powstał przy współpracy i dzięki uprzejmości drogerii Endorphine w Katowicach.
Bardzo dziękuję za wspaniałą obsługę i miło spędzony czas :) 
A jeśli kiedyś zdarzy Wam się być w Katowicach lub Bytomiu, to koniecznie wpadnijcie do Endorphine.


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Minerały od Lily Lolo: podkład, puder i korektor.

12/02/2015 Ania T.

   Zestaw pędzli Lily Lolo, który przydaje mi się przy wykonywaniu makijażu tymi kosmetkami, mogliście poznać bliżej w TYM wpisie. Nowością na tym blogu nie będą także same minerały, już kiedyś miałam okazję o nich pisać TUTAJ. Wtedy prezentowałam Wam podobny zestaw (tylko bez pudru, za to z różem mineralnym), ale innej firmy. Czy kosmetyki mineralne Lile Lolo różnią się od tych, które w ofercie mają inne firmy? Jak sprawdziły się przy mojej mieszanej cerze i bardzo kłopotliwej strefie T?

   Najważniejszą dla mnie kwestią był dobór odpowiednich odcieni produktów. Przez internet jest raczej ciężko wybrać kolor podkładu czy korektora, ale ściąga przygotowana przez zespół Costasy nieco ułatwia to zadanie. Do każdego podkładu dopasowany jest kolor korektora, który najbardziej do niego pasuje, dlatego za jednym zamachem możemy skompletować sobie cały zestaw. Na całe szczęście pudry dostępne w sklepie są transparentne, lub mają tak delikatny kolor, że przy ich wyborze nie ma żadnego problemu :) 

   Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę są opakowania. Nie różnią się zbytnio od tych, które w ofercie mają inne firmy, oferujące kosmetyki mineralne. Są eleganckie i minimalistyczne. Podoba mi się to, że są naprawdę porządnie i precyzyjnie wykonane.  Plastik jest twardy, odporny na uszkodzenia. Nawet trzymany w dość ekstramalnych warunkach (u mnie puder leży cały czas w łazience, pod kupką różnych ubrań i gadżetów, spod których codziennie go wygrzebuję), nie rysuje się i po dłuższym czasie użytkowania, nadal wygląda ładnie. Nieozdownym elementem są oczywiście wygodne siteczka, dzięki którym możemy nie tylko dozować odpowiednią ilość produktu (w końcu minerały są sypkie), ale także zamknąć opakowanie, aby uchronić kosmetyk przed wysypaniem się. W przypadku opakowań LL, siteczka te mają odpowiednio szerokie dziurki (mogę spokojnie aplikować produkt bezpośrednio na pędzel, lekko przechylając słoiczek), a ich "mechanizm" nie zacina się, umożliwiając bezproblemowe zamykanie i otwieranie sitka. 




   Jak pewnie zauważyliście, są to kosmetyki sypkie. Jest to pewien minus, ponieważ do ich aplikacji konieczne są pędzle. Wyżej podałam Wam link do mojej recenzji pędzli LL, które do nakładania tych produktów nadają się idealnie, ale jeśli chcielibyście sięgnąć po tańsze rozwiązanie, to spokojnie możecie kupić dowolny pędzel kabuki (nada się zarówno do aplikacji pudru, jak i podkładu) oraz płaski pędzel do korektora (jeśli będzie miał lekko wydłużony, języczkowaty kształt, to będzie mógł służyć nie tylko do aplikacji korektora mineralnego LL, ale także każdego korektora płynnego czy kamuflażu). Dodam tylko, że kosmetyki te bezproblemowo współpracują z pędzlami każdej firmy, dlatego nie musicie od razu kupować całego asortymentu tej konkretnej marki. Pracując z poprzednimi minerałami (recenzja również znajduje się w linku powyżej), zauważyłam, że lubią nabierać się na pędzle w nadmiarze. Z Lily Lolo nie mam tego problemu. Oczywiście dla spokoju sumienia zawsze otrzepuję pędzel zanim rozpocznę aplikację produktu na twarz, jednak tutaj nie "ucieka" mi aż tyle produktu na raz i nie jestem nim potem cała upaćkana. 

   Chciałabym Wam przedstawić każdy z tych produktów po kolei. Najczęściej  z tej trójki sięgam po PUDER Flawless Matte, stanowi on dla mnie podstawę makijażu. Bardzo często się zdarza, że nie mam czasu pomalować się przed wyjściem do pracy, dlatego wtedy tylko szybko oprószam twarz tym matującym cudeńkiem.

   Jak widzicie, jest to biały proszek. Jego skład jest w 100% naturalny, wegański i tak prosty, że już prościej się nie dało ;) Kaolin, czyli glinka porcelanowa oraz mika, są wręcz stworzone dla cery, której głównym problemem jest nadmierne świecenie się. Oba te składniki wzajemnie się dopełniają, pochłaniając nadmiar sebum. Ciekawostką jest fakt, że produkt ten może również być używany jako mineralna baza pod cienie. 
   Wyżej wspomniałam już o tym, że pudru używam prakycznie codziennie. Czasem solo, czasem z "bazą" w postaci podkładu lub kremu BB. Doskonale współpracuje zarówno z innymi produktami sypkimi, jak i płynnymi. Testowałam go już na podkładach mineralnych innych firm i niezliczonej ilości podkładów, korektorów czy kremów BB w formie płynnej. Z każdym z tych kosmetyków współpracował bez zarzutu.
  Puder sam w sobie się nie warzy (ale niestety np. podkład już tak, co bardzo mnie smuci). Na twarzy utrzymuje się do kilku godzin (w zależności od temperatury- w cieplejszych pomieszczeniach szybciej "znika"). Efekt matu jest widoczny, ale jego trwałość jest uzależniona od bazy, jaka znajduje się pod nim. Nałożony solo matuje, ale raczej krótkotrwale, BB przedłuża mat nieznacznie, najdłużej matuje nałożony na trwale kryjące podkłady, takie jak M.A.C Pro Longwear czy Estee Lauder Double Wear. Ostatnio, nałożony na ten ostatni, nie tylko pięknie wykończył makjaż, ale zapewnił mi efekt gładkiej, matowej skóry na kilka godzin imprezy. 
   Prosty i przyjazny skórze skład powoduje, że jest to produkt niezapychający i nie wysuszający. Cera reaguje na niego raczej obojętnie: nie wyskakują mi po nim nowe "niespodzianki", nie powoduje zwiększenia ilości wydzielania sebum, a także nie sprawia, że skóta jest nadmiernie przesuszona.
   Dzięki swojemu kolorowi, idealnie stapia się ze skórą. Wystarczy naprawdę niewielka ilość, aby wykończyć makijaż i nadać mu matowy efekt. Nie polecam nakładania kilku, grubych warstw. Jedna, maksymalnie dwie, w zupełności wystarczą. Nadmierna ilość pudru niestety może zbyt mocno wybielić skórę, co nie wygląda dobrze i jest bardzo widoczne, szczególnie w intensywnym świetle. 
   Nie muszę chyba dodawać, że ze względu na minimalną ilość aplikowanego kosmetyku, okazał się on diabelnie wydajny. Nawet przy codziennym stosowaniu, praktycznie nie widać ubytku. Puder możecie kupić w 2 wersjach: mini (0,75 g) za 10.90 zł oraz "maxi", czyli w standardowym słoiczku 7g za 81.90 zł. Czy warto? Myślę, że recenzja mówi sama za siebie. Ja tam się z nim nie rozstaje!

   Nieco rzadziej sięgam po PODKŁAD. Mój odcień to China Doll, czyli kolor idealny dla bardzo bladych i bladych karnacji. Jako, że jestem przysłowiową "córką młynarza", okazał się dla mnie strzałem w dziesiątkę. Jest to odcień bardzo jasnego beżu. Koloryt mojej cery jest bardzo nierówny: mam zaczerwienione naczynka przy nosie, lekko czerwone policzki, z kolei reszta skóry ma zróżnicowane tony. Zawsze miałam problem z określeniem czy jest bardziej pomarańczowa czy różowa. Wszystko zależy od światła i jej kaprysów, bo mam ważenie, że zmienia się jak w kalejdoskopie. Jedyne co mogę o niej powiedzieć to to, że z pewnością jest jasna. Całe szczęście, podkład ten bez problemu wyrównuje jej koloryt, zakrywając moje nieszczęsne, popękane naczynka. 

   Podobnie jak puder, ma bardzo prosty, przyjazny i naturalny skład. Oprócz miki, zawiera również tlenek cynku, który działa kojąco w przypadku zmian skórnych (jest polecany przy leczeniu trądziku), a także naturalne barwniki, nadające mu odpowiedni kolor. 
   Dzięki zawartości naturalnego filtru SPF 15, chroni skórę przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych. Jest także całkowicie pozbawiony zapachu czy drażniących składników, dlatego idealnie nadaje się nawet dla osób z wrażliwą cerą. Nie zapycha i nie wysusza, co na pewno spodoba się osobom walczącym z trądzikiem, które nie przepadają za ciężkimi produktami kolorowymi (które dodatkowo mogą obciążyć problematyczną cerę).
   Bezproblemowo rozprowadza się po twarzy. Ma miłą w dotyku, aksamitną konsystencję, dobrze stapia się ze skórą, nadając jej bardzo naturalny wygląd.
   Kosmetyki mineralne mają to do siebie, że nakładając kolejne ich warstwy, zapewniamy sobie nie tylko lepsze krycie, ale również unikamy efektu maski (co niestety nie jest możliwe przy produktach płynnych). Nie inaczej sprawa ma się w przypadku tego podkładu. Makijaż nim wykonany prezentuje się naturalnie. Umiejętna aplikacja (strzepanie pędzla przed nałożeniem produktu, a następnie aplikowanie go za pomocą "stempelków", które potem rozcieramy za pomocą pędzla) powoduje, że na twarzy nie tworzą się smugi, a produkt jest rozprowadzony równomiernie
   Z trwałością nie byłoby większych problemów, ponieważ na wielu partiach twarzy utrzymuje się bezproblemowo nawet kilka godzin, jednak ma dwie, moim zdaniem bardzo poważne wady. Pierwszą z nich na pewno jest warzenie się. Zauważyłam to szczególnie w okolicy skrzydełek nosa, brwi oraz brody. To właśnie w tych miejscach cera przetłuszcza mi się najintensywniej i z tą przypadłością produkt niestety średnio sobie radzi (nawet jeśli został utrwalony matującym pudrem tej samej firmy). Drugą rzeczą, która mnie irytuje, jest zbieranie się w drobnych zmarszczkach i załamaniach. Jako, że jestem jeszcze w miarę młoda, nie mam tych zmarszczek tak wiele, ale muszę przynać, że nie wygląda to zbyt estetycznie. A szkoda, bo podkład ma naprawdę dobre krycie i podoba mi się jego wykończenie, dlatego żałuję, że tak dziwnie reaguje z moją cerą. Aczkolwiek wspomniałam już o tym, że jest ona dość wymagająca i mało który produkt sprawdza się na niej w 100%. 
   Produkt ten również jest dostępny w 2 wersjach: mini (10,90 zł za 0,75g) i standardowej (10g za 81,90 zł). 

   Ostatnim kosmetykiem z mojej mineralnej kolekcji Lily Lolo jest KOREKTOR w odcieniu Blondie. Dopasowany kolorystycznie do podkładu, również przeznaczony dla bladolicych. 

   Mimo, że jest nieco jaśniejszy od dobranego do niego podkładu, to nie zostawia na twarzy nieestetycznych, jasnych plam. 
   Skład również jest prosty i naturalny, tym razem zamiast miki (jak w podkładzie) mamy kaolin, ale znalazł się także tlenek cynku i naturalne barwniki. 
   Nie uczula, nie podrażnia, nie zapycha. Jego głównym zadaniem jest zakrywanie niedoskonałości. Bardzo dobrze sobie radzi z małymi zmianami skórnymi, z tymi większymi jest niestety trochę gorzej. W takim przypadku konieczne jest nałożenie kilku warstw, a nawet wtedy zdarza się, że zaczerwienienie wokół "nieprzyjaciela" może być nadal widoczne. W takich sytuacjach zazwyczaj ratuję się mocno kryjącym kamuflażem, który utrwalam korektorem mineralnym. Wtedy dopiero krycie uznaję za zadowalające. Całe szczęście, ostatnio coraz rzadziej wyskakują mi na twarzy różne "niespodzianki", dlatego też po korektor sięgam sporadycznie. 
   Ze względu na to, że jest nakładany jedynie na małe partie twarzy, nie zauważyłam irytującego warzenia się. Za to podobnie jak podkład i puder Lily Lolo, bardzo dobrze stapia się z cerą i wygląda na niej bardzo naturalnie
   Aplikuje się go tak samo bezproblemowo jak pozostałe kosmetyki LL i podobnie jak one, ma przyjemną, jedwabistą konsystencję. 
   Korektor jest niestety dostępny tylko w wersji 5g za 51.20 zł. Nie można kupić opakowania "mini" na wypróbowanie :( 

   Wszsytkie te kosmetyki możecie nabyć w sklepie internetowym COSTASY

Costasy Natural Beauty - Kosmetyki mineralne Lily Lolo

Który z nich zaciekawił Was najbardziej?
Mieliście już jakieś doświadczenia z minerałami?
A może dopiero zaczynacie mineralną przygodę?
   
           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!