Shiny Box październik 2015: zawartość i krótkie recenzje produktów

11/21/2015 Ania T.

   Październikowego Shiny Box-a jeszcze Wam nie prezentowałam, więc i na niego przyszedł czas. Październik to miesiąc walki z rakiem, Shiny Box rówież wspiera tę kampanię: prezentując subskrybentom pudełko z charekterystyczną, różową wstążką. Czy jego zawartość również wpasowuje się w tematykę? 

1. Roll-on pod oczy DELIA (produkt pełnowymiarowy)
   Tego kosmetyku nawet nie wyjęłam z opakowania. Jestem jeszcze za młoda, żeby katować się takimi specyfikami, dlatego roll-on dostała w prezencie moja mama. Będzie go testować i na pewno za jakiś czas podzieli się swoją opinią na jego temat :) Jego cena nie jest wysoka, więc jak macie ochotę się na niego skusić, to kupicie go za 12 zł.

   Czy polecam ten produkt?
   Nie wiem.

2. Kawiorowy krem do biustu z efektem Push-Up CLARENA
   W boxie znalazła się tylko miniaturka, ale miałam już okazję testować pełnowymiarową wersję tego produktu. Moją opinię na jego temat możecie znaleźć TUTAJ. Jest to moim zdaniem jedyny produkt, który w jakikolwiek sposób jest związany z tematyką pudełka, ponieważ stosowany regularnie nie tylko poprawia wygląda biustu, ale także pomaga w jego samokontroli, co jest ważne w przypadku wczesnego wykrywania raka piersi. 

   Czy polecam ten produkt?
   Przeczytajcie pełną opinię i przekonajcie się sami ;)

3. Kredka do oczu SUMITA
   Nie miałam wcześniej styczności z marką Sumita. Cieszę się, że trafiłam na głęboki, ciemnobrązowy kolor kredki (wiem, że w boxie był mix kolorów, więc mogłam dostać jakikolwiek). Ten brąz bardzo dobrze pasuje do moich oczu i ładnie je podkreśla, Kredka jest mięciutka, rozsmarowuje się tak łatwo, że nawet największy makijażowy laik będzie nią w stanie zrobić równą kreskę. Byłam tym bardzo pozytywnie zaskoczona. Nie odbija się na górnej powiece, ma nasycony, mocny kolor o świetnej pigmentacji. Jedyną wadą jest absolutny brak odporności na ciepło. Po jakimś czasie przebywania w pokoju z ogrzewaniem, po prostu starła się z powieki. Być może nałożona na bazę sprawdziłaby się lepiej. Na pewno to sprawdzę! Jej cena jest spora: 75 zł za pełnowymiarowy kosmetyk, ale muszę przyznać, że dawno nie miałam kredki, z którą ta dobrze mi się współpracowało.

   Czy polecam ten produkt?
   Tak.

4 i 5. Szampon i odżywka do włosów cytrusowa werbena L'OCCITANE
   Szkoda, że ten duet to tylko miniaturki :( Mogłabym je wąchać godzinami! Zapach jest cudowny, orzeźwiający i pobudzający do działania. Odżywka ma fajną, lekką konsystencję, podobnie jak szampon. Na razie niestety nie jestem w stanie ocenić ich działania, ponieważ oszczędzam je na wyjazd na Sylwestra (jadę na 4 dni a taki miniaturki są idealne na podróż!). Ale jak tylko je przetestuję, na pewno podzielę się z Wami opinią na ich temat. 

   Czy polecam te produkty?
   Nie wiem

6. Rozświetlający róż do policzków DIADEM (produkt pełnowymiarowy)
   Wiele dziewczyn kręciło nosem na ten róż, dla mnie natomiast okazał się niespodziewanym HITEM tego pudełka! Trafiłam na przepiękny, brzoskwiniowo-różowy odcień, który doskonale współgra z moją karnacją. 

   W środku ma całe mnóstwo iskrzących, rozświetlających drobinek, które wcale mi nie przeszkadzają a wręcz przeciwnie: zachwycają. Dzięki nim nie muszę już nakładać dodatkowo rozświetlacza, bo sam róż wzorowo spełnia jego zadanie. 


Mimo, że jest prasowany, to ma tak aksamitną konsystencję, że bez problemu mogę go rozprowadzić nawet...palcem. Z trwałością też nie ma żadnych problemów, spokojnie utrzymuje się na policzkach przez kilka godzin. Niektórzy się skarżą, że ma "babciny" zapach, rzeczywiście jest on lekko wyczuwalny jak powąchamy produkt, ale na skórze nie czuć go praktycznie wcale, więc nie jest on problemem. Pełnowymiarowy róż kosztuje 14,50 zł. Nie jest to wygórowana cena, bo róż naprawdę jest godny polecenia. Warto również wspomnieć o bardzo szlachetnej akcji prowadzonej przez firmę Diadem: każdy sprzedany kosmetyk tej marki finansuje 2h eukacji dla kobiet Trzeciego Świata. Czyli kupując-pomagasz! Brawo!

   Czy polecam ten produkt?
   Tak!

7. Tusz do rzęs Queen Size WIBO (produkt pełnowymiarowy)
   Wibo raczej nie należy do marek selektywnych, dlatego też obecność produktu tej firmy w Shiny Boxie wzbudziła spore kontrowersje. Szczerze mówiąc, ja na początku również nie byłam tym zachwycona. Jednak przełamałam się i przetestowałam tą mascarę. Muszę przyznać, że nie jest aż tak tragiczna jak na swoją niską cenę: 8zł. Szczoteczka na początku mnie przeraziła, jest dość masywna. Ale okazało się, że całkiem nieźle rozczesuje rzęsy i ich nie skleja.

   Mascara rzeczywiście pogrubia włoski, rozczesuje je bez sklejania, a dodatkowo wydłuża. Wadą tego produktu na pewno jest jego trwałość. Po jakimś czasie tusz zaczyna się osypywać, a nawet najmniejszy kontakt z wodą powoduje jego spływanie. No cóż, nie mam chyba co oczekiwać cudów po tuszu z najniższej półki cenowej. 

   Czy polecam ten produkt?
   Nie do końca: co prawda spełnia swoje zadanie, ale z trwałością u niego bardzo kiepsko. Na pewno nie nada się na wielkie wyjścia i szalone imprezy. 

   Czy warto kupić to pudełko?
   Pod względem zawartości zdecydowanie bardziej podobało mi się pudełko wrześniowe. Tutaj mamy tylko 3 pełnowymiarowe produkty, w tym wszystkie 3 z niskich półek cenowych. Znalazłam w tym pudełku 1 prawdziwy hit (róż) i 1 produkt, który chętnie polecę znajomym (kredka). Fajnym akcentem były miniaturki L'Occitane. Niestety, to tylko miniaturki i nawet nie wiem czy po takiej ilości produktu, będę w stanie dokładnie ocenić jego działanie (raczej w to wątpię). Moim zdaniem pudełko październikowe to jedno ze słabszych boxów w tym roku. 

A jak Wam się podoba zawartość październikowego Shiny Boxa?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Kosmetyczne lektury: Ewa Grzelakowska-Kostoglu (Red Lipstick Monster) "Tajniki Makijażu"

11/15/2015 Ania T.

   Red Lipstick Monster to jedna z niewielu youtuberek, które lubię oglądać. Jest bardzo charakterystyczna, naturalna, dowcipna i lubię jej sposób mówienia. Dlatego też byłam ciekawa czy jej książkę będzie się czytało równie dobrze, jak oglądało jej filmiki. Nie jestem najlepsza w malowaniu się, więc miałam nadzieję, że ta pozycja pomoże mi nieco ulepszyć mój warsztat. Czy tak się stało?

Autor: Ewa Grzelakowska-Kostoglu "Red Lipstick Monster"

Tytuł: "Tajniki makijażu"

Wydawnictwo: Flow Books

   Książkę czyta się bardzo szybko, jest napisana ciekawym i dowcipnym językiem, dlatego czasem miałam wrażenie jakbym czytała zabawną powieść, a nie poradnik makijażowy. Jest wydrukowana na grubym, bardzo dobrym jakościowo papierze i zawiera w sobie całe mnóstwo pięknych, kolorowych fotografii. Aby ułatwić czytelnikowi odnalezienie ciekawiących go działów, została podzielona na podrozdziały (pędzle, podkłądy, korektory itp.). W każdym podrozdziale znajdziemy zdjecia z dokładnymi instrukcjami krok po kroku, a na końcu każdego z nich RLM umieściła kody QR, które odsyłają Nas bezpośrednio do filmiku dotyczącego konkretnego działu, o którym była mowa w ksiązce. Ewa starała się nie tylko pokazać jak należy się malować, ale również omówić poszczególne kosmetyki wykorzystywane do aplikacji na poszczególnych partiach twarzy (i tak, np. w dziale o podładach, mamy omówione nie tylko sposoby ich aplikacji, ale również formy w jakich występują czy porady dotyczące doboru ich odpowiedniego odcienia). Oprócz tego w środku znajduje się także wiele porad, np: jak utrwalić makijaż, jak dobrać kolor cienia do koloru oczu, czy tutorial jak wykonać makijaż dla "okularnic" w zależności od tego czy noszą "plusy" czy "minusy". Mi osobiście najbardziej podobał się dział dotyczący konturowania twarzy: każda partia, którą możemy poddać konturowaniu, była dokładnie omówiona, a tekst był wzbogacony zdjęciami przed i po. Muszę przyznać, że moja wiedza na ten temat znacznie się poprawiła po lekturze tej pozycji :)

Co mi się  tej książce nie podoba?

   Przede wszystkim to, że zawiera w sobie absolutnie same podstawy. Co prawda autorka stara się przemycić w środku parę swoich przemyśleń i porad, które są nieco nietuzinkowe (jak np. wprowadzenie własnego wzoru na nadanie brwiom odpowiedniego kształtu, który jest zupełnie inny od przedstawianego w podręcznikach do kosmetologii), jednak większość z tych porad możemy z łatwością znaleźć w internecie. Żałuję też, że nie było w niej większej ilości tutoriali (np. pod koniec mógłby być dział, w którym Ewa pokazywałaby makijaze na różne okazje ze zdjęciami krok po kroku). Przez to książka trochę straciła w moich oczach, bo była po prostu za krótka. Osoby, które na co dzień zajmują się makijażem mogą poczuć się trochę rozczarowane po jej lekturze. 

Komu ją polecam?

   Na pewno spodoba się osobom, które zaczynają przygodę z makijażem. Uważam, że każdy dział jest omówiony dość szczegółowo, więc początkujący nie będą mieli problemu z wykonaniem make-upu krok po kroku, korzystając ze wskazówek autorki. Ja sama nauczyłam się z niej paru tricków, które z powodzeniem wprowadziłam do codzienego makijażu. Myślę, że to dobry pomysł na prezent dla osoby, która jest fanką Red Lipstick Monster i chciałaby poszerzyć swoją wiedzę o trudnej sztuce upiększania. 



Czego nauczyła mnie ta książka?

   Najciekawszy był dla mnie już wcześniej wspomniany rozdział na temat konturowania. Porady w nim zawarte pomogły mi  w lepszym poznaniu tej sztuki. Nie ukrywam, że bardzo mi na tym zależało :) Wiele ze wskazówek Ewy przydało mi się do udoskonalenia mojego dotychczasowego sposobu malowania się: nie będę miała już problemu z odpowiednim doborem koloru cienia czy pomadki, wiem również, które z moich pędzli są najbardziej przydatne w codziennym użytkowaniu. 

Ile kosztuje i czy warto ją kupić?

   Książkę można kupić już od 32 zł (wszystko zależy od księgarni). Jak dla mnie to dużo lepsza pozycja niż wcześniej przeze mnie recenzowana pozycja od Bobbi Brown. W niższej cenie otrzymujemy garść porad, które pomogą nam ulepszyć Nasz makijaż. Nie żałuję jej zakupu, jednak osoby, które są profesjonalnymi wizażystami raczej nie znajdą w niej nic odkrywczego. 

A Wy już macie  "Tajniki makijażu" w swojej biblioteczce? 

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Na luzie: Makijaż z piekła rodem!

11/11/2015 Ania T.

   Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić pewną historią, która przydarzyła mi się jakiś czas temu.  Potraktujcie ją jako przestrogę. Zostałam zaproszona na wesele dobrej znajomej. Kiedy już miałam kupioną sukienkę, dobrane do niej buty, torebkę i biżuterię, przyszedł czas na fryzurę i makijaż. Niestety, okazało się, że impreza odbywa się w innym mieście, do którego goście będą podwożeni autokarem, a zaraz po przyjeździe do hotelu, od razu dowożeni do kościoła. Dlatego też wiedziałam, że nie będę miała szansy na to, aby przygotować się na miejscu, więc postanowiłam oddać swoje włosy i make-up w ręce "profesjonalistów". W wyborze salonu pomagał mi mój chłopak. Fryzjerka już nie raz czesała jego mamę i siostrę na różne ważne uroczystości, a makijażystka została polecona przez jego znajomą. Byłam więc spokojna i bardzo się ucieszyłam, że nie będę musiała się szykować sama, szczególnie, że nie miałam na to zbyt wiele czasu. 
   Luby podwózł mnie do salonu: najpierw czekała mnie godzina na fotelu fryzjerskim, a potem miałam oddać się w ręce makijażystki. Z doborem fryzury miałam ogromny problem, ale muszę przyznać, że fryzjerka stanęła na wysokości zadania i byłam bardzo zadwolona z jej pracy. Nie spodziewałam się, że makijaż może okazać się wielkim problemem, szczególnie, że dokładnie wiedziałam jak chcę wyglądać tego dnia. Pokazałam makijażystce zdjęcie i powiedziałam, żeby zrobiła mi dokładnie taki sam make-up. Dodam, że nie było to nic skomplikowanego, żadne artystyczne smoky eyes, tylko najzwyklejszy na świecie makijaż z kreską i mocnymi ustami. Oto czego oczekiwałam:

  Jak widzicie jest to makijaż, który z łatwością może odtworzyć każda makijażystka, która choć trochę się na tym zna. Ale kobieta, zaraz po zobaczeniu tego zdjęcia wyglądała na...przerażoną. Kiedy z rozbrajającą szczerością powiedziała "no, to zobaczymy co da się zrobić", bać zaczęłam się ja.  Niestety, nie miałam już odwrotu, nie zdążyłabym wrócić do domu, żeby zrobić ten makijaż sama, więc postanowiłam dać jej szansę. Usiadłam sobie wygodnie na łóżku kosmetycznym i patrzyłam jak rozkłada swój sprzęt. 
   Kiedy zobaczyłam zawartość kufra...dziękowałam Bogu, że zabrałam swoje własne kosmetyki. Zapytacie się pewnie, po co wzięłam własną kosmetyczkę do makijażystki? No cóż, miałam pewne obawy, czy uda jej się znaleźć podkład i puder dobrze dobrane do mojej karnacji, a w tamtym czasie miałam swoje dwa ideały, więc uznałam, że lepiej będzie je zabrać ze sobą. Oprócz tego obowiązkowo zabrałam szminkę, którą chciałam mieć na ustach, a także parę innych przydatnych gadżetów. To była chyba najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Kiedy zobaczyłam co makijażystka stawia na stole, to zdębiałam. Wśród kosmetyków były najtańsze podkłady z Essence czy Wibo, do tego jakieś pudry niezidentyfikowanej marki, stępione, czarne kredki i linery z najniższej półki cenowej. Nie zrozumcie mnie źle, absolutnie nie mam nic do tanich marek, sama znalazłam wśród nich wiele perełek, ale jednak od "profesjonalnej" makijażystki oczekuję czegoś więcej niż kosmetyków, które kupię za parę złotych w każdej drogerii. 
   Kolejny szok przeżyłam jednak dopiero chwilę później. Powiedziałam makijażystce, że chyba jednak wolę, żeby wykonała mi makijaż moimi kosmetykami (raczej nie mam zaufania, że podkład za 10 zł wytrzyma na mojej twarzy cały dzień i noc zabawy) i zaczęłam jej pokazywać, których produktów powinna użyć. Dałam jej mój podkład i puder z M.A.C (jedne z niewielu kosmetyków, które naprawdę dobrze stapiają się z moją cerą i wytrzymują na niej dłuuugo), bronzer Bahama Mama i rozświetlacz Mary LouManizer (których Domi, autorka makijażu ze zdjęcia używała do jego wykonania), a ona...popatrzyła się na mnie jak na kosmitkę. Przyjrzała się tym kosmetykom, po czym stwierdziła, że "ona nie zna tych marek". Opadła mi szczęka. Jestem w stanie wszystko zrozumieć, ale na pewno nie to, że kobieta, która uważa się za makijażystkę, maluje innych i jeszcze bierze za to pieniądze, nie zna takich marek jak M.A.C, The Balm czy nawet GOSH (z GOSHA akurat miałam szminkę). 
  Jednak najlepsze miało dopiero nadejść! Wiedząc, że Pro Longwear najfajniej stapia się ze skórą, aplikowany Beauty Blenderem (lub inną gąbką tego typu) wzięłam z domu także swojego BB (na pewno nie chciałabym być malowana BB lub podobną gąbką-jajem, która wcześniej została użyta na innej klientce, nawet jeśli zostałaby dobrze odkażona). I wiecie co usłyszałam? "O Boże, jakie to fajne, a jak się tego używa?!". Ręce mi opadły. Nie wymagam od makijażystki, aby miała nową gąbeczkę-jajo (a już tym bardziej Beauty Blendera) dla każdej klientki, ale żeby nie wiedziała CO TO JEST, to już jest szczyt wszystkiego. Kiedy cierpliwie jej wytłumaczyłam jak należy aplikować podkład zaprezentowanym wcześniej cudem, zaczęła wykrzykiwać radośnie (niczym dziecko) "ale fajna zabawa, też chcę takie jajo!". No masakra...
    Kiedy podkład i korektor pod oczy zostały już nałożone, zabrała się za konturowanie. I w tym momencie pożałowałam, że oprócz kosmetyków, nie wzięłam ze sobą także swoich własnych pędzli. Nie wiem z czego były wykonane te, którymi mnie malowała, ale były tak twarde i szorstkie, że miałam wrażenie, jakby jeździła mi po twarzy pumeksem. Całe szczęście, były czyste i odkażone...
   Największy problem miała ze zrobieniem kresek. Już na samym początku stwierdziła, że "ona kreski robi rzadko, więc nie wie jak to wyjdzie, ale się postara". Zajęło jej to bite 40 minut i poprawiała je co chwile, bo za każdym razem jedna była albo grubsza, albo dłuższa do drugiej.  
   W końcu do salonu wpadł mój chłopak, wściekły, bo już dawno powinnam być "zrobiona"...a ja nie miałam jeszcze pomalowanych ust. Byłam kompletnie załamana, ale całe szczęście pani "profesjonalistce" udało mi się umalować usta w całe 5 minut (tak, musiałam je potem sama poprawiać). 
   Na pewno mnie teraz zapytacie, dlaczego nie uciekłam stamąd kiedy miałam okazję? No cóż, sama sobie zadaję to pytanie. Gdybym wcześniej wiedziała, jak to będzie wyglądać, to pewnie zaraz po wyjściu od fryzjera umalowałabym się sama, w bardzo ekspresowym tempie. Ale przynam szczerze, że biorąc pod uwagę wszystkie te perypetie- efekt końcowy nie był zły. Oczywiście, do ideału, jakiego oczekiwałam, było temu makijażowi daleko, ale zawsze mogło być gorzej. 
   Po co w ogóle napisałam tego posta? Chciałabym Was uświadomić, że "polecona" osoba nie zawsze musi być dobrym profesjonalistą. Kiedy decydujecie się na skorzystanie z czyiś usług, najlepiej wcześniej go sprawdźcie. Poszukajcie jego prac w internecie, zapytajcie na jakich markach pracuje, jakie makijaże najbardziej lubi wykonywać. A jeśli ta osoba ma Wam wykonywać makijaż na ważną okazję (jak chociażby Wasz własny ślub) to lepiej najpierw zdecydujcie się na make-up próbny. Wiem, że na pewno nigdy więcej tej kobiety nie odwiedzę...a przy natępnym weselu makijaż zrobię sobie sama, choćbym musiała w tym celu budzić się kilka godzin wcześniej :D

A Wy mieliście kiedyś takie makijażowe przygody z piekła rodem?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Pędzle do makijażu Lily Lolo

11/08/2015 Ania T.

   O tym, jak istotną rolę w wykonaniu makijażu odgrywają odpowiednie pędzle, wie chyba każda osoba, która kiedykolwiek prówbowała się malować. Zbyt twarde są niedobre, bo są szorstkie i nieprzyjemne w dotyku, z kolei zbyt miękkimi ciężko jest rozprowadzać produkty na twarzy. Idealny pędzel musi być nie tylko wygodny, praktyczny i łatwy do utrzymania w czystości, ale przede wszystkim porządnie wykonany, trwały i odpowiednio miękki. Czy pędzle Lily Lolo spełniają te warunki?



W swojej kolekcji mam 3 pędzle Lily Lolo: super kabuki, pędzel do pudru oraz pędzel do korektora. Co je łączy? Na pewno fakt, że są naprawdę porządnie i estetycznie wykonane. Rączki są zrobione z materiału, który pewnie leży w ręku, do tego jest na tyle wytrzymały, że nie ulega uszkodzeniu, kiedy pędzel spadnie na ziemię. Jedyne do czego mam zastrzeżenia, to fakt, że pędzelki z jasną rączką (do korektora i pudru) dość łatwo się brudzą, co niestety przy aplikacji produktów kolorowych jest nie do uniknięcia. Włosie jest mocno umocowane skuwką do trzonka, nie chwieje się na wszystkie strony i naprawdę nie wiem, co musiałabym z tymi pędzlami robić, żeby uległy rozklejeniu. Dla mnie to ważne, bo miałam już do czynienia z drogimi i markowymi pędzlami, które przy regularnym stosowaniu, tak się rozklejały, że nie nadawały się do użytku. Wszystkie trzy są wykonane z włosia syntetycznego, dzięki czemu nie uczulają. Włosy są zbite, żaden z nich nie wystaje- stoją w równym rządku, niczym zdyscyplinowani żołnierze. Mimo tego "zbicia", są jednak miękkie i bardzo przyjemne w dotyku, nie podrażniają twarzy, ale jednocześnie doskonale sobie radzą z rozprowadzaniem produktów. 
W trakcie mycia, włosy nie odbarwiają się i bezproblemowo można je doczyścić z resztek kolorówki. Trzeba tylko uważać i odpowiednio je przechowywać oraz suszyć bo (podobnie z resztą jak większość pędzli) lubią się odkształcać. Włosie prawie nie pachnie, co dla mnie jest plusem. Spotkałam się już nie raz z tanimi pędzlami, które na kilometr śmierdziały tandetną chińszczyną i uwierzcie mi, ich używanie nie należało do najprzyjemniejszych. W oczy rzucił mi się także mały szczegół, który ułatwia użytkowanie tych produktów: każdy pędzelek jest podpisany, dzięki czemu nawet z samego rana, kiedy jesteśmy nieprzytomni, będziemy w stanie rozróżnić, który z nich do czego służy. A osoby początkujące nie będą się zastanawiały, który z nich użyć do oczu, a który do korektora. Niby taki mały szczegół, a jednak nieco ułatwia stawianie małych kroczków w makijażowym świecie. 


   Przyjrzyjmy się im trochę bliżej...

PĘDZEL DO PUDRU
   Jest to pędzel, po który sięgam najczęściej. Kiedy spieszę się do pracy, rzadko kiedy mam czas na wykonanie pełnego makijażu, dlatego zazwyczaj tylko oprószam twarz (szczególnie strefę T, która u mnie bardzo szybko się przetłuszcza) pudrem matującym i szybko wybiegam z domu. Ten pędzel świetnie sobie radzi zarówno z produktami sypkimi, jak i prasowanymi. Mimo naprawę miękkich włosków, bezproblemowo nabiera kosmetyki i gładko, bez podrażniań, rozprowadza je po twarzy. Włosie jest na tyle zbite, że nie sprawia problemów przy aplikacji, ale jednocześnie na tyle miękkie, że jego używanie to sama przyjemność. Jest dość spory "objętościowo" i puchaty. Oprócz rączki, która straszni się brudzi, nie mam się do czego doczepić. Pędzel możecie kupić za 61,10 zł, co moim zdaniem nie jest kwotą z kosmosu, bo na rynku są dostępne modele dużo droższe, a uwierzcie mi, ten pędzel ani trochę od nich nie odbiega. A na pędzlach do pudru nie warto oszczędzać, szczególnie jeśli aplikacja pędzlem to Wasz ulubiony sposób na wykańczanie makijażu pudrem i wykonujecie tą czynność codziennie.

SUPER KABUKI
   Przyznaję się bez bicia, że nigdy nie byłam fanką pędzli typu kabuki. Jakoś tak niezbyt leżały mi w dłoni i trafiałam na modele z mało przyjemnym w dotyku włosiem. Pędzel Lily Lolo trochę "odczarował" złe wrażenie, jakie pozostawiły po sobie feralne modele, z którymi miałam wcześniej do czynienia. Włosie jest nieco twardsze i bardziej zbite niż to, które znajdziemy w pędzlu do pudru, ale podobnie jak on, kabuki również jest puchaty. 



Teoretycznie, na upartego, tym pędzlem można by było wykonać pełny makijaż (no może z wyjątkiem oczu i ust), gdyż nadaje się do aplikacji zarówno podkładu, jak i pudru czy różu bądź bronzera. Oczywiście mówię tutaj o produktach sypkich (mineralnych) czy prasowanych (róże, pudry), bo w przypadku płynnych nie sprawdza się zupełnie. Ja używam go tylko do aplikacji podkładu mineralnego, gdyż moim zdaniem w tej roli sprawdza się najlepiej. Róże i pudry wolę nakładać pędzlami z dłuższym trzonkiem, bo lepiej mi się nimi operuje. Chociaż akurat kabuki do aplikacji podkładu mineralnego jest idealny, bo dzięki krótszej rączce łatwiej jest mi wcierać produkt kolistymi ruchami (a właśnie tak najlepiej aplikuje się tego typu kosmetyki). W przeciwieństwie do pozostałych pędzli LL, ma ciemny trzon, co sprawia, że jest bardziej odporny na zabrudzenia. Mimo, że sięgam po niego nieco rzadziej, to również nie mam większych zastrzeżeń. No może oprócz ceny, ona akurat mogłaby być trochę niższa (pędzel kosztuje prawie 92 zł). 

PĘDZEL DO KOREKTORA
   O ile z dwóch poprzednich akcesoriów do makijażu od LL byłam zadowolona, tak ten pędzelek trochę mnie rozczarował. Nie chodzi tutaj o jakość wykonania czy włosie. One, podobnie z resztą jak w innych pędzlach tej firmy, są wysokiej jakości i nie mogę się do niczego doczepić. Włoski są miękkie, przyjemne w dotyku, dobrze nabierają produkt. Ale niestety, poza aplikacją korektora w formie sypkiej, ten pędzel nie nadaje się do niczego innego (no chyba, że na upartego będziemy nakładać nim cienie do powiek, albo niewielkie ilości rozświetlacza). Włosie jest puchate, co akurat w przypadku pędzla do korektora jest u mnie minusem, ponieważ przez to pole manewru z nim jest dość ograniczone. Zupełnie nie sprawdza się w przypadku nakładania zbitych, mocno kryjących korektorów o gęstej konsystencji, ba, on w ogóle nie współpracuje z płynnymi produktami. Kiedy szukam pędzla do korektora, zawsze zwracam uwagę, żeby miał wygodny kształt języczka i był spłaszczony, z lekko wydłużonym włosiem- taki pędzelek jest idealny do aplikacji zarówno produktów sypkich, jak i gęstych kamuflaży. W produkcie Lily Lolo niestety mi tego zabrakło, co spowodowało, że jest on mało wszechstronny. Jest to porządnie wykonany pędzel, ale niestety, nadaje się tylko i wyłącznie do pracy z produktami sypkimi. Możecie go kupić za niecałe 40 zł. 

    Pędzle zrobiły na mnie dobre wrażenie, są porządnie wykonane, mają miękkie i przyjemne włosie i dobrze sprawdzają się w swojej roli. Gdybym jednak miała polecić jeden z nich, to z pewnością byłby to pędzel do pudru, który jest moim ulubieńcem. Jeśli akurat poszukujecie dobrego, trwałego pędzla do aplikacji pudru, ten od Lily Lolo powinien się u Was sprawdzić. 

  Wszystkie pędzle, które przedstawiłam w notce, jak również inne modele, przeznaczone do pozostałych kosmetyków kolorowych znajdziecie TUTAJ. Dodam, że sklep Costasy.pl jest wyłącznym dystrybutorem tych kosmetyków w Polsce, więc macie pewność, że produkty kupione na ich stronie będą w 100% oryginalne. 

A jakie pędzle do makijażu Wy lubicie?
Po który z nich sięgacie najczęściej?

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Zabiegi z kawasami, cz.1- z czym to się je?

11/01/2015 Ania T.

   Jesień to najlepszy czas żaby zdecydować się na profesjonalne zabiegi z kwasami w gabinecie kosmetycznym. Wtedy nasza skóra nie jest narażona na tak dużą dawkę promieni słonecznych jak latem, dlatego też spokojnie możemy oddać się w ręce profesjonalistów :)


   Dzisiaj omówię 3 zabiegi, z 3 rodzajami kwasów, które ostatnio miałam okazję poznać na zajęciach w szkole. 

1) ZABIEG Z KWASEM FITOWYM
   Kwas fitowy naturalnie występuje w otrębach zbóż, a także nasionach strączkowych takich jak np. fasola. Jest to kwas, który nie powoduje mocnego złuszczania i lubi towarzystwo takich składników jak retinol czy witamina C. 

  Dla jakiej cery będzie najlepszy? 
  Ze względu na dość delikatne działanie, kwas ten może z powodzeniem być stosowany nawet do cery naczynkowej. Jednak najlepiej sprawdza się w pielęgnacji cery dojrzałej i z przebarwieniami. 

  Jak wygląda zabieg?
  W tym zabiegu chodzi przede wszystkim o zachowanie odpowiedniej kolejności aplikacji poszczególnych kosmetyków: najpierw kwas, potem serum z witaminą C, a na samym końcu serum z retinolem. Wszystkie te składniki mają za zadanie lekko złuszczyć skórę, a oprócz tego rozjaśnić ją, zlikwidować plamy i przebarwienia, oraz nadać jej blasku. W trakcie zabiegu nie stosuje się żadnych dodatkowych urządzeń, ważne jest również to, że oprócz preparatów przeznaczonych stricte do niego, nie stosować żadnych innych kosmetyków, gdyż mogłyby wywołać niepożądaną reakcję. 

  Jak często najlepiej go powtarzać?
   Co 7-10 dni, aby uzyskać najlepsze efekty poleca się serię 6-8 zabiegów.

   Przeciwwskazania do zabiegu:
   -opryszczka
   -trądzik ropny
   -inne zabiegi z kwasami (trzeba między nimi odczekać minimum tydzień)
   -przerwanie ciągłości skóry

   Jak pielęgnować skórę po zabiegu?
   6-8 h po zabiegu nie należy skóry moczyć, myć, ani nakładać na nią żadnych preparatów. Po zabiegu kosmetyczka powinna jedynie posmarować twarz kremem z filtrem. 

2) ZABIEG WYBIELAJĄCY
   W tym zabiegu kluczową rolę odgrywa kwas migdałowy, ma podobne działanie do kwasu glikolowego, ale nie powoduje zaczerwienienia ani podrażnień. Często jest dodawany (w niewielkich stężeniach) do produktów do codziennej pielęgnacji skóry (toników, żeli). Kosmetyki te są polecane osobom, które chcą się przygotować do zabiegów z kwasami- dzięki temu skora powoli przyzwyczaja się do ich działania i zabiegi z kwasami w większym stężeniu nie są dla niej takim "szokiem".

  Dla jakiej cery będzie najlepszy?
  Można go wykonywać nawet przy wrażliwej, naczynkowej czy trądzikowej cerze. Oczywiście najbardziej jest polecany dla cery z nierównym kolorytem czy plamami i przebarwieniami. 

   Jak wygląda zabieg?
   Oprócz samego kwasu, przed zabiegiem dodatkowo wykonuje się demakijaż preparatami zawierającymi ten kwas w niższych stężeniach. Następnie nakłada się sam kwas, a potem go neutralizuje. Następnym etapem jest aplikacja wybielającego koktajlu. Przy tym zabiegu można stosować wszelkie urządzenia, które dodatkowo pomogą w odpowiednim wchłanianiu koktajlu. Później kosmetyczka nakłada na twarz wybielającą, algową maskę.

   Jak często należy go powtarzać?
   Najlepiej raz w tygodniu. 

   Przeciwwskazania do zabiegu:
   -takie same jak w przypadku zabiegu z kwasem fitowym.

   Jak pielęgnować skórę po zabiegu?
   Zaraz po zabiegu można spokojnie myć twarz. Należy pamiętać o jej dobrym nawilżaniu i natłuszczaniu.

3) ZABIEG Z KWASEM PIROGRONOWYM
   Ze wszystkich przedstawionych powyżej, ten kwas ma zdecydowanie najmocniejsze działanie- mocno złuszcza naskórek i jest bardziej "agresywny".

   Dla jakiej cery będzie najlepszy?
   Przede wszystkim dla tłustej, mieszanej i trądzikowej. Nie polecam osobom z mocno wrażliwą i naczynkową cerą (ale jeśli naczynka znajdują się tylko w jednym miejscu, np. tak jak u mnie przy nosie, to w trakcie zabiegu można je zabezpieczyć tłustym kremem).

   Jak wygląda zabieg?
   Ten zabieg jest zdecydowanie łatwiejszy i krótszy niż dwa poprzednie, kwas trzyma się na twarzy tylko przez 2 min (uwaga, jest to wyjątkowo nieprzyjemne uczucie), następnie się go zmywa, neutralizuje i nakłada maskę. 

   Jak często należy go powtarzać?
   Nie częściej niż raz na 2 tygodnie. W przypadku cery mocno tłustej nawet raz na 3 tygodnie- żeby nie podrażniać gruczołów łojowych (może to spowodować jeszcze gorsze przetłuszczanie się).

  Przeciwwskazania do zabiegu:
  -takie same jak w przypadku poprzednich zabiegów (tylko, że tym razem przerwa między zabiegami kwasowymi musi być dłuższa).

   Jak pielęgnować skórę po zabiegu?
   Przede wszystkim mocno natłuszczać- będzie się dość mocno łuszczyć, dlatego ważne jest aby zapewnić jej odpowiedni poziom nawilżenia. Najlepiej także zrezygnować z makijażu, nie będzie on zbyt estetycznie wyglądał na suchej, łuszczącej się cerze. 

KILKA OGÓLNYCH WSKAZÓWEK, DOTYCZĄCYCH PIELĘGNACJI SKÓRY PRZED I PO ZABIEGACH Z KWASAMI:

  • Przed zabiegiem warto skórę "przyzwyczaić" do działania kwasów, sięgając po produkty zawierające ich niewielkie stężenia (toniki, kremy, żele).
  • Po zabiegu nie poleca się stosowania peelingu mechanicznego, skóra sama się złuszcza, więc jej dodatkowe podrażnianie nie jest wskazane. Jeśli już jednak koniecznie chcemy jej "pomóc", to wykonajmy peeling dopiero po mniej więcej tygodniu od zabiegu.
  • Zawsze pamiętajmy o kremie z filtrem! Po zabiegach z kawasami jest to wręcz konieczne, aby uniknąć plam i przebarwień.
  • Najlepszym okresem na wykonywanie zabiegów z kwasami jest jesień, w lato raczej powinno się je odpuścić, ze względu na zbyt dużą ilość promieniowania. 
  • Nie decydujcie się na samodzielne eksperymenty z kwasami w domu. Jeśli już koniecznie chcecie wykonywać na sobie takie zabiegi, to wybierzcie się na szkolenie, do szkoły kosmetycznej...gdziekolwiek. Nie są to substancje, które pozostają obojętne dla skóry, szczególnie te mocniejsze kwasy, takie jak pirogronowy. Warto więc oddać się w ręce profesjonalistów niż zrobić sobie krzywdę ;) 
  • W przypadku kwasów efekt zazwyczaj jest widoczny już po pierwszym zabiegu, ale najlepiej zdecydować się na kilka serii, aby utrzymał się dłużej. 

A Wy, zdecydowaliście się kiedyś na zabieg z kwasami?

PS: Powyższe zabiegi to przykładowe zabiegi, jakie poznałam na szkoleniu z firmą Norel. Zabiegi innych firm mogą się różnić od tych, które zostały przedstawione w tej notce. Jednakże działanie kwasów a także wskazania dotyczące cery pozostają takie same. 

   
           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!