Odżywka do rzęs Realash- efekty po 2 miesiącach stosowania

9/24/2015 Ania T.

   Każda kobieta marzy o długich i spektakularnych rzęsach, których nie trzeba by było co chwila podkreślać mascarą. Jednak samodzielne przyklejanie sztucznych włosków nie jest wcale takie proste, z kolei przedłużanie ich metodą 1:1 niestety jest kosztowną sprawą. Czy są inne metody dbania o rzęsy, które zapewnią nam uwodzicielskie spojrzenie? Na rynku znajduje się obecnie cała masa różnego rodzaju odżywek do rzęs, które mają pomóc w wzmocnieniu i zagęszczeniu naturalnych włosków. Ale czy działają? Dzisiaj przedstawię Wam efekty stosowania jednej z nich. Używałam jej przez 2 miesiące bez przerwy. O jakim kosmetyku mowa? O odżywce Realash.

OPAKOWANIE
   W środku kartonika znajduje się plastikowe opakowanie, podobne do tego, w jakim zamknięta jest spora część eyelinerów w płynie. Odżywkę aplikuje się na rzęsy za pomocą małego, wygodnego pędzelka.

SKŁAD
   Te wszystkie skomplikowane nazwy niewiele mi mówią, ważne jednak, że żaden z tych składników nie spowodował u mnie podrażnień ani zaczerwienień oka. Mogłam bezpiecznie używać tego produktu, bez obawy, że następnego dnia obudzę się z opuchniętymi oczami (odżywkę aplikowałam przed snem).

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Kosmetyk jest całkowicie pozbawiony zapachu. Jego konsystencja jest wodnista i bardzo lekka, dzięki czemu odżywka szybko się wchłania, nie pozostawiając nieprzyjemnej warstwy na powiekach.

DZIAŁANIE
   Wyżej już wspomniałam, że produkt nie powodował u mnie podrażnień, a to ważna kwestia, ponieważ mam dość wrażliwe oczy, które dodatkowo są narażone na zmęczenie i zaczerwienienia ze względu na charakter mojej pracy (pracuję przy komputerze). 
   Wiedziałam, że na pewno nie mogę spodziewać się efektów takich, jak po sztucznych rzęsach, natomiast liczyłam na zagęszczenie i wzmocnienie włosków. Czy się rozczarowałam? Myślę, że zdjęcia będą mówić same za siebie.
   Tak wyglądały moje rzęsy na początku stosowania odżywki:


   Były dość gęste i długie, natomiast przeszkadzała mi spora różnica pomiędzy zewnętrznym, a wewnętrznym kącikiem oka. W kąciku wewnętrznym włoski były tak krótkie, że praktycznie niewidoczne, nawet podkreślone mascarą bardzo się wyróżniały. Wyglądało to tak, jakby rzęsy kończyły mi się w 2/3 oka. Oprócz tego mam także problem z ich wzrostem- rosną mi do dołu i bardzo ciężko je podkręcić, nawet zalotką. Dlatego bardzo się obawiałam, czy odżywka jeszcze tego efektu nie pogłębi.
   Po 2 miesiącach stosowania rzęsy wyglądały następująco:

   Ze względu na RÓŻNICE W OŚWIETLENIU, w jakim wykonywane były zdjęcia, kolor skóry, a także samych rzęs przed i po, różni się od siebie.  

   Jakie efekty zauważyłam po 2 miesiącach regularnego stosowania?
  • przede wszystkim znaczne wydłużenie rzęs, myślę, że efekt ten jest doskonale widoczny na powyższych fotografiach. 
  • moje obawy co do kierunku" wzrostu rzęs okazały się bezpodstawne. Co prawda na samym początku stosowania dalej rosły w dół, ale w miarę jak się wydłużały, zaczynały się również lekko podkręcać do góry
  • ważną kwestią było również to, że rzęsy wydłużały się równomiernie. Zdjęcia niestety nie oddają tego efektu, natomiast na żywo widac było, że włoski są mniej więcej podobnej długości. No i co najważniejsze- te w wewnętrznym kąciku zaczęły w końcu być widoczne!
  • oprócz tego rzęsy wyraźnie się zagęściły- widać to na drugim zdjęciu "po" (na fotografii "przed oczy są zamknięte, a rzęsy górne łączą się na nich z dolnymi, co daje efekt większej gęstości, ale to tylko iluzja optyczna). 
  • rzęsy wyglądały na zdrowsze i mocniejsze, to chyba nie wymaga komentarza :)
  Co tu więcej mówić? Odżywka naprawdę okazała się skuteczna. Chciałam Wam jeszcze pokazać zdjęcia po 3 miesiącach stosowania, ale w międzyczasie skusiłam się na przedłużanie metodą 1:1 i niestety po zdjęciu sztucznych rzęs, moje własne nie prezentują się tak spekatakularnie (jednym słowem- nie ma się czym chwalić). Ale znów wracam do kuracji Ralashem i czekam na efekty! 

   Czy warto? Myślę, że tak! Jeśli nie jesteście fanami sztucznych rzęs, to Realash będzie dla Was idealnym rozwiązaniem. Należy jednak pamiętać o tym, żeby regularnie stosować produkt, bo inaczej cała kuracja okaże się bez sensu.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Cena może przerażać- 170 zł to dla niektórych majątek. Ale pamietajcie, że pojedyncze opakowanie starcza na ok. 4-5 miesięcy regularnego używania, a pierwsze efekty zauważalne są już po miesiącu. Patrząc na to, ile by trzeba było wydać na przedłużanie rzęs metodą 1:1 (takie rzęsy odpadają po jakiś 2-3 tygodniach i trzeba je regularnie uzupełniać żeby ładnie się prezentowały). Możecie ją kupić TUTAJ  

I jak Wam się podoba efekt "po"? 

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Sierpniowy Shiny Box 2015- krótkie recenzje produktów

9/19/2015 Ania T.

   Od ostatniej notki minęło trochę czasu, za co znów musze Was przeprosić. Cieszy mnie jednak fakt, że tak wiele z Was zadeklarowało chęć zmiany swojej pielęgnacji włósow i postanowiło wypróbować mój sposób olejowania. Życzę Wam dużo wytrwałości i wspaniałych efektów!
   Dzisiaj jednak nie będzie o włosach, ale o ogólnej pielęgnacji. Jakie produkty znalazłam w sierpniowym Shiny Boxie i czy są one godne uwagi?

1. Olej lniany MOKOSH (produkt pełnowymiarowy)
   Biała glinka tej samej firmy znalazła się w marcowym boxie, bardzo ją lubię i używam do sporządzania maseczek domowej roboty. Jeśli natomiast chodzi o oleje...co by tutaj dużo mówić, je również uwielbiam! Co prawda nie stosuję ich do kąpieli (brak wanny mi to utrudnia), ale są nieodłącznymi towarzyszami w pielęgnacji włosów i twarzy. Ten olej łączę z mieszanką Babuszki Agafii w trakcie olejowania, a także dodaję kilka kropli do glinkowych maseczek. Dla włosów jest bombą składników odżywczych! Na pewno wiele z Was czytało posty na temat picia "glutka" z siemienia lnianego, który zbawiennie wpływa na kosmyki...dlatego więc olej z tych ziaren jest jak najbardziej wskazany w pielęgnacji czupryny. Co prawda nie stosuję go "solo", więc ciężko ocenić czy to akurat on sprawia, że moje włosy po olejowaniu są błyszczące i gładkie, ale wierzę, że ma w tym swój udział. Opakowanie jest o tyle praktyczne, że zawiera szklaną pipetę i dzięki temu mogę precyzyjnie odmierzyć ilość kropli, którę dodaje do swoich mikstur. Oczywiście olej ten ma bardzo szerokie zastosowanie- możecie dodać go do kąpieli, stosować do masażu, "wzbogacać" nim odżywki czy maski do włosów, a także używać jako kosmetyku nawilżającego. Jest to produkt na tyle uniwersalny, że bardzo ucieszyłam się z jego obecności w sierpniowym pudełku. Myślę, że warto go mieć w swojej kosmetyczce.

   Czy polecam ten produk?
   Zdecydowanie tak!

2. Maseczka regenerująca na noc YASUMI (produkt pełnowymiarowy)
   Jej skład nie wydaje mi się zbyt zachęcający, aby nałożyć ją na twarz, szczególnie, że mam ostatnio problemy z trądzikiem, które skończyły się wizytą u dermatologa i stosowaniem antybiotyków. Żeby jednak sprawdzić, czy po jej zastosowaniu rzeczywiście ma się "piękny poranek" (jak głosi hasło na tubce), postanwoiłam przetestować ją...na moim chłopaku :D O dziwo się zgodził! Maseczka ma żelową konsystencję, która o dziwo jest naprawdę leciutka- prawie jej nie czuć po nałożeniu na twarz (przynajmniej tak stwierdził mój luby), szybko się wchłania i momentalnie wygładza buzię! Już po paru minutach wchłania się "do sucha", nie pozostawiając przy tym nieprzyjemnej warstwy. Rano, zaraz po przebudzeniu skóra nadal jest gładka i miękka w dotyku, ale większych zmian nie zaobserwowaliśmy. Plusem na pewno jest to, że nie spowodowała wysypu nieproszonych gości i nie pozatykała porów. Może sama również się skuszę na jej użycie i wtedy ocenię ją na własnej skórze.

   Czy polecam ten produkt?
   Sama będę musiała to ocenić, ale mój męski tester jest raczej na tak.

3. Lipowy płyn micelarny SYLVECO (produkt pełnowymiarowy)
   Dla wielu osób ten płyn okazał się hitem pudełka! Ja również się z nim polubiłam (podobnie z resztą jak z większością kosmetyków tej marki, ich składy zdecydowanie dobrze służą mojej skórze). Ma przyjemny, bardzo delikatny zapach, dobrze radzi sobie ze zmywaniem zanieczyszczeń. Nadaje się idealnie do stosowania na przesuszoną czy podrażnioną skórę, ponieważ nie tylko lekko nawilża, ale również łagodzi podrażnienia (jest dobrym opatrunkiem dla skóry, np. po mocnym, mechanicznym peelingu). Z powodzeniem można aplikować go nawet w okolicy oczu, u mnie nie powodował ich szczypania ani zaczerwienienia. Na pewno nada się do zmywania lekkiego makijażu, jak radzi sobie z mocniejszą "tapetą", tego niestety jeszcze nie oceniłam. Kolejny dobry kosmetyk firmy Sylveco, brawo!

   Czy polecam ten produkt?
   TAK!

4. Sorbet/balsam do rąk Oriental Touch LIV DELANO (produkt pełnowymiarowy)
   O tym produkcie na razie niewiele mogę powiedzieć, bowiem nadal stoi nieotwarty i czeka na swoją kolej (mam w domu obecnie jakieś 4 otwarte kremy do rąk i kiedyś w końcu muszę je zużyć). Jedyne co jestem w stanie ocenić, to naprawdę ładne i przyciągające wzrok pudełko, a także niezwykle przyjemny, owocowy zapach (czuć go nawet przez zabezpieczajace sreberko!). Jeśli okaże się dobry, to pewnie doczeka się oddzielnego posta ;)

   Czy polecam ten produkt?
   Na chwilę obecną ani go nie polecam, ani nie odradzam.

5. Lakier do paznokci SILCARE (produkt pełnowymiarowy)
   Każdy, kto zamówił sierpniowego Shiny Boxa mógł w nim trafić albo na lakier Ingrid, albo na lakier Silcare. Mi trafił się produkt tej dugiej marki. Nie było to dla mnie pierwsze spotkanie z kosmetykami Silcare, wcześniej miałam 2 lakiery, które uważałam za całkiem przyzwoite produkty w dość niskiej cenie. Tym razem trafił mi się bardzo dziwny kolor (na samym początku mnie odrzucił), nie byłam co do niego przekonana. Teraz pieszczotliwie nazywam go "żuczkiem". Na pewno nie jest to odcień, który nada się do codziennych stylizacji. Jest dość odważny i (jak dla mnie) ekstrawagancki. Nie odważyłam się go nałożyć na paznokcie rąk, dlatego też wylądował na stopach. Bardzo ładnie mieni się w świetle, dając przy tym ciekawy, trójwymiarowy efekt. Trwałość nie jest powalająca, już po kilku dniach zauważyłam pierwsze odpryski (a na stopach większość lakierów wytrzymuje u mnie naprawdę długo!). Do całkowitego pokrycia płytki bez prześwitów potrzebowałam aż 3 warstw, które nie zdążyły dobrze wyschnąć zanim założyłam skarpetki (a miały na to 15 minut). Sam produkt nie jest zły, a już zwłaszcza za tak niską cenę (ok. 6 zł). Natomiast kolor...raczej nadaje się dla odważnych i pewnych siebie osób. Pocieszeszeniem jest fakt, że odcienie były dobierane losowo, dlatego w innych boxach mogły się znaleźć zupełe inne, mniej krzykliwe kolory.

   Czy polecam ten produkt?
   Stosunek ceny do jakości jest całkiem korzystny. Być może jeszcze kiedyś zdecyduję się na inny lakier tej marki...ale tym razem kolor wybiorę sama :)

   Oprócz wyżej pokazanych kosmetyków, w boxie znalazła się również próbka kremu BB od Skin 79 (Orange), a także metaliczny tatuaż (hit tego lata!). Niby drobiazgi, a jednak cieszą :)

   Czy warto kupić to pudełko?
   Wszystkie 5 produktów to wersje pełnowymiarowe, większość z nich u mnie się dobrze sprawdziłą, dlatego też myślę, że sierpniowy Shiny Box jest wart zakupu. Mam nadzieję, że wrześniowa wersja będzie równie udana!

A co Wy sądzicie o sierpniowym Shiny Boxie?
Który produkt najbardziej Was zaciekawił?

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Tutorial: Mój ulubiony sposób olejowania włosów

9/12/2015 Ania T.

   O tym, że olejowanie to świetny sposób na zdrowe, mocne i błyszczące włosy, wie chyba każdy, kto kiedykolwiek miał z tą metodą styczność. Na ten temat powstały setki wpisów i z pewnością jest to jedna z najbardziej znanych metod dbania o nasze czupryny. Dlatego w tym wpisie nie będę Wam pisała co to jest, jakie oleje najlepiej dobierać do typu włosów ani o porowatości- takie notki znajdziecie na każdym włosowym blogu, dlatego zapraszam Was do poszukiwań :) Ja chciałam Wam przybliżyć moją metodę, którą sama z powodzeniem stosuję. Zanim znalazłam ten idealny sposób olejowania, zaliczyłam bardzo wiele etapów, ale metodą prób i błędów, w końcu doszłam do wprawy i opracowałam własną procedurę.
   Pamiętajcie, że ta technika to tylko przykład. Nie u każdego się sprawdzi. Ale wypróbować zawsze warto, w końcu czasem dzięki małej zmianie w pielęgnacji, możemy osiągnąć spektakularne efekty!











Dobór produktów: do olejowania jest Nam potrzebny olej (to chyba oczywiste). Ja najczęściej sięgam po "gotowe" mieszanki. Najbardziej lubię te od Babuszki Agafii (recenzja TUTAJ), czasem wzbogacam je dodatkowo np. olejem z awokado albo lnianym. Oprócz tego stosuję także maskę do włosów. Dobrym pomysłem jest wybór takiej maski, która będzie zawierała w sobie składniki dobrze łączące się z olejami, jak np. lecytyna (znajdziecie ją np. w masce Organique). Jeśli nie macie takiej pod ręką, wybierzcie kosmetyk, który jest przeznaczony do długiego trzymania na włosach (maski "błyskawiczne", które należy spłukać po 2-3 minutach nie są zbyt dobrym rozwiązaniem). No i w końcu szampon. Wiele blogerek poleca słynny Babydream, jednak u mnie on się zupełnie nie sprawdził. Zazwyczaj olej zmywam dwoma różnymi szamponami- pierwsze mycie odbywa się z pomocą jakiegoś mocniejszego (może być nawet drogeryjny, ważne, żeby dobrze spłukał olej), z kolei przy drugim sięgam po łagodniejszy produkt bez SLS-ów. Włosomaniaczki, możecie mnie teraz zjeść. Trudno, przeżyję to. Niestety, wielokrotnie próbowałam zmywać oleje łagodnym szamponem i kończyło się to nie tylko trzema lub czterema płukaniami, ale także splątanymi włosami, dlatego też z tego zrezygnowałam. Ważne, że na co dzień sięgam po łagodne i naturalne szampony, SLS-y raz w tygodniu moim włosom nie zaszkodzą.
  • Moja metoda krok po kroku:
  1. Pierwszym etapem jest zwilżenie włosów. Nigdy nie myję włosów przed olejowaniem, to nie ma sensu i byłoby tylko marnowaniem wody. Ale trzeba również pamiętać, aby nie nakładać produktu na brudne i przetłuszczone kosmyki. Ja myję głowę codziennie, więc akurat u mnie nie stanowi to problemu. Dlaczego moczę włosy? W moim przypadku olejowanie "na mokro" sprawdza się lepiej niż "na sucho" (tak, próbowałam!). Mam wrażenie, że wtedy olej nie tylko lepiej się rozprowadza, ale również ma lepsze działanie. Ale być może to tylko moje odczucia, spróbujcie sami i porównajcie!
  2. Po zmoczeniu włosów, delikatnie odciskam nadmiar wody w ręcznik (pamiętajcie, nigdy nie pocierajcie ręcznikem włosów, to uszkadza łuski!). 
  3. Kolejnym krokiem jest nałożenie maski. Tej akurat nigdy sobie nie żałuję, ale zawsze aplikuję ją jedynie od połowy długości włosów aż po końcówki, omijając skalp
  4. Potem nakładam olej. Ilość odmierzam "na oko", zazwyczaj wylewam trochę na dłoń i rozprowadzam po włosach. Kiedy czuję, że potrzebna jest mi większa ilość (moje włosy bardzo szybko chłoną oleje i zawsze mam wrażenie, że nakładam go za mało), nie krępuję się i po prostu daję więcej. Nakładam go nie tylko na długość włosów, ale także na skalp. Wszelkiego rodzaju poradniki blogowe radzą omijać tą okolicę, ja natomiast nie zauważyłam aby po zmyciu oleju dobrym szamponem włosy były oklapnięte lub tłuste. Dzięki temu moja skóra głowy jest lepiej nawilżona i nie mam problemów z łuszczącymi się skórkami, które wyglądają jak łupież. Oczywiście, każdy działa według własnego uznania, akurat w moim przypadku olejowanie skalpu okazało się zbawienne dla mojej wrażliwej skóry głowy. 
  5. Krok numer 5- turban! Od razu po olejowaniu wiążę włosy gumką, a następnie zakładam ciepły, bawełniany turban. Nie musicie od razu kupować drogich wynalazków, wystarczy zwykły, bawełniany ręcznik. Takie nakrycie głowy noszę potem przez co najmniej godzinę (najczęściej przez pół dnia). 
  6. Zazwyczaj olejuję włosy w okolicy południa, a wieczorem je myję. Tak jak już wyżej pisałam, najpierw używam do tego celu mocniejszego szamponu (obecnie jest to Timotei z olejkiem awokado), a potem myję je jeszcze raz łagodniejszym produktem. Po tylu godzinach pod turbanem, olej zdąży już wniknąć we włosy i nawet szybkie mycie mocniejszym kosmetykiem mu nie zaszkodzi. Wiem to, bo u mnie widać efekty, nawet pomimo używania szamponów z SLS-ami. 
  7. Ponieważ przestałam już dawno korzystać z suszarki, po umyciu związuje włosy w kucyk albo warkocz (zalety spania w warkoczu możecie poznać TUTAJ) i idę spać. Czeszę je Tangle Teezerem dopiero rano, kiedy są już suche. 
  • Jak często olejuję włosy? Ze względu na to, że nie są zniszczone stylizacją czy gorącym powietrzem, w zupełności wystarczy im olejowanie raz w tygodniu. Co prawda włosowe ekspertki radzą, aby robić to co najmniej 3 razy w tygodniu, ale ja nie mam na to czasu. Skoro po 1 zabiegu tygodniowo widzę zadowalające efekty, to nie mam potrzeby aby powtarzać go częściej. Pamiętajcie jednak, że przy bardzo zniszczonych włosach konieczna będzie intensywniejsza pielęgnacja i zwiększenie częstotliwości olejowania. 
   I to tyle. Uwierzcie mi, stosowałam już wiele różnych modyfikacji tej metody: olejowanie na sucho, mycie tylko łagodnym szaponem, olejowanie bez używania maski...ale ten sposób okazał się u mnie najlepszy i dlatego od dłuższego czasu się jego trzymam. Może i dla kogoś z Was będzie idealną metodą, ale jeśli tylko macie ochotę to eksperymentujcie! Sami musicie poznać Wasze włosy i zdecydować co będzie dla nich najlepsze. Powodzenia!

PS: Dłuższa nieobecność na blogu była spowodowana remontem pokoju, jeśli tylko macie ochotę, to w którejś notce chętnie pokażę Wam efekty tej metamorfozy :) 

A jaki jest Wasz ulubiony sposób olejowania?

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Witaminowy roll-on pod oczy Lumene

9/04/2015 Ania T.

 Na wstępie chciałabym Was przeprosić za dłuższą nieobecność na blogu- moja praca magisterska jest już praktycznie na finiszu, a obrona zbliża się wielkimi krokami. Oprócz tego mam jeszcze na głowie pracę zawodową i remont pokoju (tak! kolejne marzenie z wishlisty spełnione!), więc nie mam zbyt wiele czasu :) Ale postaram się to nadrobić :)

 Okolica oczu jest bardzo delikatna i wrażliwa, dlatego wymaga szczególnej pielęgnacji. Żeby pokonać opuchliznę, cienie i innych niepożądanych "gości", koniecznie trzeba się zaopatrzyć w odpowiedni kosmetyk. Czy roll-on od Lumene jest tym, który warto mieć w swojej kosmetyczce?

OPAKOWANIE
   Tubka wyglądem przypomina taką, w której zazwyczaj zamknięte są błyszczyki. Jest wygodna w użyciu, a chłodne, metalowe kulki, umieszczone na końcówce, bardzo przyjemnie relaksują okolice oczu i delikatnie je masują.



SKŁAD


   Żadna z powyższych substancji nie wywołała u mnie poważniejszych podrażnień, mamy tutaj równeż sporo naturalnych wyciągów. Myślę, że INCI jest całkiem przyzwoite :)

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Produkt jest całkowicie pozbawiony zapachu, dzięki czemu jest delikatny dla wrażliwych okolic oczu.
   Kosmetyk jest nie tylko bezzapachowy, ale także całkowicie przezroczysty. Nie zawiera żadnych sztucznych barwników. Ma leciutką, odrobinę lepką konsystencję, ale nie jest to odczuwalne na skórze. Bardzo szybko się wchłania.

DZIAŁANIE
   Roll-on świetnie radzi sobie ze zmęczonymi, opuchniętymi oczami. Metalowe kuleczki umieszczone na końcówce momentalnie chłodzą i relaksują skórę, masując ją i sprawiając, że staje się bardziej napięta.
   Witamina C działa silnie rozjaśniająco, niweluje zmęczenie, zaczerwienienia a także zmniejsza widoczność cieni pod oczami. Przy regularnym używaniu skóra pod oczami wygląda widocznie lepiej. Ja najbardziej lubię stosować ten specyfik na noc. Aplikuje go wieczorem, na oczyszczoną skórę, a rano okolica oczu wygląda nieskazitelnie :)
   Przy aplikacji należy być ostrożnym- produkt trzeba nakładać tylko i wyłącznie na skórę, omijając wrażliwe części (oczywiście myślę, że nikt nie będzie sobie pchał tej końcówki wprost do gałki ocznej...ale wiecie, różnie to bywa :D). Kiedy kosmetyk dostanie się do oczu, cóż, nie daje zbyt przyjemnego efektu, aczkolwiek szczypanie jest do wytrzymania i nie trzeba od razu przemywać oka litrami zimnej wody ;-)
   Wyżej pisałam już o tym, że szybko się wchłania, ale oprócz tego nie pozostawia także lepkiej, nieprzyjemniej warstwy. Odżywia, napina i lekko nawilża skórę, czego chcieć więcej?
   Generalnie oceniam ten produkt bardzo pozytywnie, myślę, że jak go wykończę, to z chęcią sięgnę po następne opakowanie.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Cena może niektórych odstraszyć, ale ja uważam, że ok.54 zł za naprawdę widocznie działający produkt, to nie jest dużo. 
   Co do dostępności, naprawdę ciężko mi stwierdzić gdzie można te kosmetyki kupić stacjonarnie, nie rzuciły mi się w oczy podczs spacerów po popularnych drogeriach. Za to na pewno bez problemu kupicie ten roll-on w internecie :) 

A Wy stosujecie jakieś produkty pod oczy?
Jakie są Wasze ulubione?
   

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!