Co w promocjach piszczy? Przegląd ofert kosmetycznych: Carrefour, Douglas, Hebe.

8/22/2015 Ania T.

   Dziś przychodzę do Was z kolejną porcją interesujących promocji :) Jeśli jesteście ciekawi za czym warto się rozejrzeć, odwiedzając Carrefour, Douglasa czy Hebe, to zapraszam do czytania posta :)

Carrefour (gazetka ważna od 19.08 do 31.08.2015)

S3 viewer big cqqar 00

   Nowe żele Palmolive kuszą! Na pewno zapoznam się z ich zapachami :) Jestem ciekawa czy w końcu komuś udało się stworzyć żel o zapachu prawdziwej czekolady, czy będzie to kolejna chemiczna mieszanka...

Douglas (ważna do 31.08.2015)

S3 viewer big 01

   W całkiem fajnej cenie kupicie olejek do ciała Collistar (który ponoć działa świetnie) czy pomadki Clarins. Ja ostatnio zrobiłam spore zakupy w Douglasie, więc nic mnie nie kusi, ale może Wam coś wpadnie w oko ;)

Hebe (20.08-26.08.2015)


   Sierpień to doby czas na kupowanie perfum, w Hebe do 26.08 dostaniecie je z 40% rabatem (na wybane zapachy)! Oprócz tego do -30% obowiązujena wybrane balsamy do ciała.

S3 viewer small page 02

   Przy zakupie dowolnego kremu do twarzy marki Garnier, wychwalany na blogach micel 3 w 1 otrzymacie gratis- całkiem fajna okazja. Podobną ofertę przygotował L'Oreal- przy zakupie 2 dowolnych kremów, tusz Lash Architect 4D (bardzo dobry, testowałam!) również jest w cenie produktów.

S3 viewer small page 04

   -20% obowiązuje na podkład True Match- wprowadzają nową formułę- jestem ciekawa czy lepszą? -20% jest również na mój ulubiony tusz do rzęs 2000 Calorie, to jeden z najlepszych jakie miałam okazję kiedykolwiek stosować.

   Więcej ciekawych promocji w Hebe znajdziecie TUTAJ, zapraszam!

Co tym razem najbardziej wpadło Wam w oko?

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Moja urodzinowa wishlista :)

8/18/2015 Ania T.

   Urodziny mam 8 września...to jeszcze całkiem sporo czasu, ale ja już dobrze wiem, jakie są moje wymarzone prezenty :D Chciałabym Wam dzisiaj pokazać o czym śnię po nocach, i chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że połowy z tych rzeczy nigdy nie zobaczę na oczy (no chyba, że na półce w sklepie), to przecież pomarzyć zawsze mogę. A może moja wishlista stanie się inspiracją dla Was? Nie macie pomysłu na prezent dla dziewczyny/żony/mamy/cioci/babci? Zobaczcie, może coś Wam wpadnie w oko ;)

Część I- marzenia "niekosmetyczne"

 1. Świeca Goose Creek: Jestem ogromną fanką świec, ale marki Goose Creek jeszcze nie miałam okazji testować. Członkowie mojej ulubionej "świecowej" grupy na Facabooku bardzo sobie je chwalą, porównują je ze słynnymi Yankee Candle i twierdzą, że zapachy są niesamowite. Sama nie wiem, na który się zdecydować, ale prędzej czy później na pewno sobie jakiś sprawię. No chyba, że ktoś ma ochotę zrobić mi urodzinową niespodziankę :D
 2. Klasyczne, wysokie, czerwone Conversy: Tutaj chyba nie muszę wiele pisać. Conversy to klasyka gatunku, miałam w swojej szafie kilka par i są to buty prawie nie do zdarcia, a już na pewno nie do zastąpienia. Teraz zamarzyły mi się czerwone. Ale spokojnie, spełnianiem tego marzenia w tym roku zajmuje się moja druga połówka :D
 3. Remont pokoju: Planuję skromny remont, priorytetem jest oczywiście malowanie ścian (mam w pokoju obrzydliwą, jaskrawą zieleń, której wręcz nie znoszę). Zdecydowałam się na pastelowy wrzos, drugą opcją jest delikatny róż. Chciałabym również zrobić małe przemeblowanie, kupić nowy dywan i parę drobiazgów...fajnie byłoby sobie sprawić taki prezent :)
 4. Duże świece Yankee Candle: Tych świec mogłabym kupić nawet i tysiąc. Ale najbardziej pragnę zapachów takich jak: Serengeti Sunset, Kilimanjaro Stars, Meadow Showers, Juicy Watermelon, Egyptian Musk, Golden Sands, Plumeria, Granny Smith, Oceanside, Coconut Bay...o matko, no to się zapędziłam. W każdym razie jakby znalazł się ktoś taki, kto w ostatnim czasie obrobił fabrykę świec Yankee i chciałby się podzielić łupem, to wiecie gdzie mnie szukać! :D

Część II- marzenia "kosmetyczne"
   W tej kategorii znalazło się zdecydowanie więcej produktów, co chyba jednak nie powinno nikogo dziwić, patrząc na profil tego bloga :D Nie są to jednak rzeczy przypadkowe, które wpadły mi do głowy i są chwilowym kaprysem. O ich zakupie myślę już od dłuższego czasu i każda  z nich na pewno znajdzie u mnie zastosowanie.
   1. Maseczka Glam Glow: Nie mogła się NIE znaleźć na tej liście. Nie uwierzę w jej cudowne działanie, dopóki sama jej nie wypróbuję na swojej skórze. Dlatego bardzo chętnie ją przygarnę w postaci urodzinowego podarunku.
 2. Szminka M.A.C Red: Szminki M.A.C uzależniają! I to nie jest żart! U mnie zaczęło się od Heroiny, a teraz mam już 3...i myślę nad kolejną. Wybór padł na klasyczną, piękną czerwień z lekko połyskującym wykończeniem. Oczywiście koniecznie z pasującą pod kolor konturówką w zestawie! Ostatnio byłam o krok od zakupu, niestety, w moim salonie była już wyprzedana. Portfel co prawda uratowałam, ale smuteczek był ogromny :(
 3. Zestaw do hybryd: Hybrydowe lakiery odkryłam stosunkowo niedawno, ale bardzo mi się spodobały. Zdobyły moje serducho trwałością, pięknym połyskiem i szybkością aplikacji. Chciałabym sobie sprawić swój własny zestaw do hybryd, żebym mogła sama je sobie nakładać. Uwielbiam moją manikiurzystkę, ale jednak domowa "aplikacja" hybryd wydaje się dużo tańszym rozwiązaniem. Swoją drogą, polecacie jakieś konkretne firmy lub gotowe zestawy, które warto kupić?
 4. Foreo Luna Mini: Tego sonicznego maleństwa do oczyszczania twarzy chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Od kiedy ujrzałam Lunki na blogach, wiedziałam, że kiedyś MUSZĘ, po prostu MUSZĘ mieć własną. Jej cena odstrasza mnie skutecznie, ale podobno cudowne działanie wynagradza wszystkie koszty. Może w dniu urodzin znajdę na ulicy walizkę pieniędzy podpisaną "dla Nuneczki", albo wygram w jakiejś loterii...wtedy kupię Foreo Luny nie tylko dla siebie, ale i dla całej rodziny! I wszystkich znajomych, a co! Kto bogatemu zabroni! :D
 5. Perfumy Alien Thierry Mugler: Ten zapach się kocha, albo się go nienawidzi. Ja należę do tej pierwszej kategorii, bo przepadłam już po pierwszym jego powąchaniu. Ta miłość trwa już od blisko 2 lat, a ja nadal nie dorobiłam się własnego flakonu. Na razie perfumy pozostają tylko w sferze marzeń, bo zawsze znajdą się jakieś ważniejsze wydatki...może kiedyś wreszcie uda mi się przytulić swojego prywatnego Alienka, bo jednak jego zamienniki to nie to samo...
 6. Komplet pędzli Zoeva: Waham się pomiędzy Bamboo Luxury Set vol.2, a Rose Golden  Luxury Set. Ale ze względu na to, że pędzle w nich są prawie takie same (zależy mi głównie na tych do konturowania, podkładu i pudru), a w tym pierwszym zamiast etui jest tuba (którą również bym chciała i gdyby nie była w zestawie, to pewnie kupiłabym ją oddzielnie), to pewnie zdecyduję się na zestaw numer jeden. To będzie mój prezent urodzinowy dla samej siebie! :)
 7. Serum z 3% kwasem hialuronowym Norel: Miałam to serum. Kochałam je miłością absolutną. Niestety, po miesiącu użytkowania (po którym moja skóra była jak pupka niemowlaka), kosmetyk umarł śmiercią tragiczną. Nie przeżył bliskigo spotkania z umywalką. Wypłakałam za nim morze łez (to był pierwszy raz, kiedy zdarzyło mi się płakać nad rozbitym opakowaniem produktu kosmetycznego), ale teraz wiem, że jeśli w tym roku dotrę na targi kosmetyczne Beauty Forum, to pierwsze kroku skieruję właśnie na stoisko Norel i zakupię ze 2 butelki tego cudownego specyfiku, żeby mieć go na zapas. Polecam każdemu. I to z ręką na sercu, bo to kosmetyk wart każdej złotówki. 

Co najbardziej przyciągnęło Waszą uwagę?
A może sami chcielibyście dostać na urodziny podobne prezenty?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Baza pod makijaż matująca i korygująca zaczerwienienia Ingrid

8/16/2015 Ania T.

   Każda kobieta marzy o idealnym makijażu, który będzie się trzymał cały dzień, a także wytrzyma nawet najostrzejszą imprezę! Na rynku wiele jest produktów, które mają nam pomóc w utrwaleniu make-upu i sprawić, że twarz będzie gładka i zmatowiona. Jednym z nich jest baza od Ingrid. Jak się u mnie sprawdziła?

OPAKOWANIE
   Opakowanie jest szklane, z bardzo wygodną i higieniczną pompką. Za to produkt ma u mnie dużego plusa.

SKŁAD
   Skład niestety nie powala- główne miejsca w INCI zajmują bowiem silikony (powszechnie używane w tego typu produktach). Producent zachwala, że baza zostałą wzbogacona kwasem hialuronowym, ten jednak znajduje się na szarym końcu, więc jego działanie jest naprawdę znikome. 

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Zapach jest dość delikatny, nie drażni nosa i nie jest jakiś nadmiernie sztuczny. Na skórze jest zupełnie niewyczuwalny. 
   Kosmetyk ma gęstą konsystencję, o aksamitnej strukturze i świetnie rozprowadza się po skórze. Zielonkawa barwa może przerażać, ale kolor ten nie jest przypadkowy, o czym przekonacie się za chwilę.

DZIAŁANIE
   Kolor, o którym wcześniej wspomniałam specjalnie wygląda trochę kosmicznie- taka chłodna zieleń doskonale radzi sobie z maskowaniem rozszerzonych naczynek i zaczerwienień. U mnie baza świetnie zasłoniła popękane naczynka przy nosie, jak również zniwelowała czerwone miejsca, które towarzyszyły niedoskonałościom. Oczywiście samych niedoskonałości nie zakryła, ale nie takie jest jej zadanie.
   Po nałożeniu nie tworzy grudek, ale łatwo rozprowadza się po twarzy. Wygładza ją i sprawia, że cera staje się odrobinę jaśniejsza (trzeba uważać żeby nie nałożyć jej za dużo, bo wtedy buzia będzie po prostu zielona). Nie zostawia tłustej warstwy, a od razu po jej aplikacji, można nakładać pozostałe kosmetyki.

   Ten produkt rzeczywiście przedłuża trwałość makijażu. Nawet te kosmetyki, które mają tendencję do warzenia się, po aplikacji na tą bazę trzymają się na twarzy dłużej. Dobrze współpracuje zarówno z minerałami, jak i z podkładami płynnymi. 
   Nie zauważyłam żeby miała jakieś spektakularne działanie matujące- z tym najlepiej sobie u mnie radzi puder matujący.
   Baza ma jedną, moim zdaniem poważną wadę- bardzo zapycha pory. Za każdym razem po jej użyciu mam na twarzy nowe "niespodzianki". To powoduje, że nie mogę tego kosmetyku używać zbyt często. 

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Nie jest to kosmetyk, którego cena powala- pełnowymiarowe opakowanie to koszt ok. 20 zł, a dodam, że jest bardzo wydajny.
   Do kupienia w niszowych drogeriach (takich jak np. Endorphine- w Katowicach znajdziecie ją w Galerii Katowiciej) lub w internecie. 

I co myślicie o tym produkcie?

PS: Jeśli jesteście zainteresowani, to zapraszam Was na rozdanie na moim fanpage'u. Do wygrania są 3 nagrody, a więcej szczegółów znajdziecie TUTAJ.



           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Antycellulitowy balsam do ciała ze śluzem ślimaka Vis Plantis

8/12/2015 Ania T.

   W kosmetykach można obecnie znaleźć naprawdę dziwne i nietypowe substancje. Śluz ślimaka jest ostatnio coraz popularniejszy, można go znaleźć w popularnych kremach BB z Azji, maseczkach do twarzy, a nawet w balsamach do ciała. Zbawienne właściwości tego składnika odkryła rodzina hodowców ślimaków z Chile w 1980 roku. Zauważyli, że na skutek kontaktu ze śluzem, ich dłonie są gładsze i bardziej miękkie, a wszelkie rany goją się szybciej, pozostawiając niemal niewidoczne blizny. I tak narodziła się idea stworzenia i opatentowania kremu ze śluzem ślimaka, który wszedł na rynek w 1995 roku. Dzięki temu fantastycznemu składnikowi krem nie tylko świetnie nawilżał skórę, ale także wygładzał zmarszczki i blizny, pomagał w walce z trądzikiem, wspomagał walkę z żylakami...i wiele, wiele innych. (na podstawie http://www.pkik24.pl/uroda/sluz-slimaka-poprawia-urode).
   Dziś śluz ten jest dostępny nie tylko w jednym kremie, a w całej gamie produktów. Jeden z nich mam okazję testować i chciałabym się podzielić z Wami opinią na jego temat. Jest to kosmetyk, który z łatwością dostaniecie w każdej drogerii, a służy do pielęgnacji ciała. O czym mowa? O balsamie Helix Vital Care od Vis Plantis.

OPAKOWANIE
   Butla jest naprawdę spora, więc macie pewność, że produkt starczy Wam na dłuuuuugo. Do tego aplikuje się go w bardzo higieniczny sposób- za pomocą wygodnej pompki, którą możemy zablokować (żeby przypadkiem nie dobrały się do niej małe, dziecięce łapki).

SKŁAD
   Nie wiem czy hasło "kosmetyki pełne natury" jest tutaj określeniem na miejscu- zdecydowanie wolałabym aby masło shea zamieniło się miejscami w składzie z parafiną (którą usunęłbym zupełnie). Pozostałych naturalnych składników mamy tutaj stosunkowo mało, pośród chemii. Całe szczęście śluz ślimka rzeczywiście się tutaj znalazł i to nawet całkiem wysoko. Co prawda żaden ze składników mnie nie uczulił, jednak wolałabym aby INCI było krótsze i bardziej "eko". 

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Kosmetyk ma bardzo delikatny i przyjemny zapach, nie drażni nosa i szybko ulatnia się ze skóry, więc będzie odpowiedni dla tych osób, które są wrażliwe na zbyt intensywne aromaty.
   Ma dość rzadką konsystencję, co początkowo mnie zdziwiło. Ale na takie upały jest idealny, bo bardzo szybko się wchłania, nie pozostawiając nieprzyjemnej warstwy.

DZIAŁANIE
   Zacznijmy od najważniejszej kwestii- działania wyszczuplającego i antycellulitowego. Oczywiście tutaj się cudów nie spodziewałam, nigdy nie wierzyłam (i zawsze to podkreślam na blogu) w zbawienne działanie wyszczuplających kosmetyków. Owszem, ujędrnił skórę, ale nie schudłam po nim do rozmiaru Anji Rubik :D
   Jak już wspomniałam wyżej: bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia warstwy, dzięki czemu nie brudzi ubrań i możemy się stroić od razu po jego aplikacji :)
   Świetnie nawilża, co widać już po pierwszych paru użyciach. Efekt nawilżenia nie jest może tak spektakularny jak w przypadku treściwych maseł do ciała, ale jak dla mnie wystarczający. 
   Rozstępów (całe szczęście) jeszcze się nie dorobiłam, więc nie ocenię jak sobie z nimi radzi.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   500 ml butla (dodam, że bardzo wydajna) kosztuje 22 zł. Nie jest to cena z kosmosu za produkt o takiej pojemności i dość przyzwoitym działaniu.
   Kupicie go TUTAJ, nie wiem czy już jest dostępny w drogeriach, ale podejrzewam, że tak. Więc rozglądajcie się w Rossmanach i innych większych sklepach z kosmetykami :)

Stosowaliście kiedyś kosmetyki ze śluzem ślimaka?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Co w promocjach piszczy? Hebe 06.08-19.08.2015

8/10/2015 Ania T.

  Na skorzystanie z promocji w Hebe macie jeszcze trochę czasu, ale są oferty, które niedługo się kończą, więc z nimi trzeba się spieszyć :) Ja, jak zawsze, wybrałam dla Was to, co uznałam za najciekawsze...no to zaczynamy!

GAZETKA HEBE 06.08-19.08.2015


   W promocji znalazło się sporo produktów do oczu. Ja osobiście polecam tusz 2000 Calorie, który bardzo lubię i sama stosuję :) Ciekawa jest także paletka cieni od Catrice, myślę, że warto się na nią skusić, bo kolory są bardzo neutralne i będzie idealna do wykonwania makijażu dziennego :)

S3 viewer small page 02

   Za bardzo niską cenę do 12.08 kupicie żel Kallosa. Polecam także żele LPM- pachną cudownie i nie wysuszają skóry ;)


   -40% na wybrane kosmetyki Essence kusi, szczególnie, że firma ma w swojej ofercie kilka perełek wartych uwagi ;) Podobnie jak Catrice, a te produkty również można kupić ze sporym upustem. 


   Kilka złotych taniej możecie kupić moją ulubioną szczotkę do włosów- słynny Tangle Teezer. Jeśli jesteście fankami pielęgnacji włosowej od Johna Friedy, to możecie także taniej skompletować zestaw 3 produktów (kup 2, 3 za 1 grosz). -15% obowiązuje także na uroczą biżuterię Cat&Cat.

S3 viewer small page 09

   Świetna oferta objęła żele Original Source- przy zakupie 1 kosmetyku o pojemności 250 ml, drugi dostajemy za 1 grosz! 

   Więcej promocji znajdziecie TUTAJ. Jeśli jesteście zainteresowani innymi promocjami, to możecie także obejrzeć artykuły szkolne w Lidlu w fajnych cenach, pomysły na śniadania do szkoły (wraz z przepisami) z Biedronki, albo promocje w Super Pharm, które obowiązują tylko do 12 sierpnia! :)


Które promocje zaciekawiły Was najbardziej?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box lipiec 2015- krótkie recenzje produktów

8/09/2015 Ania T.

   Lipcowy Shiny Box  powstał we współpracy z serwisem Twoja Suknia, tamatyką nawiązywał do sezonu ślubnego (bo lipiec to idealny termin na weselicho!). Czy pudełko okazało się idealnym rozwiązaniem dla przyszłej panny młodej?

1. Krem hialuronowy NOREL
    To tylko miniatura, a mimo to bardzo cieszę się z jej obecności w tym boxie. Serum z kwasem hialuronowym tej firmy to był mój absolutny hit, niestety, delikatne, szklane opakowanie nie przeżyło zderzenia z umywalką :( Krem również ma lekką konsystencję, szybko się wchłania i ma przyjemny, lekko mydlany zapach. Za krótko go używam, żeby stwierdzić czy dobrze nawilża, ale zapowiada się naprawdę ciekawie. Wiem, że na pewno będzie jednym z kandydatów do zakupu podczas tegorocznych targów Beauty Forum. Szczególnie, że cena nie jest odstraszająca- pełnowymiarowy produkt kosztuje bowiem 49 zł.

2. Pasta cukrowa do depilacji Sweet Skin COSMODERMA (produkt pełnowymiarowy)
   O depilacji pastą cukrową usłyszałam zanim jeszcze zaczęłam prowadzić bloga, od dawna mnie ciekawiła. Czytałam, że jest dużo delikatniejsza od depilacji depilatorem czy woskiem, a ból podczas zabiegu jest mniejszy. Oprócz tego uważam, że to produkt, który na pewno przyda się pannie młodej (w końcu każda kobieta w dniu ślubu chciałaby być idealnie gładka, niczym pupka niemowlaka). Instrukcja użycia jest prosta, ale w praktyce to wcale nie jest takie kolorowe...zabierałam się do niej kilka razy i każda z tych prób zakończyła się fiaskiem. Widać w tej temperaturze (plus milion stopni w cieniu) nie jest możliwe doprowadzenie pasty do odpowiedniej konsystencji: powinna mieć formułę podobną do plasteliny, tymczasem u mnie zawsze tworzyła zbitą, ciągnącą się masę, która nie nadawała się do użycia. Będzie mi potrzebne jeszcze sporo praktyki zanim się nauczę :D Być może efekt będzie tego wart, ale na chwilę obecną ciężko mi to ocenić.

3. Krem do opalania ETRE BELLE
   Latem ochrona przes słońcem to podstawa! Nie tylko w dniu ślubu ;) Filtrów nigdy za wiele, a SPF 30 zapewnia skuteczną ochronę przed szkodliwym promienowaniem. Krem od Etre Belle ma tłustawą formułę, jadnak bardzo szybko się wchłania, nie pozstawiając na skórze denerwującego filtra. Nie miałam okazji jeszcze się wylegiwać na słoneczku, więc nie wiem czy chroni przed oparzeniami, ale na pewno się u mnie nie zmarnuje. Szkoda tylko, że jest taki drogi...105 zł za krem do opalania to dużo, szczególnie, że na rynku jest mnóstwo filtrów różnego rodzaju w bardziej przystępnych cenach.

4. Dezodorant w sprayu DOVE (produkt pełnowymiarowy)

   Jeśli mam wybrać antyperspirant, to ZAWSZE sięgam po ten w sztyfcie lub w kulce. Spraye nigdy nie chroniły mnie wystarczająco i nie inaczej było tym razem. Po użyciu dezodorantu pocę się dwa razy szybciej niż w przypadku kulki czy sztyftu, dlatego dla mnie ten produkt jest nietrafiony. Jedyne co w nim polubiłam to przyjemny zapach, który spodobał się także mojej drugiej połówce. Wiem natomiast, że się nie zmarnuje- pakuje go ze sobą do torebki i zawsze się psikam przed rozpoczęciem pracy. Daje mi to uczucie świeżości po godzinie spędzonej w komunikacji miejskiej.

5. Krem odżywczy do stóp SHEFOOT (produkt pełnowymiarowy)
   Lato to czas, kiedy o swoje stopy powinniśmy dbać w sposób szczególny. Prezentujemy je światu w klapkach i sandałkach, a nie ma nic gorszego niż stwardniałe, brzydkie pięty w eleganckich butach. Panny młode również powinny o tym pamiętać, szczególnie, że często wybierają latem fasony bucików ślubnych z odkrytymi palcami. Shefoot zadba o nasze stopy idealnie- to lekki, ładnie pachnący produkt, który szybko się wchłania, a regularnie używany (oczywiście razem z pumeksem i peelingiem) zapewnia naszym stopom odpowiednie nawilżenie i gładkość. Do tego ma w składzie dobre składniki, takie jak masło shea czy olej arganowy, a jego cena nie odstrasza. Kupicie go w drogeriach za 19,90 zł.

6. Peeling do ciała FARMONA
   Już nie raz zachwalałam na blogu te mleństwa. Forma travel size jest idealna do wzięcia w podróż, można ją z łatwością spakować do torebki i wziąć na wakacje. Scrub ma niewielkie, ale mocne drobinki, które świetnie zdzierają martwy naskórek. Nie rozpuszczają się w kontakcie z wodą i przyjemnie masują skórę. Zaraz po użyciu jest miękka i gładka. W boxie można było trafić na jeden z 3 wariantów: kiwi i karambolę, wiśnię i porzeczkę oraz gruszkę z żurawiną. Ja dostałam tę ostanią, co bardzo mnie cieszy, bo tego zapachu jeszcze nie miałam okazji wypróbować. Podczas kąpieli miło rozpieszcza zmysły i pachnie bardzo intensywnie. Bardzo go lubię! Kupicie go za 5 zł, ale jeśli wolicie większe wersje, to one również są dostępne, a kwota, jaką przyjdzie Wam za nie zapłacić także nie jest z kosmosu :)

   Oprócz powyższych kosmetyków w Shiny Boxie był także sztyft ochronny do stóp Silcatil, on jednak zupełnie się u mnie nie sprawdził w te upały, więc uznałam, ze nie warto go obszerniej opisywać.

Czy warto kupić to pudełko?
   W lipcowym boxie było sporo produktów, aż 7 (w tym 4 pełnowymiarowe), co rzadko się zdarza. Tym razem tematyka była idealnie dopasowana- pannie młodej na pewno przydałby się każdy z tych kosmetyków. Ja najbardziej jestem zadowolona z kremu Norel i peelingu Farmony. Nad pastą cukrową na pewno jeszcze popracuję, ale może najpierw poczekam aż miną te upały z piekła rodem :D Ogólnie oceniam tego boxa bardzo pozytywnie i mam nadzieję, że sierpniowe pudełko równie miło mnie zaskoczy!

A Wam któy produkt z tego boxa najbardziej się spodobał?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Azjatycki krem BB Gold Skin 79

8/05/2015 Ania T.

   Kremy BB ciekawiły mnie już od dawna, najpierw skusiłam się na ich polskie "podróby" (bo do oryginałów nie można ich porównać nawet w najmniejszym stopniu, ale o tym za chwilę), ale nie byłam z nich zbyt zadowolona. Na jakiś czas zapomniałam o tych wynalazkach, ale jak tylko marka Skin 79 weszła do naszego kraju, od razu znów zapragnęłam własnego BB. Tym razem wiedziałam, że musi to być oryginalny, azjatycki krem, bo po tym jak bardzo byłam rozczarowana "odpowiednikami", nie chciałam kolejnego bubla w kosmetycze. Po wszystkich zachwytach, ochach i achach, jakie czytałam na temat azjatyckich cudaków, miały bardzo wysoko postawioną poprzeczkę. Czy wybielający krem poradził sobie z moją wymagającą cerą?

OPAKOWANIE
   Dawno nie miałam produktu, którego opakowanie tak bardzo by mnie zachwycało. Złoty, plastikowy słoiczek (?) z wygodnym aplikatorem jest szalenie fotogeniczny i uroczo wygląda na półce. Cylindryczny kształt i nietypowa pompka zdecydowanie wyróżniają się wśród innych kosmetyków tego typu (ja jeszcze nigdy nie spotkałam opakowania fluidu w takiej formie). Nie mogę się na nie napatrzeć :)

SKŁAD
      Silikony na samym początku są niepokojące, ale dzięki nim krem ma świetne właściwości wygładzające. Pocieszeniem na pewno jest zawartość naturalnych ekstraktów (z kawioru, alg itp.)  i olejów takich jak arganowy czy ze słodkich migdałów. Z kolei kolagen dba o odpowiednie napięcie i jędrność skóry. 

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Krem pachnie delikatnie, bez sztucznych "podkładowo-kredowych" nut, które można wyczuć w niektórych drogeryjnych wynalazkach.
  Ma lekką konsystencję, przypomnia szybko wchłaniający się balsam. Ale chyba jego największą zaletą jest KOLOR. Bardzo jasny, w mocnym świetle przypomina momentami biel- idealny do karnacji "córek młynarza". Nic dziwnego, że Azjatki, słynące z mlecznobiałej skóry, są w nim zakochane. Większość Polek niestety ma ogromny problem z doborem koloru podkładu, bo wszystkie są albo za ciemne, albo zbyt pomarańczowe, dlatego krem BB będzie dla nich idealnym rozwiązaniem! 

DZIAŁANIE
   Jednym z głównych zadań kremu jest wybielanie cery. Patrząc na jego kremowo-beżowy kolor, z lekkimi różowymi odcieniami, chyba nie macie wątpliwości, że świetnie sobie radzi z tym zadaniem? Jeśli macie problem z pomarańczową maską po aplikacji podkładu, musicie przestawić się na azjatyckie BB. Nie ma w nim ani krzty pomarańczowych tonów ;)
   Oprócz tego kosmetyk idealnie wyrównuje koloryt skóry, zakrywa zaczerwienione naczynka, sprawiając, że skóra staje się jednolita. Ja jednak zawsze muszę "gruntować" go pudrem, jeśli nie połączę go z produktem o bardziej neutralnym odcieniu, mam wrażenie jakby moja cera była ziemista. Wystarczy parę pociągnięć pędzla i odrobina pudru w kolorze skóry, żeby uzyskać bardzo naturalnie i delikatnie wyglądający makijaż.
   Kremu trzeba używać z umiarem, wystarczy naprawdę niewielka ilość. Dlaczego? Wspominałam już o jego jasnej barwie...zbyt gruba warstwa produktu nałożona na buzię daje efekt bardzo jasnej maski, a przecież każda kobieta chce, aby jej make-up był jak najbardziej naturalny!
   Ja nakładam zazwyczaj jedną warstwę, która w zupełności mi wystarczy. Taka ilość kosmetyku szybko zastyga na skórze (czasem mam wrażenie jakby w nią "wsiąkał", ale może o tylko kwestia konsystencji), idealnie się z nią stapia i zakrywa drobne niedoskonałości. Dla większego krycia i zamaskowania mocno czerwonych, dużych pryszczy polecam jednak korektor. Nie zauważyłam żeby podkreślał suche skórki, a co najważniejsze- nie przesusza cery. Dodatkowo zawiera wysoki filtr (SPF 30), chroniący nas przed szkodliwym promieniowaniem UV.
   Naszych "polskich" BB nie ma co porównywać do azjatyckich oryginałów- nie tylko mają pomarańczowe i niedopasowane do polskiej cery odcienie, ale także mają zerowe krycie, a czasem nawet wysuszają. Równie dobrze możemy polać się wodą, efekt taki sam, a nie będziemy musieli wydać na nią tyle pieniędzy :D Dlatego zapomnijcie o tych wszystkich drogeryjnych wynalazkach, bo marketowe kremy nie dosrastają azjatyckim do pięt ;) 
   Czy ma jakieś wady? Jak każdy produkt, nawet BB nie jest doskonały. Dla mnie największym minusem jest zapychanie. Moja skóra niezbyt dobrze toleruje częste traktowanie silikonami w dużej ilości. Próbowałam nim zastąpić cięższy podkład M.A.C, ponieważ czytałam, że BB-iki są idealne na lato, jednak nie mogę używać go codziennie. Przy regularnym stosowaniu pojawiają się u mnie drobni, nieproszeni "goście". Ale i tak uważam, że w gorące dni sprawuje się lepiej od obciążających skórę fluidów. 
   Kolejna rzecz, która mi się w nim nie podoba, to fakt, że nie matowi cery. Wiem, wersja GOLD nie jest przeznaczona typowo do cery mieszanej (posiadaczką takowej poleca się krem BB Green), dlatego zawsze muszę dodatkowo zmatowić ją pudrem. 

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   W cenie regularnej możecie kupić ten produkt za 120 zł. W promocji kosztuje ok. 100 zł...a ja kupiłam go za 89 zł :D Jak mi się to udało? Jakiś czas temu był dołączony do boxa Inspired By, oprócz niego w pudełku znalazłam jeszcze 7 innych produktów, więc uważam, że to była dobra inwestycja :) 
   A gdzie można dostać to cudo? Oficjalnych sklepów szukajcie tutaj. Uważajcie na tanie podróbki na Allegro i innych aukcjach internetowych! Uwierzcie mi, oryginalny BB jest warty pieniędzy jakie przyjdzie Wam za niego zapłacić. Nie ma co oszczędzać i kupować produktu z niesprawdzonego źródła! Jeśli nie wiecie czy ten krem się u Was sprawdzi, zawsze możecie kupić próbki (kosztują 2,50) i się przekonać, zanim kupicie pełnowymiarowe opakowanie. Pamiętajcie także, że krem występuje w kilku różnych wersjach przeznaczonych do innych typów cery, GOLD to tylko jedna z opcji :)

Znacie azjatyckie kremy BB? 

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Wałki Lolly Curves od Donegal- z czym to się je?

8/01/2015 Ania T.

   Istnieje niepisana zasada, która mówi, że jeśli ktoś ma włosy kręcone, to marzą mu się proste i na odwrót. Ja należę do tej drugiej grupy ludzi- mam włosy jak druty i zawsze marzyły mi się piękne fale lub loki. W swoim życiu robiłam z włosami różne eksperymenty, jedne były mniej, inne bardziej udane. Nie przepadam za lokówkami, ponieważ bardzo zwracam uwagę na to jak traktuję swe kosmyki. Skoro byłam w stanie (prawie) na dobre porzucić suszarkę, aby nie katować czupryny ciepłym powietrzem, to tym bardziej nie chcę jej spalać lokówką.
   Prostym rozwiązaniem wydają się wałki. Na rynku mamy całkiem spory wybór- od starodawnych, plastikowych wałków (które są bardzo niewygodne), poprzez papiloty, na termolokach kończąc. Ja miałam okazję wypróbować wałki, które zdecydowanie wyróżniają się spośród konkurencji- zwłaszcza swoim nietypowym, cukierkowym wyglądem.

   Czym są wałki Lolly Curves?
   Są to kolorowe wałki w dwóch rozmiarach (większe (25 cm), przeznaczone dla dłuższych włosów, i mniejsze (15 cm), dla włosów krótkich, po 9 sztuk z każdego rozmiaru w paczce), wykonane z miękkiego i bardzo elestycznego tworzywa. Wałki idealnie dopasowują się do włosów i od razu po nałożeniu i ukształtowaniu, zwijają się na nich w kolorowe spiralki. 



  Jak należy używać wałków Lolly Curves?
  Myślę, że najlepiej wyjaśni Wam to krótki filmik :)


   Pamiętajcie, że zanim zaczniecie naciągać wałek na włosy, musicie go najpierw naciągnąć na szydełko dołączone do zestawu, dopiero kiedy całkowicie się rozprostuje (nie martwcie się, po wszystkim odzyska swój spiralny kształt), możemy rozpocząć cały proces "naciągania" na kosmyki :)

   Końcówki włosów trzeba dość ciasno nawinąć na końcówkę szydełka, dzięki temu nie będą wypadały z wałka w trakcie kręcenia. Ja owijam je dwukrotnie, zanim zacznę naciągać wałek na włosy.

   Co zrobić aby loki były równomierne i dłużej się trzymały? 
  • Przede wszystkim przed całym procesem kręcenia, musimy zwilżyć włosy. Im będą wilgotniejsze, a wałki pozostaną na nich dłużej (aż do całkowitego wyschnięcia), tym fryzura będzie się lepiej trzymała. Jeśli nie mamy czasu na czekanie, aż włosy będą suche, możemy sobie pomóc suszarką (ciepło nie rozpuszcza materiału, z którego są wykonane wałki, więc możemy go śmiało ogrzewać nawiewem tego urządzenia).
  • Jeśli mamy długie włosy, to nie nawijajmy na jeden kosmy dwóch wałków na raz (czyli 2 krótszych zamiast 1 dłuższego), niestety, lok powstały z tej kombinacji nie wygląda zbyt ładnie.
  • Zawijanie włosów wokół własnej osi bardzo pomaga, bo dzięki temu są bardziej zdyscyplinowane w trakcie naciągania wałka, musimy jednak postarać się, aby każdy kosmyk był skręcony tak samo mocno, inaczej nasze loki będą różniły się mocą skrętu. 
  • Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby gotową fryzurę utrwalić lakieram do włosów :) 
  • Pamiętajmy, że moc skrętu będzie zależała nie tylko od tego, jak długo będziemy trzymać wałki na głowie, ale również od indywidualnych "właściwości" naszych włosów. Ja ze względu na to, że mam włosy sztywne, ciężkie i proste, uzyskałam jedynie delikatne fale, które dość szybko się rozprostowały :(
   Efekty kręcenia włosów wałkami Lolly Curves:

   Moja fryzura zaraz po zdjęciu wałków prezentowała się następująco:


   Jak widać potrzebna mi jeszcze odrobina wprawy, aby każdy włos zakręcić tak samo i żeby skręt był równomierny. Ale praktyka czyni mistrza!

   Minusy wałków Lolly Curves:
   Dla mnie największym minusem na pewno jest ich ilość. Żeby "polokować" całą głowę potrzebowałabym co najmniej 2 opakowań, bo na moje długie włosy nadają się jedynie te większe wałki. Gdybym wałkami z jednego opakowania miała przygotować fryzurę na "wielkie wyjście", byłoby to po prostu niemożliwe. Wiadomo także, że nie poradzą sobie z kręceniem włosów tak jak lokówka czy prostownica (tak, na prostownicę również możemy kręcić włosy!). Efekt nimi uzyskany nie jest taki spektakularny, jak się spodziewałam. Ale to też wina moich kosmyków, które nie są zbyt podatne na stylizację. Ostatni minus jest taki, że najpierw trzeba się dobrze nauczyć ich obsługi, aby fryzura była idealna. Kilkukrotnie należy poćwiczyć naciąganie wałka, zawijanie końcówek o szydełko, wciąganie na kosmyk...zajmuje to trochę czasu. A żeby zakręcić włosy z tyłu, niezbędna jest pomoc drugiej osoby :)

   Plusy wałków Lolly Curves:
   Są zrobione z bardzo miękkiego i przyjemnego w dotyku materiału, który nie uszkadza włosów w takim stopniu jak robią to tradycyjne, plastikowe wałki. Jeśli odopowiednio umieścimy je na kosmyku, nie ciągną włosów i prawie nie czuć, że znajdują się na głowie. Myślę, że spokojnie można w nich spać, bo są wygodne :) Nie wymagają użycia ciepła (chyba, że będziemy chcieli użyć suszarki do przyspieszania procesu kręcenia), dzięki czemu nie uszkadzają łusek włosa, ani nie prszesuszają końcówek. W trakcie noszenia nie zsuwają się i nie trzeba ich co chwilę poprawiać. Można je także odpowiednio formować na głowie (na co są dość podatne) i tym samym ustawić sobie pożądaną "moc" skrętu.

   Gdzie można je kupić i ile kosztują?
   Wałki Lolly Curves można kupić w sklepie internetowym firmy Donegal, o TUTAJ. Jedna paczka kosztuje niecałe 26 zł, ale tak jak już pisałam wyżej- moim włosom potrzebne są co najmniej 2. 

I jak Wam się podobają te wałki?
Wam również przypominają trochę kolorowe cukierki? 

   
           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!