Lakier do paznokci Golden Rose Rich Color nr.82

3/29/2015 Ania T.


   Czas na kolejny lakier do paznokci od Golden Rose, poprzednie lakiery tej firmy (z innej serii, a mianowicie Color Expert), które prezentowałam na blogu, możecie sobie obejrzeć TUTAJ I TUTAJ.

   Numerek 82 to ładny beż, wpadający trochę w brzoskwinię. Ładnie wygląda na paznokciach, nie ma w sobie nieciekawych, burych nut. Sprawia, że płytka nabiera eleganckiego, klasycznego i minimalistycznego wyglądu.

   Pędzelek jest dość szeroki, dzięki czemu możemy łatwo pomalować każdy paznokieć, cienkie boki umożliwiają uzupełnienie ewentualnych ubytków.
   Sam lakier ma dość gęstą konsystencję, jednak nie smuży i równo rozkłada się po płytce. Aby idealnie pokryć paznokcie kolorem, niezbędne są dwie warstwy. Zasycha błyskawicznie! Po kilku minutach od pomalowania, płytka była sucha i mogłam spokojnie iść się wykąpać (łącznie z umyciem głowy) i spać. Lakier pozostał nienaruszony. Pięknie błyszczy, nawet bez nałożenia topu. Nie wiem jak z jego trwałością, mam go na paznokciach dopiero 1 dzień, ale jak na razie nie zauważyłam żadnych ubytków.
   Niestety, ma on pewne wady, a mianowicie...bąbelkuje. Możecie to z resztą zobaczyć na zdjęciach (zwróćcie uwagę na mały palec):

   Cena jak najbardziej zachęca do kupna, 6,90 zł to mała kwota, a do wyboru mamy bardzo szeroką gamę odcieni. Dodatkową ciekawostką jest fakt, że lakiery z serii Rich Color zdobyły nagrodę dla Najlepszego Produktu wg. Konsumentów w 2013 roku. Zasłużenie? Myślę, że tak, biorąc pod uwagę stosunek ceny do jakości :)

Co myślicie o tym kolorku?

           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box luty i marzec 2015 - recenzje produktów

3/28/2015 Ania T.


   Udało mi się znaleźć chwilę na napisanie nowego posta, dzisiaj chciałabym Wam krótko zrecenzować produkty z dwóch Shiny Box-ów- lutowego i marcowego. Zawartość tego pierwszego możecie bliżej obejrzeć TUTAJ, natomiast marcowego jeszcze Wam nie pokazywałam, dlatego to będzie jego debiut na blogu :) Uwaga, będzie sporo zdjęć!
 
SHINY BOX LUTY 2015
   Zacznijmy od edycji Walentynkowej, czyli "Gift of Love". Który produkt to prawdziwa miłość, a którego wolałabym w tym boxie nie znaleźć?

1. Żel pod prysznic SPA Senses FM GROUP

   Do opakowania nie mam żadnych zastrzeżeń, no może poza sposobem aplikacji. Lubię, kiedy żele pod prysznic mają małe, wygodne otwory, ponieważ wtedy ze środka wylatuje tyle produktu, ile jest nam potrzebne. Tutaj mamy do czynienia z dziurą (tak, dziurą!), dosyć sporą, przez co często na dłoń wylewa się zbyt dużo kosmetyku.
   Jego skład jest...FATALNY. Chemia, chemia i jeszcze raz chemia, perfumy i parabeny (które zazwyczaj są gdzieś tam na szarym końcu) tutaj są wysoko, do tego nie znajdziemy tutaj żadnych naturalnych ekstraktów.

   Co prawda jego zapach jest bardzo przyjemny i orzeźwiający, natomiast konsystencja odpowiednio gęsta. Ale tutaj jego zalety się kończą. Nie ma absolutnie żadnych właściwości pielęgnacyjnych, czasem miałam wrażenie jakby wysuszał mi skórę...spłukuje się bez problemu i dobrze się pieni, ale jak dla mnie to za mało. Od produktu, który kosztuje, UWAGA, 20 zł (!!!) oczekuje się zdecydowanie więcej! FM Group, to nie jest Wasz najlepszy kosmetyk...

   Czy polecam ten produkt?
   NIE

2. Krem pod oczy Visage Parfait CREME BAR

   Jest to miniaturka, w malutkim, poręcznym słoiczku, ale mimo to, produkt okazał się bardzo wydajny! Co prawda aplikacja jest mało higieniczna, ale w pełnowymiarowej wersji ten kosmetyk jest zamknięty w opakowaniu typu air-less, za co ma dużego plusa.
   W składzie znajdziemy między innymi ekstrakt z ogórka, kwas hialuronowy i prowitaminę B5, czyli całkiem nieźle, szczególnie, że te składniki w INCI są dość wysoko.
   Krem jest praktycznie pozbawiony zapachu, ma leciutką, aksamitną konsystencję i błyskawicznie się wchłania. Zostawia pod oczami delikatną, ochronną warstewkę, nie przeszkadza ona jednak w aplikacji np. korektora pod oczy. Wspaniale pięlęgnuje te okolice! Skóra jest mocno nawilżona, odżywiona i sprężysta w dotyku. Nie mam jeszcze zmarszczek, aby ocenić jak sobie z nimi radzi, więc w tym temacie niestety się nie wypowiem. UWAGA! Doszły do mnie słuchy, że u niektórych osób wywołał podrażnienia. U mnie nic takiego nie wystąpiło.
   Cena może nieco przerażać, bowiem pełnowymiarowe opakowanie to koszt 70 zł, ale ja uważam, że jest ona adekwatna w stosunku do świetnego działania kosmetyku.

   Czy polecam ten produkt?
   TAK

3. Drożdżowa maska do włosów BANIA AGAFII

   Słoiczek jest mało praktyczny, ale już się przyzwyczaiłam, że większość masek do włosów znajduje się właśnie w takich opakowaniach.
   Skład jest bardzo ciekawy: drożdże piwne, sok brzozowy, ostropest plamisty, oraz liczne oleje, m.in.: z kiełków pszenicy, nasion białej porzeczki czy z owoców dzikiej róży. Nieźle jak na produkt za ok. 20 zł, prawda? :)
   Pachnie jak budyń waniliowy, słodko i przyjemnie. Natomist jej konsystencja mnie nie zachwyca. Jest bardzo rzadka (jak na maskę do włosów). Dosłownie przelewa się w opakowaniu. Całe szczęście z włosów nie spływa, bo to byłaby katastrofa.
   Wcześniej miałam okazję stosować inną wersję tego kosmetyku, a mianowicie tą z łopianiem. Nie byłam nią jakoś specjalnie zachwycona. Czy jej drożdżowa siostra sprawdziła się lepiej? Moim zdaniem nie do końca...jest to produkt tak lekki, że prawie nie zauważam jego działania na włosach. Owszem, po jej użyciu kosmyki są ładnie błyszczące, jednak nie dostrzegłam aby je dodatkowo wygładziła czy odżywiła. Zachowywała się jak leciutka odżywka, a od maski jednak oczekuję czegoś więcej. Idealnie sprawdzi się jako 3 "O" w metodzie OMO, natomiast jeśli oczekujecie dogłębnego nawilżenia czy wzmocnienia, raczej sięgnijcie po inny produkt.

   Czy polecam ten produkt?
   Maska nie jest zła, jednak oczekiwałam po niej zdecydowanie więcej.

4. Serum kolagenowe do paznokci SYIS

   Elagancka, szklana buteleczka z wygodnym zakraplaczem ma u mnie dużego plusa! Dzięki temu aplikacja jest bardzo higieniczna i wygodna.
   W składzie kolagen (już na 3 miejscu), olejek z drzewa herbacianego oraz hydrolizowana keratyna. Zero szkodliwych substancji takich jak formaldehyd. Wspaniale, co? :)
   Pachnie delikatnie, ma gęstą kosnystencję zastygającej galaretki. Jednak można je bez problemu nabrać do pipetki i nałożyć na paznokieć.
   Po nakropleniu i rozsmarowaniu, wchłania się blyskawicznie (dosłownie po kilku sekundach!), a oprócz tego powoduje delikatne i przyjemne mrowienie na paznokciach. Już po pierwszym użyciu płytka jest błyszcząca i wygląda dużo lepiej. Przy regularnym używaniu poprawia jej koloryt, wyrównuje i wypełnia ubytki (dzięki czemu paznockie są gładkie), a także wzmacnia. Dla mnie to największa, oczywiście pozytywna, niespodzianka tego boxa.
   35 zł może wydawać się sporą kwotą, ale warto tyle wydać, jeśli zależy nam na ładnych i zdrowych paznokciach.

   Czy polecam ten produkt?
    TAK

5. Maseczka shakerowa a komórkami macierzystymi YASUMI

 
   Z taką formą maseczki się jeszcze nie spotkałam i muszę przyznać, że od samego początku mnie zaciekawiła. Dzięki temu shakerowi mogę sobie robić drinki bezalkoholowe...pełne substancji odżywczych dla mojej skóry :) Pierwsza maseczka już za mną, jednak z góry mówię, że odmierzenie odpowiedniej ilości składników na 1 porcję wcale nie jest takie proste (pomimo miarki na shakerz'e). Według zaleceń producenta, do przygotowania maski na samą twarz należy odmierzyć połowę zawartości saszetki i 30 ml wody...mi z takiej porcji wyszła maska na twarz, szyję i dekolt dla 2 osób. Będę jeszcze musiała trochę poćwiczyć dozowanie :D
   Maseczka nie tylko wygląda, ale także pachnie jak pyszny, jabłkowy kisiel. Po wytrząśnięciu staje się gęsta, chociaż moim zdaniem nieco za mało gęsta (być może dodałam do niej zbyt dużo wody), bo nałożona w nadmiarze, kapała z mojej twarzy.
   Zasycha na twarzy, pozostawiając dziwną, lepką warstwę, która niestety nie jest zbyt przyjemna w dotyku. Po spłukaniu skóra jest mięciutka i wygładzona niczym przysłowiowa pupka niemowlaka. Niestety, zauważyłam także, że pozostawia uczucie ściągnięcia, szczególnie w tych rejonach twarzy, które się nadmiernie nie przetłuszczają (u mnie są to policzki).


   Chętnie wypróbowałabym również inne wersje tej maski (np. czekoladową, mmm!), jednak ich cena mnie trochę przeraża. Sama saszetka maski (na 2-3 użycia, w zależności od tego jak ją dozujemy) to koszt ok. 19 zł. Jeśli nie macie w domu shakera, to za niego dodatkowo zapłacicie 2 zł.

   Czy polecam ten produkt?
   Ta wersja okazała się średnio przystosowana do mojego typu cery, ale chciałabym spróbować inne wersje.


SHINY BOX MARZEC 2015
   Dzięki pudełku "Girl on Fire", każda kobieta miała się poczuć piękna i pożądana. Znajdziemy w nim produkty naturalne, za co Shiny Box ma u mnie dużego plusa, ale jest też coś dla fanów kolorówki i pielęgnacji stóp.

1. Biała glinka do twarzy MOKOSH 


   Dość spory, 200 g słoik spokojnie starczy na wieeeeele porcji maski. Do tego prezentuje się ładnie i bardzo minimalistycznie.
   W składzie znajduje się 100% białej glinki (kaolin), która posiada certyfikat Eco Cert. Dzięki temu mamy pewność, że nie nakładamy na twarz żadnej chemii.


   Maseczkę z glinki możemy przygotować na bardzo wiele sposobów: mieszając ją z wodą, olejkiem, hydrolatem...mój ulubiony przepis to glinka zmieszana z hydrolatem różanym i paroma kroplami wybranego oleju. Gwarantuję Wam, że skóra po nałożeniu takiej mieszanki będzie nie do poznania! Maseczka z glinki nie tylko oczyszcza, ale także wygładza cerę i nadaje jej miękkości. Pomaga się także pozbyć nieprzyjemnych gości (czytaj pryszczy i zatkanych porów). Glinkę można również dodać do kąpieli, ja niestety nie miałam jak tego sprawdzić, ponieważ nie posiadam wanny :(
   Za 23 zł otrzymujemy 200g naturalnego, ekologicznego, a przede wszystkim skutecznego produktu, który warto mieć w swoim domu.

   Czy polecam ten produkt?
   Jak najbardziej!

2. Czysty olej awokado DELAWELL

   Naturalnych olejów nie muszę nikomu przedstawiać, każdy fan ekologicznych produktów zna je doskonale :) Ten od Delawell, poza tym, że jest w 100% organiczny, ma dodatkowo wygodne opakowanie z zakraplaczem, dzięki czemu jego dozowanie (np. do masek) jest dziecinnie proste.
   Doskonale pielęgnuje skórę i włosy, możemy go stosować solo, albo jako dodatek (ja go mieszam z glinką Mokosh). Nawilża, regeneruje i mocno odżywia twarz i kosmyki. To kolejny przykład tego, że natura to najlepszy przyjaciel człowieka, a kilogramy chemii w INCI nie są niezbędne, aby zapewnić nam piękny wygląd.
   Olej kosztuje 22 zł (za 30 ml) i podobnie jak glinka, jest trafioną inwestycją.

   Czy polecam ten produkt?
   TAK!

3. Wodoodporna kredka do oczu Etre Belle

   Kredek do oczu nigdy za wiele. Każda kobieta powinna mieć w swojej kolekcji chociaż jeden taki produkt. Ta od Etre Belle wyglądem nie różni się zbytnio od tych, które oferują nam inne firmy.
   Na skórze nie ma aż tak intensywnego koloru jak w opakowaniu, bardziej przypomina ciemną szarość, niż głęboką czerń.

   Jest na tyle miękka, że gładko sunie po powiece, jednak wolałabym, aby jej barwa była bardziej intensywna. Ładnie podkreśla oko, nie rozmazuje się zbytnio, chociaż nie wytrzymuje na powiekach całego dnia. Nie miałam okazji sprawdzić jej wodoodporności, więc w tej kwestii się nie wypowiem.
   Dla mnie to kredka, która nie wyróżnia się zbytnio wśród innych tego typu produktów, ot, taki zwyklaczek. 38 zł, jakie przyjdzie nam zapłacić za ten kosmetyk, to moim zdaniem kwota nieco zawyżona.

   Czy polecam ten produkt?
   Nie jest zła, ale mogłaby być tańsza.

4. Krem do stylizacji włosów GOLDWELL

   Dla mnie to produkt kompletnie nietrafiony. Moje włosy są odporne na stylizację, a wszelkie produkty przeznaczone do ich układania, bardzo je obciążają i sklejają w niezbyt estetycznie wyglądajace "strąki". Ta miniaturka trafiła więc do mojego chłopaka, który na co dzień nie rozstaje się z żelem i lakierem do włosów.
   Produkt ma konsystencję lekkiego balsamu do ciała, ale po nałożeniu na włosach zastyga (podobnie jak żel). Pachnie ślicznie, mogłabym go wąchać godzinami :) Nie usztywnia włosów tak bardzo jak żel czy lakier, ale nadaje im blasku i utrzymuje w ryzach. Fryzura spokojnie wytrzymuje cały dzień i jest chroniona przed czynnikami atmosferycznymi (wiatr jej nie straszny!).
   Mój męzczyzna bardzo sobie ten produkt chwali, szkoda tylko, że tyle kosztuje (57 zł/75 ml), bo działa podobnie jak żel, który możemy kupić za grosze w drogerii. No ale, jest to produkt z gatunku "profesjonalnych", więc cena nie powinna nikogo specjalnie dziwić.

   Czy polecam ten produkt?
   Ja nie (bo dla mnie to zbędny gadżet), za to mój chłopak jak najbardziej.

5. Skarpetki nawilżające do stóp ŚWIT PHARMA

   Przepraszam za nieco zmaltretowane opakowanie, nie zdążyłam mu zrobić zdjęcia zanim użyłam skarpetek :D W środku znajduje się 1 para skarpet, mocno nasączonych odżywczym koktajlem dla naszych stóp. Wkładamy je na nogi (ja jeszcze dodatkowo włożyłam na nie grube, bawełniane skarpetki) i trzymamy przez 25-30 minut. Po tym czasie ściągamy...i cieszymy się idealnie gładką skórą!
   W składzie znajdziemy między innymi masło shea, antybakteryjny olejek z drzewa herbacianego i odświeżający wyciąg z mięty pieprzowej.
   Nuty zapachowe powyższych składników są jak najbardziej wyczuwalne, co więcej, ten przyjemny, orzeźwiajacy zapaszek jeszcze długo po zdjęciu skarpet utrzymuje się na stopach.
   Po tej kuracji skóra jest niezwykle miękka w dotyku (mój chłopak stwierdził, że moje stopy są bardziej miękkie niż dłonie, którym tego samego dnia zafundowałam peeling i wysmarowałam kremem z masłem shea!). Co prawda skarpety nie radzą sobie ze zrogowaciałym naskórkiem na piętach, ale w moim wypadku na tą przypadłośc pomaga jedynie tarka. Stopy zaraz po użyciu są odświeżone oraz pięknie pachnące. Te skarpetki idealnie nadają się do użytku po zabieganym dniu, ponieważ dzięki lekkiemu efektowi chłodzącemu, niwelują uczucie zmęczenia nóg.
   15 zł za opakowanie, zainwestowane raz na jakiś czas to żadna fortuna, a każdy musi sobie czasem pozwolić na odrobinę relaksu.

   Czy polecam ten produkt?
   TAK

  Który z tych boxów miał według Was lepszą zawartość?
Jaki z tych produktów najbardziej przypadł Wam do gustu?


           

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Blogerskie spotkanie przy kawie 14.03.2015

3/24/2015 Ania T.


   14 marca 2015 WRESZCIE poznałam Śląskie blogerki! Bloguję już ponad 2 lata, a dopiero niedawno miałam okazję spotkać się z dziewczynami z moich okolic w większym gronie. Powiem szczerze, że trochę się obawiałam, bo na kawkę przyszłam zupełnie sama, nie znając absolutnie nikogo...ale całe szczęście okazało się, że babeczki są bardzo sympatyczne i rozgadane, a moje obawy były całkowicie nieuzasadnione :)
   Spędziłyśmy aż 4 godziny w katowickiej kawiarni Coffee Heaven na ploteczkach, kosmetycznych wymiankach i rozważaniach na temat blogosfery urodowej. Było nas 9- małe, ale niezwykle zacne grono. Naszymi organizatorkami były Kasia oraz Alicja, które spisały się na medal! Zadbały o miłą, kameralną atmosferę, bez tony niepotrzebnych prezentów, prezentacji firm i innych "bajerów". Miałyśmy czas na to aby swobodnie nacieszyć się swoim towarzystwem :) Oto pełna lista uczestniczek:


   Zdjęcia byłam zmuszona pożyczyć od dziewczyn, ponieważ sama nie miałam swojego aparatu :D
   
Śmieszki-heheszki z Jusią i Azime

"I wiesz, ona wtedy..." "Że cooo? No nie wierzę" "Serio, umyła pędzle Domestosem" "O Boże, skandal!"

                          "Układałam dziś włosy przez godzinę, a ona i tak woli cykać foty kawie, smuteczek :("

   Pozbyłam się także paru kosmetyków, które smutnie zalegały w mojej magicznej skrzyni, a to wszystko dzięki temu, że zorganizowałyśmy sobie wymiankę typu "bierz co chcesz". Bez żalu pożegnałam się z paroma produktami i mam nadzieję, że ich nowym właścicielkom przysłużą się lepiej niż mi :)




Bierz co chcesz, wszystko weź...

Tylko nie patrz na kosmetyki, tylko nie patrz na kosmetyki...Uff! Udało się!

   Co prawda organizatorki zapewniały nas, że prezentów nie będzie, ale znalazły się i drobne umilacze. Co najlepsze- wszystkie idealnie trafiły w moje gusta i żaden z nich nie będzie się kurzył w szafie :) Dziękujemy naszym sponsorom:


Coffee Heaven (za udostępnienie sali)

A organizatorkom dziękuję za piękne, pamiątkowe identyfikatory (kolekcjonuję takie rzeczy, więc mój już wisi nad łóżkiem razem z innymi pamiętkami) :)

   Dziewczyny! Bardzo się cieszę, że mogłam Was poznać! Spędziłam te 4 godziny w doborowym towarzystwie :) Jesteście sympatyczne i otwarte, dzięki temu nie czułam się jak wyrzutek, mimo, że wcześniej nie znałam Was osobiście. Mam nadzieję, że to nie ostatnie takie spotkanie i szybko to powtórzymy. Do następnego!


           

16 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Seria do włosów Damage Solutions Intensive Repair od Dove

3/22/2015 Ania T.


   W swojej codziennej pielęgnacji włosów stawiam raczej na naturalne, delikatne produkty, czyli szampony pozbawione SLS-ów, oraz odżywki bez silikonów. Nie zapominam także o regularnym olejowaniu i zabezpieczaniu końcówek. Jednak traf chciał, że w moje ręce trafił zestaw Intensive Repair, który znajdziemy na każdej drogeryjnej półce. Kiedyś już miałam styczność z tym triem od Dove, to już kolejne nasze spotkanie :) Który z tych 3 produktów najbardziej przypadł mi do gustu?





ODŻYWKA W SPRAYU
OPAKOWANIE

   Opakowanie wygodne, z atomizerem...nie ma co się rozpisywać :)
SKŁAD

   Skład nie zachwyca, odżywka ma wygładzać, no i rzeczywiście dzięki silikonowi (już na 2 miejscu) spełnia to zadanie. Oprócz tego mamy tutaj cały szereg niezidentyfikowanych substancji chemicznych :D

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Odżywka pachnie bardzo przyjemnie, słodko. Zapach przez jakiś czas utrzymuje się na włosach, chociaż jest tylko delikatnie wyczuwalny.
   Jest to dwufazowy płyn, który po naciśnięciu atomizera zamienia się w delikatną mgiełkę. Fazy mieszają się ze sobą przy mocniejszym potrząśnięciu butelką.

DZIAŁANIE
   Od produktu tego typu nie oczekuję cudów, ma jedynie wygładzić włosy i ułatwić ich rozczesywanie. Tak też było w przypadku kosmetyku do Dove. Po paru psiknięciach moje kosmyki rzeczywiście były wygładzone, a szczotka gładko po nich sunęła. Nie zauważyłam żadnych właściwości odżywczych, natomiast bywały takie dni, że potrafiła obciążyć, szczególnie stosowana na suchych włosach. Dla mnie to spory minus, ponieważ były wtedy oklapnięte i wyglądały na nieumyte. 
   Szczerze mówiąc nie zachwyciła mnie jakoś specjalnie i gdyby jej w tym trio nie było, to pewnie nie zauważyłabym zbyt dużej różnicy.

ODŻYWKA
OPAKOWANIE

SKŁAD

   Podobnie jak w przypadku odżywki w sprayu- nie zachwyca. Znów królują wygładzające silikony, a naturalnych wyciągów ze święcą tutaj szukać. No ale, nie ma się co spodziewać cudów po odżywkach typowo drogeryjnych ;)

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Cała seria ma identyczny, słodki i przyjemny zapaszek. Niestety, akurat aromat tej odżywki (w odróżnieniu od tej bez spłukiwania) nie utrzymuje się na włosach zbyt długo.
   Jest odpowiednio gęsta, nie spływa z dłoni ani z kosmyków, miło i gładko się rozprowadza, bez konieczności nakładania na głowę połowy butelki.

DZIAŁANIE
   Z  tych 3 kosmetyków, to właśnie ta odżywka najbardziej przypadła mi do gustu. Pomimo niezbyt ciekawego INCI, wspaniale wygładza włosy, nadając im blasku, ale jednocześnie nie obciążając. Do tego naprawdę przyjemnie pachnie, co zdecydowanie umila jej stosowanie. Zdaję sobie sprawę, że efekt wygładzenia to zasługa silikonów, które na dłuższą metę nie są zbyt dobre dla naszych kosmyków, jednak stosowana raz na jakiś czas, na pewno nie zaszkodzi :) Ma także dużego plusa za to, że dzięki niej mogę się ławo, szybko i bezproblemowo rozczesać. 
   Co prawda nie zauważyłam jakiejś głębszej regeneracji, a fakt, że moje włosy są mocniejsze to raczej zasługa regularnego olejowania oraz spania w kucyku bądź warkoczu (więcej o tej metodzie TUTAJ), więc w bajeczki o odbudowie i likwidacji rozdwojonych końcówek nie wierzę. Ale mimo to uważam, że jest to poprawny produkt i gdybym miała wybierać spośród wszystkich produktów tej serii, to właśnie ta odżywka z zestawu Intensive Repair zagościłaby w moim koszyku.

SZAMPON
OPAKOWANIE
SKŁAD
   Skład obu odżywek był długi, ale to szampon wygrywa, jeśli chodzi o ilość ingrediencji. INCI zajmuje prawie całą, tylną powierzchnię butelki, która wcale nie jest taka mała. Naprawdę nie wierzę, aby upchanie tylu substancji w jednym kosmetyku było koniecznie, aby zapewnić mu dobre działanie, szczególnie, że jest to szampon, który na głowie przebywa tylko parę sekund. Dla mnie ma za to spory minus.  

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Aromat to powtórka tego, co znajdziemy w obu odżywkach. Z kolei konsystencja jest odpowiednio gęsta i typowa dla szamponu.

DZIAŁANIE
   Produkt świetnie się pieni (co jakoś mnie nie dziwi, zważywszy na zawartość SLS-ów w składzie), dzięki temu dobrze oczyszcza włosy oraz skórę głowy. Ja jednak mogłam go stosować maksymalnie 1-2 razy w tygodniu, dlatego, że podrażniał mój wrażliwy skalp (po każdym użyciu odczuwałam natrętne swędzenie skóry głowy). Jestem przyzwyczajona do szamponów, które zawierają łagodniejsze substancje myjące i naturalne wyciągi, czego niestety w tym kosmetyku nie znajdziemy. Pomimo, że radził sobie z odświeżeniem i oczyszczeniem kosmyków, raczej nie sięgnę po niego ponownie. Jest sporo tego typu produktów z krótszym składem, które gwarantują podobny efekt, a przy tym nie powodują u mnie takiego podrażnienia skalpu. 
   Nie muszę chyba wspominać, że podobnie jak w przypadku odżywki nie zauważyłam jakiś szczególnych właściwości pielęgnacyjnych? Jednak akurat tutaj nie czuję zbytniego zaskoczenia, ponieważ szampon rzadko kiedy zapewnia efekty inne niż zmycie zanieczyszczeń i odświeżenie. 

PODSUMOWANIE
   Dove to jedna z wielu marek drogeryjnych. W swojej ofercie mają zarówno produkty do włosów, jak i ciała, które można kupić w przyzwoitych cenach, ale jednocześnie nie grzeszą naturalnością. Seria Intensive Repair, której zadaniem jest "odbudowa włosów na poziomie komórkowym" nie jest zła, o ile komuś nie przeszkadzają super długie składy i lubi kosmetyki drogeryjne. Ja niestety przyzwyczaiłam swoje włosy do bardziej ekologicznych kosmetyków, które nie są tak drażniące dla skóry głowy, a przy tym tak samo skutecznie myją i wygładzają niesforne kosmyki, dlatego we mnie to trio nie powoduje szybszego bicia serducha :) 

TESTOWANE NA ZWIERZĘTACH
   Z moich informacji wynika, że cały koncern Unilever, do którego należy seria Dove, testuje na zwierzętach, co jest dość przykre :(

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Koszt wszystkich 3 produktów to ok. 40 zł, nie znam dokładnych cen, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że nie są one wysokie i każdy może sobie na te kosmetyki pozwolić.
   Kupicie je w każdej drogerii czy supermarkecie, także z dostępnością również nie ma większych problemów.

Znacie tą serię?
Lubicie? Używacie?


           

19 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Lakier do paznokci Color Expert nr.102 Golden Rose

3/16/2015 Ania T.


   W tym roku Golden Rose postanowiło podążyć za najnowszymi trendami. Oprócz szarości i nudziaków (które mogliście bliżej obejrzeć TUTAJ) do serii Color Expert firma wprowadził odcień, który został ogłoszony "kolorem 2015 roku", czyli marsalę i nadało jej numerek 102.




   Na temat pędzelka i krycia mogliście poczytać więcej w poprzednim poście dotyczącym lakierów z tej serii, tym akurat niczym się od siebie nie różnią.
   Natomiast zauważyłam pewne minusy, które w szarościach i nudziakach nie występowały. Pierwszym z nich jest czas schnięcia- jasne barwy wysychały błyskawicznie, tutaj po 2h od pomalowania lakier nadal był dość plastyczny i ulegał uszkodzeniu nawet przy najmniejszym ruchu.
  Był także zdecydowanie mniej trwały- nudziaki spokojnie wytrzymywały na paznokciach 4 dni, ten po 2 nadawał się tylko do zmycia. Widać wszystko jest uzależnione od odcienia, a szkoda, bo nr.102 jest ładny i ciekawie prezentuje się na paznokciach:

   Szkoda, że w porównaniu do swoich braci wypadł słabiej. Natomist kolorystycznie na pewno odpowiada mi bardziej niż np. nr.104. Fajnie, że firma stawia na modne odcienie, które wpasowują się w to, co jest akurat na czasie. Marsala na początku niezbyt do mnie przemawiała, jednak uznałam, że jest to kolor tak uniwersalny, że z powodzeniem możemy zastosować go do wielu stylizacji, zarówno tych klasycznych, jak i tych bardziej szalonych.


Jak Wam się podoba kolor roku 2015?
Lubicie takie odcienie na paznokciach?



           

21 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Serum redukujące pory przeciw starzeniu się skóry Pure Perfection Sensilis

3/15/2015 Ania T.


   Tonik Sensilis, który opisywałam Wam w TYM poście miał być dopełnieniem dla serum tej samej firmy. Wybrałam je z ciekawości, aby sprawdzić czy możliwe jest zredukowanie widoczności rozszerzonych porów, które niestety są moją zmorą (i myślę, że nie tylko moją, ale wielu osób posiadających cerę tłustą lub mieszaną). Jak się sprawdziło?

OPAKOWANIE

   Producent zadbał nie tylko o elegancki wygląd kosmetyku, ale także higieniczną i bezproblemową aplikację, która jest możliwa dzięki wygodnej pompce.

SKŁAD

   Na nieszczęście dla mnie (i mojej skóry) w składzie znów dość wysoko króluje alkohol. Oprócz tego znajdują się tutaj także wygładzające silikony (cyclopentasiloxane, cyclohexasiloxane) oraz kwas salicylowy (salicylic acid), którego zadaniem jest złuszczanie  naskórka.

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Serum pachnie bardzo przyjemnie i świeżo, nie czuję w nim żadnej chemicznej nuty. Jest praktycznie niewyczuwalny na skórze.
   Jego konsystencja przypomina rzadką, lekko niebieską galaretkę, która bezproblemowo rozprowadza się po twarzy.

DZIAŁANIE
   Pomimo zawartości alkoholu, nie wysuszał mnie tak bardzo jak tonik (wiem to, ponieważ serum zaczęłam stosować wcześniej i nie zauważyłam suchych placków). Z drugiej strony także nie nawilża (ale jakoś mnie to nie dziwi, patrząc na INCI). Za to zauważyłam, że wygładza skórę i po jego aplikacji, buzia wizualnie prezentuje się lepiej. 
   Wchłania się błyskawicznie, "do sucha" nie pozostawiając lepkiej warstwy, co dla mnie jest sporą zaletą. Bałam się, że może się "rolować", ale jeśli nie majstrujemy zbytnio przy miejscach, na które nałożyliśmy produkt, to nie musimy się o to martwić. Nie zauważyłam także problemów z nakładaniem plynnych podkładów (ja zazwyczaj aplikuje je palcami), gdy robimy to ostrożnie, unikając pocierania skóry, serum pozostaje "na miejscu". 
   Producent obiecuje, że jest to kosmetyk nie komodogenny i rzeczywiście, w trakcie jego stosowania nie wyskoczyły mi żadne nowe "niespodzianki".
   Gdy stosowałam go regularnie, razem z tonikiem, rzeczywiście zauważyłam minimalną poprawę jeśli chodzi o pory: zmniejszyły się i były mniej widoczne. Nie było to jednak efekt wow i, szczerze mówiąc, spodziewałam się po tym produkcie dużo więcej. 

TESTOWANY NA ZWIERZĘTACH
Brak informacji.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Cena, jak na dobry, chociaż nie zachwycający produkt jest dość wysoka, bowiem kosztuje 136 zł. Moim zdaniem mogłaby być niższa, szczególnie, że skład nie jest jakiś specjalnie zachwycający ani naturalny, a działanie poprawne, ale bez efektu wow.
   Do kupienia w dobrych aptekach.

PLUSY:
-eleganckie, wygodne i higieniczne opakowanie
-przyjemny zapach
-szybkie wchłanianie
-nie pozostawia nieprzyjemnej, lepkiej warstwy
-wygładza skórę
-nie roluje się nadmiernie i można na nie nakładać podkład czy puder
-nie zatyka porów i minimalnie je zwęża, oraz zmniejsza ich widoczność

MINUSY:
-wysoka cena
-skład (alkohol!)
-może wysuszać 


           

18 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Podkład M.A.C Pro Longwear NW 13

3/08/2015 Ania T.


   Bardzo długo szukałam podkładowego ulubieńca, który spełniłby wszystkie moje wysokie wymagania. Przez moje ręce przewinęło się całe mnóstwo tego typu kosmetyków, od sypkich począwszy, na tych w musie skończywszy, jednak żaden z nich nie zagrzał u mnie mniejsca na dłużej. Moja przygoda z M.A.C-iem zaczęła się od pudru Studio Careblend z M.A.C (recenzja TUTAJ), który sprawił, że pokochałam tą firmę bez opamiętania. Po kupnie pudru przyszła kolej na szminki (które kocham równie mocno), aż w końcu zdecydowałam się także na podkład. Wiem, że cieszył się dużym zainteresowaniem, a wiele osób prosiło o jego recenzję. Czy okazał się godny uwagi? A może wywaliłam niemałe pieniądze w błoto?

OPAKOWANIE

   Szklana buteleczka jest prosta i elegancka. Jednak jak dla mnie aplikator jest mało praktyczny. Niby w łatwy sposób można go otwierać i zamykać, jednak czarna nakrętka jest wiecznie upaćkana podkładem, co nie wygląda zbyt estetycznie. A plastik jest matowy, więc zmywanie z niego resztek produktu to istna katorga. Zdecydowanie lepiej sprawdziłaby się tradycyjna pompka ;)


ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Podkład ma lekko kremowy i trochę chemiczny zapach, całe szczęście nie drażni nosa, a na skórze jest praktycznie niewyczuwalny.
   Konsystencja po wyciśnięciu jest śrenio gęsta, produkt nie spływa z twarzy i bardzo dobrze się po niej rozprowadza.

KOLOR
   Zanim wybierzecie się do M.A.C-a i kupicie podkład (lub np. korektor do twarzy) w ciemno, polecam Wam się zapoznać z ciekawym poradnikiem Beautyness, która w prosty i czytelny sposób opisuje jak powinniśmy dobierać odcienie produktów tej firmy do naszej karnacji :) 
   Ja (z pomocą ekspedientki) dobrałam sobie kolorek NW 13, czyli jasny beż z różowymi tonami. Jest on idealnie dopasowany do mojej skóry, stapia się z nią tak dobrze, że jest praktycznie niewidoczny.



   Na zdjęciu powyżej na linię podbródka nałożyłam dość grubą warstwę produktu , ale widać (szczególnie na granicy podkład-skóra), że kolor jest dobrze dopasowany. Jeśli zostanie dokładnie rozprowadzony wygląda zupełnie jak druga skóra.
   M.A.C ma u mnie dużego plusa, ponieważ wybór odcieni jest naprawdę spory, dodatkowo są także dopasowane do tonacji (różowych oraz żółtych), z czym niestety nie spotkamy się wśród podkładów drogeryjnych (które zawsze są dla mnie albo za ciemne, albo za zółte).

DZIAŁANIE
   Na temat dopasowania koloru do cery nie będę się już rozwodzić, bo napisałam już chyba wszystko co chciałam :) Natomiast warto podkreślić, że już jedna warstwa zapewnia krycie, wystarczające na tyle, że kolejna (przynajmniej w moim wypadku) nie jest potrzebna. Dzięki temu unikam efektu maski, a twarz wygląda bardzo naturalnie. Jest na tyle lekki, że praktycznie nie czuję go na buzi.
   Podkład świetnie wyrównuje koloryt i zakrywa wszelkie zaczerwienienia. Aby przykryć większe niedoskonałości potrzebna będzie albo kolejna warstwa, albo korektor, ale z małymi wypryskami czy z popękanymi naczynkami radzi sobie bezproblemowo. 
   Bardzo lubię w nim to, że praktycznie nie smuży. Mogę go z powodzeniem nakładać nawet jeśli bardzo się spieszę, bo wystarczy go jedynie dobrze rozsmarować (co jestem w stanie zrobić w mniej więcej 1-2 minuty), aby uzyskać pożądany efekt. Równomiernie rozprowadza się po skórze, zbiera się jedynie w okolicy brwi, ale to akurat jest cechą charakterystyczną większości podkładów.
   Dobrze współpracuje z produktami nawilżającymi, nie roluje się nakładany bezpośrednio na krem. Ponadto, jeśli najpierw nałożymy na buzię krem, a dopiero potem podkład unikniemy uwidocznienia suchych skórek (bo niestety, ale kosmetyk M.A.C lubi je czasem podkreślić).
   Jest naprawdę trwały, na twarzy wytrzymuje cały dzień, bez ścierania czy "rolowania", nie zauważyłam także tego, czego najbardziej nie lubię w podkładach, czyli warzenia się. Grzecznie pozostaje na miejscu aż do wieczornego demakijażu.
   Nie matuje jakoś fantastycznie, wręcz przeciwnie- daje bardzo naturalnie wyglądający efekt. Aby uzyskać wymarzony mat, będziemy zmuszeni zastosować dodatkowy produkt, np. puder.
   Nie zauważyłam aby nadmiernie wysuszał, podrażniał czy "zatykał" skórę. Oprócz tego posiada filtr SPF 15, więc dodatkowo chroni nas przed szkodliwym promieniowaniem (a przynajmniej w małym stopniu).

TESTOWANY NA ZWIERZĘTACH
Niestety tak :(

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Cena może przyprawić niektórych o palpitację serca, ale ja uważam, że jest ona jak najbardziej adekwatna do jakości. Niby 138 zł to duża kwota, ale produkt jest naprawdę wydajny, więc uważam, że warto w niego zainwestować. 
   Dostępny w salonach M.A.C, Douglasach, a także w sklepie internetowym M.A.C.

   Ten podkład naprawdę zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Z powodzeniem mogę rzec, że jak do tej pory lepszego nie miałam. Ma parę drobnych minusów, ale są one tak mało znaczące, że przymykam na nie oko. W końcu liczy się całokształt :) Nie żałuję ani złotówki, którą wydałam na ten produkt i mogę go z ręką na sercu polecić każdemu, kto dalej szuka podkładowego ideału. 

PLUSY:
-odpowiednio gęsta konsystencja, która sprawia, że produkt świenie się rozprowadza
-szeroki wybór kolorów oraz tonów, dzięki temu każdy może dopasować idealny odcień dla swojej karnacji
-stapia się z cerą, wygląda bardzo naturalnie, a do tego nie powoduje efektu maski
-lekki, nie czuć go na twarzy
-dobrze wyrównuje koloryt cery i zakrywa zaczerwienienia
-nie zatyka porów, nie wysusza skóry, ani nie podrażnia
-nie smuży
-nie ściera się, nie warzy, nie roluje, a do tego jest bardzo trwały
-wydajny
-dostępność

PLUS/MINUS:
-cena (chociaż akurat ta jest adekwatna do jakości)

MINUSY:
-ze względu na dziwny aplikator, zakrętka jest wiecznie brudna od resztek produktu
-dziwny, lekko chemiczny zapach (na szczęście niewyczuwalny na skórze)
-podkreśla suche skórki (dlatego zawsze nakładam go na krem nawilżający, z którym świetnie współpracuje)
-do zakrycia naprawdę dużych niedoskonałości niezbędna będzie więcej niż 1 warstwa


I jak Wam się podoba ten podkład?
Uważacie, że jest wart swojej ceny?



           

23 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Lakiery do paznokci Color Expert nr. 104 i 98 Golden Rose

3/03/2015 Ania T.


   Wiosenna kolekcja lakierów Golden Rose to odcienie utrzymane w szarych i "nudziakowych" klimatach. Są idealne na co dzień, nie rzucają się w oczy i nadają paznokciom piękny połysk. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać 2 kolory z 6, jakie miałam okazję przetestować.

  Numerek 104 to "brudna" szarość, nie do końca w moim stylu. Natomiast 98 bardzo przypadł mi do gustu. To uroczy nudziak z brzoskwiniową nutą.

   Nr. 98 i nr. 104

    Oba lakiery mają szerokie pędzelki, którymi bardzo wygodnie się operuje. Wystarczą dwa szybkie ruchy, aby pokryć całą płytkę paznokcia.
    Dla uzyskania równomiernego koloru niezbędne są dwie warstwy.


Nr. 98


Nr. 104

   Początkowo miałam problemy z przyzwyczajeniem się do ich gęstej formuły. Rozlewały się na paznokciach zbitymi smugami i bałam się, że niezbyt równomiernie pokryją płytkę. Magia działa się dopiero potem:) Lakiery same z siebie dopasowywały się do paznokci i w miarę jak wysychały, rozkładały się po nich bardzo równo, nie pozostawiając nieestetycznych prążków. Druga warstwa dopełniała dzieła, kryjąc płytkę w 100% i bez prześwitów.
   Jestem także miło zaskoczona trwałością tych produktów, ponieważ po 4 dniach noszenia mam jedynie drobne odpryski na paznokciach prawej dłoni, natomiast te u lewej wyglądają jak świeżo pomalowane. Jak dla mnie to pozytywnie zaskakujący wynik. Oprócz tego lakiery nadal utrzymują piękny połysk i nie blakną.
   Ważną kwestią jest także szybkość wysychania. Pierwsza warstwa schnie błyskawicznie, druga nieco dłużej. Ale po około 10 minutach lakier jest idealnie suchy i twardy jak kamień. Można spokojnie oddać się domowym obowiązkom, a nawet iść spać, bez obaw, że rano obudzimy się z odciskami poduszki na naszym idealnym manikiurze.
   A tak oba kolorki prezentują się na moich paznokciach:


Nr. 104 (na środkowym i małym palcu)


Nr. 98 (na wskazującym i serdecznym palcu)

   Te, oraz pozostałe odcienie lakierów z serii Color Expert możecie kupić na stoiskach Golden Rose oraz w internecie za zawrotną kwotę...niecałych 6 zł!

   Uwierzcie mi, naprawdę nie spodziewałam się tylu zalet po lakierach, które kosztują tak niewielkie pieniądze. Próbowałam już wielu marek (zarówno tych droższych jak O.P.I, jak i tych ze średniej półki cenowej jak Rimmel czy Essie), ale żadna mnie nie zaskoczyła w tak pozytywny sposób, jak niepozorna Golden Rose. Początkowo byłam zrażona do produktów do paznokci tej firmy, ponieważ lakiery do paznokci z innej serii (teraz już nie pamiętam dokładnie jakiej, ale miały trójkątne buteleczki i podłużne pędzelki) były dla mnie strasznymi bublami, które odłaziły z płytki po kilku godzinach. Ale maluszki z serii Color Expert przywróciły moją wiarę w markę :D Z pewnością kupię inne odcienie, ponieważ taka jakość, w porównaniu z tak przystępną ceną rzadko kiedy się zdarza. Pomimo, że numerek 104 nie do końca trafia w moje gusta, to z 98 jestem zadowolona i z pewnością zagości u mnie na dłużej i może w końcu pomoże mi się przekonać do noszenia nudziaków na paznokciach :)

Jak Wam się podobają takie stonowane barwy na paznokciach?


           

39 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!