Tonik Ritual Care zmniejszający pory Sensilis

2/28/2015 Ania T.



   Ten tonik trafił w moje ręce dzięki firmie Sensilis. Nazwa była mi już wcześniej znana, jednak nie miałam okazji używać produktów tej marki. Szukałam produktu, który byłby dobrym zastępcą dla mojego ulubieńca od Orientany. Wybrałam sobie wersję dla cery tłustej i mieszanej, czyli idealną dla mnie oraz mojej skóry.  Czy spełnił moje oczekiwania?

OPAKOWANIE

   Opakowanie jest bardzo proste, wygląda elegancko i ekskluzywnie. Na początku ciężko mi było się dostać do zawartości buteleczki, ponieważ była bardzo dobrze zabezpieczona (oprócz zdjęcia sreberka, musiałam także przebijać plastik aplikatora). Otwór, który powstał w wyniku moich zabaw z igłą dozuje taką ilość kosmetyku, która jest wystarczająca, bez zbędnego nadmiaru.



SKŁAD

   Skład na początku nieźle mnie przeraził. Co prawda obecność oczaru wirginijskiego  tak wysoko w INCI cieszy, jednak zaraz za nim mamy…ALKOHOL! I to nie ten” dobry”, który nie czyni skórze krzywdy, tylko Alcohol Denat (aż go podkreśliłam na czerwono), którego unikam w kosmetykach do twarzy. Dlaczego? Z prostego powodu- przesusza cerę. Pewnie gdybym wcześniej nie miała okazji testować tego kosmetyku, zobaczyła go w aptece i przeczytała skład, to nie kupiłabym go , właśnie ze względu na obecność alkoholu.

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Zapach ma przyjemny, orzeźwiający. Trochę kojarzy mi się z tonikiem ogórkowym od Ziaji (który pewnie większość z Was zna, bo to dość popularny produkt), chociaż jak się mocniej wwąchałam, to wyczuwałam także alkoholową nutę
  Konsystencja jest wodnista, typowa dla toniku.

DZIAŁANIE
   Po zapoznaniu się ze składem miałam pewne obawy, czy nie skończę z Saharą na buzi przy regularnym używaniu tego produktu. Niestety, moje obawy (przynajmniej częściowo) się sprawdziły, ponieważ zauważyłam suche miejsca na twarzy (i to tylko w tych częściach, które regularnie przemywałam tonikiem). Nie ma siły, aby produkt zawierający w składzie alkohol nie wysuszył skóry, chociaż w minimalnym stopniu.
   Po aplikacji twarz była przyjemnie odświeżona, dobrze zmywał zanieczyszczenia i resztki makijażu. Nie mogłam go jednak stosować w okolicy oczu, ze względu na skład. Oprócz tego bardzo szybko się wchłaniał, "do sucha", nie pozostawiając po sobie tłustej warstwy. 
   Miał powodować zmniejszenie widoczności porów, jednak stosowałam go razem z serum (które ma tą samą funkcję i również zostało wyprodukowane przez firmę Sensilis), więc ciężko mi ocenić, który z tych produktów wywołał u mnie efekty. Bo te są widoczne. Wiadomo, moje pory nie zmniejszyły się drastycznie, nadal są zauważalne, jednak nie tak bardzo jak przed rozpoczęciem „kuracji”.
   Początkowo zmniejszał ilość wydzielanego sebum, dzięki czemu moja twarz dłużej pozostawała matowa. Jednak przy dłuższym stosowaniu sytuacja zupełnie się odwróciła i niestety, strefa T przetłuszcza mi się teraz intensywniej niż wcześniej (takie jest właśnie działanie alkoholu…).
   Na szczęście nie spowodował u mnie podrażnień (oprócz lekko przesuszonej cery), więc chociaż w tej kwestii tonik mnie nie zawiódł.

TESTOWANY NA ZWIERZĘTACH
Brak informacji.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Kupicie go za około 50-60 zł w aptekach, a także w internecie. Dodam, że jest całkiem wydajny. 

PLUSY:
-dobre zabezieczenie produktu i higieniczna aplikacja
-eleganckie i ładnie wyglądające opakowanie
-przyjemny zapach
-odświeża
-nie pozostawia warstwy
-zmywa resztki makijażu
-zmniejszył widoczność porów
-nie podrażnia
-wydajność

MINUSY:
-alkohol (!) w składzie
-wysuszał cerę
-nie mogłam go stosować w okolicy oczu
-początkowo zmniejszył ilość wydzielanego sebum, ale po jakimś czasie ta ilość się wręcz podwoiła...
-cena


           

21 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box Luty 2015 - zawartość pudełka

2/22/2015 Ania T.


   Walentynkowy Shiny Box ma naprawdę uroczą szatę graficzną. Ucieszyłam się widząc zapowiedzi kosmetyków, które miały się w nim znaleźć, ponieważ Shiny obiecywało m.in. The Body Shop z nowej linii Smoky Poppy (nie ukrywam, że ten zapach mnie bardzo zaintrygował i koniecznie chciałam go poznać)...jak się potem okazało podpowiedzi okazały się słuszne...ALE te produkty nie znalazły się w każdym pudełku, bowiem te występowało w 3 różnych wersjach. I ja trafiłam akurat na tą "najgorszą". Dlaczego? O tym przekonacie się czytając notkę :)

   Oto co znalazłam w środku:
1. Żel pod prysznic SPA Senses FM GROUP (produkt pełnowymiarowy)

   No i to właśnie jest sprawca całego zamieszania! Pomyślcie sobie: zamawiacie Shiny Boxa, ponieważ zauważyliście, że w pudełku ma się znaleźć nowa linia kosmetyków firmy, do której nie każdy ma dostęp, otrzymujecie boxa do ręki, otwieracie...a tam żel FM Group! Luksusowym bym go na pewno nie nazwała. Uważam, że to zagranie było trochę nie w porządku, bo skoro zapowiadana była konkretna linia kosmetyków jednej firmy (i wiele osób kupiło pudełko właśnie ze względu na to,  że w środku miały dostać produkty The Body Shop), to Shiny powinno się tego trzymać i umieścić TBS w każdej przesyłce. Wiem, wiele z Was uzna, że boxy i tak kupuje się w ciemno i nigdy nie wiadomo co znajdzie się w środku, ale jednak te podpowiedzi na fanpage'u Shiny po coś są i mają chociaż częściowo sugerować co otrzymamy zamawiając pudełko. Eh, no cóż, jak to mówią- nie można mieć wszystkiego. Nie zraziłam się i postanowiłam wypróbować ten żel. Powiem tak, pachnie ładnie...i nic poza tym. Ze względu na sposób aplikacji jest bardzo niewydajny, ma tragiczny skład, a do tego kosztuje 20 zł. Czyli bez rewelacji. Ale jak dla mnie to jedyny niewypał w tym Shiny, bo dalej jest już tylko lepiej :)

2. Krem pod oczy Visage Parfait CREME BAR

   To maleństwo pod oczy już jest w użyciu :) Dawno nie miałam okazji używać żadnych produktów przeznaczonych do pielęgnacji tych okolic, dlatego jestem ciekawa czy odpowiednio je "dopieści". Marka jest mi kompletnie nieznana i w sumie cieszę się, że nie trafiłam na krem do twarzy, bo tych mam obecnie aż nadmiar.

3. Drożdżowa maska do włosów BANIA AGAFII (produkt pełnowymairowy)

   Miałam kiedyś jej "siostrę" z łopianem, niestety mnie nie zachwyciła. Natomiast o tej drożdżowej czytałam wiele pozytywnych recenzji, dlatego mam nadzieję, że mnie nie rozczaruje. Saszetkowe maski i odżywki od Babci Agafii bardzo lubię, zobaczymy czy i ta przypadnie mi do gustu :)

4. Serum kolagenowe do paznokci SYIS (produkt pełnowymiarowy)

   Początkowo nie byłam zachwycona z jego obecności w boxie, ale po pierwszym użyciu zmieniłam zdanie! Jak dla mnie to największe i najbardziej pozytywne zaskoczenie lutowego pudełka. Bardzo wygodnie się je aplikuje, ślicznie pachnie, a paznokcie po nim prezentują się jak po wyjściu z gabinetu kosmetycznego. Takie niespodzianki to ja lubię ;)

5. Maseczka shakerowa YASUMI (produkt pełnowymiarowy)

   Yasumi znam i lubię. Parę ich produktów stało się moimi hitami, dlatego ta maska ma wysoko postawioną poprzeczkę :D Nigdy nie miałam styczności z maską, którą należy rozrabiać w shakerze, więc to na pewno będzie ciekawe doświadczenie. Trafiłam na wersję z komórkami macierzystymi jabłoni, ale akurat w ich zbawienne działanie ani trochę nie wierzę (polecam tekst Rarity na ten temat). Mam tylko nadzieję, że za te 20 zł (bo właśnie tyle kosztuje cały zestaw) zauważę chociaż małe efekty.

6. Hipoalergiczne mydło BioOmega BIAŁY JELEŃ (prezent, produkt pełnowymiarowy)

   Fanką mydeł w takiej formie nigdy nie byłam i nie zostanę, dlatego trafi ono w ręce teściowej, która bardzo sobie ceni markę Biały Jeleń :)

   Oprócz standardowej zawartości Shiny dołączyło próbki najnowszych balsamów Farmony. Jestem ciekawa zapachów (które pochodzą od nazw popularnych drinków) i pewnie szybko te próbeczki zużyję :D
   Czy warto kupić to pudełko?
   Gdyby nie ten nieszczęsny żel pod prysznic FM, który jednocześnie jest największym bublem tego pudełka, mogłabym z ręką na sercu stwierdzić, że to jeden z najlepszych Shiny Boxów, jakie trafiły w moje ręce. No ale jak to mówią, nie można mieć wszystkiego. Cieszę się, że przynajmniej reszta produktów nie rozczarowuje i wpasowała się w moje gusta. Docenam także to, że większość kosmetyków to wersje pełnowymiarowe, dzięki czemu kupno tego pudełka jest opłacalne cenowo.

   Przy okazji chciałabym Was także poinformować, że niedawno na półki księgarni trafiła kolejna część bestsellerowej serii "Dotyk Crossa" autorstwa Sylvii Day. Ma ona tytuł "Wybór Crossa", a Shiny Box został jej partnerem. Jeśli czytaliście poprzednie 3 części, to koniecznie musicie sięgnąć po 4 tom!



I jak Wam się podoba lutowy Shiny Box?


           

28 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Grand Bazaar Yankee Candle: Frankincense, Oud Oasis i Moroccan Argan Oil

2/21/2015 Ania T.


   Zanim przejdę do właściwej notki, chciałabym Was poinformować, że przez jakiś czas będę rzadziej gościła na blogu. W ostatnim czasie w moim życiu się trochę pozmieniało, zaczęłam nową pracę, do tego nadal studiuję i jestem w trakcie pisania magisterki, dlatego czas na blogowanie skurczył mi się diametralnie. Cały czas staram się przeglądać blogi, które lubię, czytam wszystkie komentarze pod notkami, niestety nie mam kiedy na nie odpisywać, za co serdecznie Was przepraszam :( Jeśli chcecie być na bieżąco z tym, co się u mnie dzieje, to zapraszam Was na mój profil na Facebooku, a także na Instagram, gdzie staram się wrzucać różnego rodzaju informacje i fotki z większą częstotliwością niż notki na blogu :) To by było na tyle, jeśli chodzi o "prywatę" :)

   Kolekcja Grand Bazaar jest nowością na polskim rynku. Te 3 zapachy pojawiły się w naszym kraju w styczniu, zaraz po kolekcji Q1 (więcej  na jej temat przeczytacie TU). Ta limitowana edycja mocno inspiruje się Orientem, nawiązuje do niego nie tylko nazwą (Grand Bazaar to jedno z największych i najstarszych krytych targowisk w Istanbule), ale także kompozycjami zapachowymi, które są mocne, wyraziste, tajemnicze i egzotyczne.

    W skład Grand Bazaar wchodzą 3 zapachy: Frankincense, Moroccan Argan Oil oraz Oud Oasis. Który z nich spodobał mi się najbardziej?

FRANKINCENSE

   Co pisze o nim producent?
   "Frankincense – szlachetna żywica, pożądana ze względu na swą delikatną słodycz, pieprzową pikantność i balsamiczny,drzewny podtekst."


   Co myślę ja?
   Już wąchany na sucho miał moc! Z całej kolekcji to właśnie ten zapach jest najintensywniejszy. Ja wyczuwam w nim mieszankę żywicy ze startą skórką pomarańczy. Oprócz tego ma w sobie także charakterystyczną, "kadzidłową" nutę ("incense" po angielsku oznacza kadzidło). Nie jest to wosk, który spodoba się każdemu. Ze względu na swoją moc może powodować bóle głowy, no i niestety, jest dosyć duszący. Raczej nie polecam go do małych pomieszczeń, ja w swoim niewielkim pokoju musiałam zgasić go po kilku minutach, bo zapach nieco mnie przytłoczył. Lubię palić kadzidełka, jednak ten aromat ma w sobie coś takiego, co nie do końca mnie przekonuje. Nie zapałałam do niego głębszym uczuciem ;) 


OUD OASIS

   Co pisze o nim producent?
   "Pozwalający uspokoić nastrój Oud Oasis to bogaty i uwodzicielski aromat kadzidła odzwierciedlony kolorystycznie stonowanym odcieniem żółci."

   Co myślę ja? 
   Wielkim nieporozumieniem byłoby, gdyby zapach nazwany na cześć drewna agarowego (zwanego także aloesowym), z żywicy którego produkuje się wysokiej jakości kadzidła, a także jest cennym surowcem w perfumiarstwie, nie miał w sobie choć trochę "kadzidlanej" nuty. I rzeczywiście, kadzidło jest w nim wyczuwalne, ale moim zdaniem nie tak intensywnie jak we Frankincense. Ten wosk to ciepła, słodka i otulająca mieszanka, czasami wydawało mi się jakby przewijała się w nim odrobina karmelu. Z pewnością spodoba się osobom, które lubują się w ciężkich perfumach. Po zapaleniu jest intensywny, ale nie tak duszący jak pozostałe zapachy z tej kolekcji. Całkiem przyjemny zapach, jednak dużej świecy z tego nie będzie :D

MOROCCAN ARGAN OIL

   Co pisze o nim producent?
   "Moroccan Oil zestawia nuty paczuli i drzewa sandałowego z egzotycznym aromatem ekskluzywnego olejku organowego. Wyjątkowy efekt tego połączenia jest jeszcze podkreślony głębokim odcieniem czerwieni świecy."

   Co myślę ja?
   Każdy, kto miał kiedykolwiek okazję wąchać naturalny olej arganowy wie, że niestety, nie pachnie on jakoś rewelacyjnie. Ten, który jest przeznaczony do spożycia ma lekką, orzechową nutę, natomiast kosmetyczny, po odpowiedniej obróbce, traci ten zapach i pachnie jak każdy inny olej. Dlatego też zastanawiałam się jak Yankee Candle z tego wybrnie, wszak wąchanie świecy, która śmierdzi olejem na pewno nie byłoby zbyt ciekawym przeżyciem :D Całe szczęście ten wosk w niczym nie przypomina aromatu kosmetycznego olejku arganowego. Ma w sobie dużo słodkich, otulających i orientalnych nut. Paczula jest wyczuwalna, jednak nie tak mocno jak chociażby w innym wosku tej firmy- Witches Brew (w którym to mamy praktycznie 100% paczuli). Po rozpaleniu jest równie intensywny, co pozostałe woski z tej limitowanki. Ze wszystkich 3 propozycji z kolekcji Grand Bazaar, Moroccan Argan Oil najbardziej przypadł mi do gustu, ale ostatnio sięgam po lżejsze i mniej duszące zapachy, dlatego olejek arganowy od Yankee również nie zagości u mnie na dłużej.

   Jak na razie Yankee Candle nie powaliło mnie nowymi kolekcjami. Q1 była poprawna, Grand Bazaar jest mocno orientalna, ale niestety, zbyt dusząca jak dla mnie. Jedynie w kolekcji Walentynkowej znalazłam ulubieńca, który zagościł u mnie w postaci dużej świecy (pewnie przeczytacie o nim niedługo). Zobaczymy czy aromaty zaplanowane na kolejne miesiące bardziej przypadną mi do gustu.

   Jeśli jednak macie ochotę wypróbować kolekcję Grand Bazaar we własnym kominku, to możecie ją kupić w Homedelight.


Ja tymczasem zapraszam Was na Facebookowy KONKURS, w którym do wygrania są woski z kolekcji Q1 i Grand Bazaar od Yankee Candle. 
Więcej szczegółów pod TYM LINKIEM :)





           

29 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Dobrze rozreklamowany bubel: Antyperspirant w kremie Garnier NEO

2/15/2015 Ania T.


   O tym antyperspirancie było ostatnio głośno. Czytałam o nim na wielu blogach i zachęcona pozytywnymi recenzjami, skusiłam się i go kupiłam. Do tej pory używałam raczej antyperspirantów w kulce, ewentualnie w sztyfcie, więc forma balsamu to dla mnie zupełna nowość. Dlaczego nie przypadł mi do gustu?

OPAKOWANIE

   Opakowanie niec różni się od tych, które możemy spotkać wśród antyperspirantów, jednak na sklepowej półce na pewno byśmy tego kremu nie pomylili z innymi kosmetykami ;)
   Przy pierwszym użyciu miałam małą zagwozdkę, ponieważ nie bardzo wiedziałam jak należy ten produkt aplikować, jednak okazało się to bardzo proste (i wygodne). Wystarczy delikatnie ścisnąć tubkę, a pożądana ilość antyperspirantu wylatuje przez specjalne otwory. Ważne jest to, aby raz na jakiś czas przecierać aplikator wacikiem czy szmatką, aby resztki produktu na nim nie zasychały.

SKŁAD

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Do wyboru mamy kilka wersji zapachowych, ja wybrałam "Fruity flower", czyli kompozycję kwiatowo-owocową. Nie jest to żaden odkrywczy zapach, bo z podobnym już się wcześniej spotykałam wśród innych antyperspirantów. Za to jest dość przyjemny, świeży i słodki.Nie gryzie się z perfumami i jest wyczuwalny do kilku godzin po aplikacji. 
   Konsystencja rzeczywiście jest kremowa, dość gęsta, ale bezproblemowo rozprowadza się po skórze pod pachami.


DZIAŁANIE
   Antyperspirant wchłania się bardzo szybko "do sucha", dzięki czemu nie pozostawia plam na ubraniach. Bałam się, że może się kruszyć pod pachami (tak jak na aplikatorze, jeśli się na nim osadzi), na szczęście nic takiego się nie zdarzyło. 
   Oczywiście nie zauważyłam niczego takiego jak "regeneracja" (co obiecuje na opakowaniu producent), ale w takie rzeczy to ja nie wierzę, więc spodziewałam się, że to chwyt marketingowy.          
    Nie podrażnił mnie, nawet jeśli aplikowałam produkt zaraz po goleniu. Dla mnie to ważny czynnik, ponieważ wiele antyperspirantów z tego powodu musiałam odstawić na bok.  
   Co do skteczności, to mam do niego spore zastrzeżenia. Owszem, przez pierwsze kilka godzin rzeczywiście daje uczucie świeżości, a także chroni przed nadmiernym poceniem. Ale na pewno nie jest to 48h, jak głosi napis na opakowaniu (znów marny chwyt dla przyciągnięcia klientów), ba, nie jest to nawet 12h! Mniej więcej po 6-7 godzinach po aplikacji produkt niestety przestaje dobrze chronić przed przykrym zapachem. Kompletną klapę poniósł także podczas treningu- po 20 minutach biegania pachy były w takim stanie, jakbym w ogóle nie użyła żadnego antyperspirantu! Nie jest to więc produkt idealny, co więcej, nie zauważyłam, aby w jakiejkolwiek kwestii był lepszy od innych tego typu kosmetyków.

TESTOWANY NA ZWIERZĘTACH
TAK

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Jego cena może się różnić, w zależności od tego gdzie go kupujecie, ja zapłaciłam za niego około 14 zł, więc wcale nie jest jakiś najtańszy (porównując go do innych antyperspirantów dostępnych na rynku). Używam go od ponad miesiąca i jeszcze całkiem sporo go zostało, dlatego wydajność oceniam bardzo przyzwoicie.
   Do kupienia w każdej większej drogerii, a także w marketach, także z dostępnością również nie ma żadnych problemów. 

   Antyperspirant w kremie był fajnym i innowacyjnym pomysłem, jednak niestety, poza nietypową formą, niczym innym nie zachwyca. Uważam, że nawet te 14 zł to kwota, która jest zbyt wygórowana jak na produkt, którego działanie można porównać z najtańszym, drogeryjnym dezodorantem. Hasła "regeneruje" oraz "chroni przez 48h" jeszcze bardziej ten produkt pogrążają, bo nie są nawet w najmniejszym stopniu zgodne z prawdą, a ja, jako klient, nie lubię, jak ktoś mnie nabija w butelkę. Co prawda ma parę zalet, ale niestety, nie  przekonują mnie one na tyle, abym sięgnęła po niego ponownie.

PLUSY:
-ładny zapach
-pzyjemna, kremowa konsystencja
-bardzo szybko się wchłania, nie brudząc ubrań
-nie podrażnia
-wydajność
-dostępność

MINUSY:
-nie chroni przez 48h, ba, nie chroni nawet przez 6h! Już po tym czasie można wyczuć niezbyt przyjemny zapach. Kompletnie nie nadaje się jako produkt chroniący przed potem na treningu!
-nie regeneruje
-cena nieadekwatna do jakości



           

63 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box styczeń 2015- krótkie recenzje produktów

2/12/2015 Ania T.


   Zawartość pudełka styczniowego mogliście sobie obejrzeć w TYM poście. Dziś krótko opiszę Wam produkty, które w nim znalazłam.

1. Dotleniające serum do twarzy BEAUTYFACE

   Serum ma bardzo wygodne, szklane opakowanie z higieniczną pipetką. Wygląda bardzo elegancko, a przy tym nie kosztuje fortuny (obecnie wszystkie jego wersje są  dostępne na stronie w promocji 19.90 zł).


   Kosmetyk jest praktycznie bezzapachowy, ma średnio gęstą konsystencję, ale bez problemu nabiera się do pipetki.
   Bardzo szybko się wchłania, dosłownie kilka sekund po aplikacji. Nie pozostawia żadnej warstwy, wsiąka w skórę praktycznie "do sucha". Ma za zdanie dotleniać i oczyszczać skórę, jednak ciężko mi określić czy rzeczywiście działa, bo zbyt krótko je stosuję, aby ocenić te efekty. Wiem natomiast, że nie wysusza, a wręcz nawilża skórę, pozostawiąjąc ją miękką i miłą w dotyku.

   Czy polecam ten produkt?
   Raczej tak.

2. Balsam do ust z 24-karatowym złotem VEDARA

   Opakowanie, ze względu na niezbyt higieniczny sposób aplikacji, niestety nie zasługuje na pochwałę. Za to świetnie nadaje się do noszenia w torebce czy kosmetyczce :)
   Pachnie przepięknie! Zupełnie jak sok winogronowy, aż chciałoby się go zjeść. Szkoda, że nie smakuje tak dobrze, jak pachnie :D Chociaż jego smak wcale nie jest taki zły, prawie go nie czuć na ustach. Konsystencja typowa dla balsamów do ust w słoiczku. Zbita, ale pod wpływem ciepła się rozpływa.
   Pokrywa usta delikatną warstwą, która je natłuszcza i nawilża. Nie jest to jednak długotrwałe nawilżenie, bo trzeba go używać co najmniej kilka razy dziennie, aby utrzymać ten efekt. Wargi po nim są miękkie i gładkie, ale tylko do czasu aż całkowicie się nie wchłonie. To nie jest zły produkt, jednak jak dla mnie zbyt "lekki", przez to jego działanie jest krótkotrwałe.
   Cena też jest moim zdaniem za wysoka, bo za 24 zł można kupić produkty do ust, których efekt będzie utrzymywał się zdecydowanie dłużej.

   Czy polecam ten produkt?
   Mógłby być lepszy...więc raczej nie sięgnę po niego ponownie.

3. Rozświetlające perełki GLAZEL

   Nie jest to produkt pełnowymiarowy, dlatego też opakowanie jest mniejsze od tego, które otrzymamy, kupując te perełki na stronie producenta. Jednak, pomimo swoich wymiarów idealnie mieści pędzel, którym aplikuje się kosmetyk (ja robię to zwykłym pędzlem do różu).
   Jest to produkt bezzapachowy. Forma kulek od dawna przestała być nowością, te są dość zbite, jednak ja nie mam problemu z nabraniem ich na pędzel (polecam do tego ten z Essence).


   Używam ich tylko do lekkiego rozświetlenia policzków, niestety, drobinki w nich są mikroskopijne, a sam kolor mało wyrazisty, aby pełniły rolę dobrego rozświetlacza. Można nimi delikatnie podkreślić oko lub nałożyć odrobinę na róż, aby nadać mu blasku. Jednak jako samodzielny produkt, niezbyt dobrze dają sobie radę. Są po prostu zbyt delikatne.
   Pełnowymiarowa wersja tego kosmetyku kosztuje 39 zł. Być może inne wersje kolorystyczne lepiej wyglądają na twarzy, a ich efekt jest bardziej widoczny, ale ciężko mi to stwierdzić, ponieważ nie miałam okazji ich testować.

   Czy polecem ten produkt?
   Jako dodatek, którym można wykończyć makijaż- tak. Jako "samodzielny" produkt- nie.

   W pudełku znalazłam także szampon pszeniczno-owsiany Sylveco oraz oczyszczający peeling do twarzy Sylveco. Ich recenzje znajdziecie klikając w powyższe hiperłącza :)

Mieliście to pudełko?
Który produkt spodobał się Wam najbardziej?
 

           

24 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Gumki do włosów Invisibobble- hit czy kit?

2/08/2015 Ania T.


   Kiedy pierwszy raz natknęłam się w sieci na recnezję gumek do włosów Invisibobble, stwierdziłam, że ktoś wpadł na genialny pomysł. Sprzedawać coś, co wygląda jak kawałek kabla od starego, stacjonarnego telefonu, za taką cenę? Geniusz marketingu! Wzmianki o tych akcesoriach wzbudzały we mnie raczej śmiech niż zachwyt. Ale z dnia na dzień opinii o rewolucyjnych gumkach Invisibobble przybywało...a ja zaczęłam być ich ciekawa. W końcu wybrałam się do sklepu i kupiłam swoje opakowanie. Czy ten produkt to rzeczywiście "must have", a może szkoda na niego pieniędzy?


   W małym opakowaniu znajdują się 3 sztuki gumek Invisibobble, jego koszt to ok. 15-16 zł (w sklepach stacjonarnych). Słyszałam, że są salony fryzjerskie, które sprzedają te gumki na sztuki, jednak ja kupuję je w Hebe, a tam dostępne są tylko takie opakowania jak na powyższym zdjęciu. Moim zdaniem za taką cenę jest ich zdecydowanie za mało (mam 2 opakowania, z czego z jednego z nich już zdążyłam gdzieś zapodziać jedną gumkę...). Skoro 3 gumki kosztują całkiem sporo, to czy są chociaż warte tej ceny?


   Gumki są wykonane z dość miękkiego w dotyku i bardzo rozciągliwego materiału- poliuretanu. Bez problemu mozna je rozciągać, aby dopasować je do grubości włosów (można nimi związać za równo cienkiego kucyka, jak również koka). Poliuretan tak świetnie dopasowuje się do naszej fryzury, że nie ściska nadmiernie naszych kosmyków, nie ma także żadnych metalowych elementów, które mogą powodować uszkodzenia powierzchni włosa, a co najważniejsze, nie istnieje ryzyko, że pojedyncze włoski zaplątają się w gumkę (nie mają się o co zaczepić), dzięki czemu  jej ściąganie jest proste, szybkie i bezbolesne :) Invisibobble są polecane dla osób, które dbają o włosy, można w nich spokojnie spać czy uprawiać sport, bo dzięki gładkiej i elastycznej powierzchni nie ocierają się o ich powierzchnię, nawet podczas intensywnego ruchu.
   Dla mnie istotną kwestią jest to, że nie ciągną włosów. Kiedy zwiążę je sobie w koński ogon "zwykłą" gumką zawsze odczuwam ból, gdy kucyk jest zbyt mocno ściśnięty. W przypadku Invisibobble nigdy nie zauważyłam takiego uczucia. Gumka rozszerza się na tyle, żeby dobrze trzymać włosy w ryzach, ale jednocześnie nie ściskać ich zbyt mocno. Oczywiście w ciągu dnia pojedyczne kosmyki mogą się z niej wysunąć, ale jest to całkowicie normalna sprawa.
   Niestety, zauważyłam kilka niedociągnięć, które tym samym dyskwalifikują Invisibobble z konkursu o miano ideału bez wad. Najważniejszą kwestią jest to, że nie trzymają się cały dzień "na miejscu" na każdych włosach. Ja mam proste i śliskie, w związku z tym muszę często poprawiać i naciągać gumkę. Kolejną wadą jest kwestia rozciągania się. Przez pierwsze 1-2 tygodnie gumeczka po zdjęciu z włosów powraca do stanu pierwotnego, czyli zwęża się na szerokość palca u ręki. Jednak im dłużej tą gumkę nosimy, tym bardziej się rozciąga. Już po miesiącu noszenia wygląda tak:



Po lewej- nowa gumka, po prawej- gumka po miesiącu użytkowania

   Oczywiście zwykłe gumki również się rozciągają i rozrywają, jednak służą one zdecydowaie dłużej niż Invisibobble (które po mniej więcej 1,5 miesiąca są tak rozciągnięte, że trzeba je kilkukrotnie zawijać wokół włosów, aby w ogóle trzymały fryzurę).

   Invisibobble dostępne są w różnych wariantach kolorystycznych, a kupicie je w każdej drogerii Hebe.

   Pomimo kilku minusów, ja jestem z tych gumek bardzo zadowolona i kupiłam sobie 2 opakowania. Codziennie śpię ze związanymi włosami, a akcesoria Invisibobble pomagają utrzymać je w ryzach. Po wypróbowaniu stwierdzam, że ich fenomen wcale nie jest przesadzony. Polubiłam się z nimi i chętnie po nie sięgam, pomimo stosunkowo wysokiej ceny.

Znacie te gumki?
Macie swoje Invisibobble? :)


           

53 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Tutorial: Prawidłowe palenie samplerów (wotiv-ów)

2/04/2015 Ania T.


   Był już tutorial na temat prawidłowego palenia świec w szkle, a także wosków, więc przyszedł czas na samplery (inaczej zwane wotivami).
   Zanim jednak przejdziemy do instrukcji, która powinna wyjaśnić Wam wszystkie wątpliwości związane z tym tematem, opowiem parę słów na temat tego czym są samplery.

    Co to jest sampler (wotiv)?
   Sampler to nic innego jak mała świeczka, pozbawiona szklanego słoika. To wosk uformowany na kształt świecy z jednym knotem. Dlaczego nazywany jest samplerem?
  "Sample" to po angielsku "próbka". Dzięki temu, że samplery (podobnie jak woski i świece) mają w swoim składzie olejki eteryczne, pozwalają nam poznać bliżej interesujący nas zapach. W swojej ofercie mają je takie firmy jak Yankee Candle czy Village Candle. Jeśli nie chcemy kupować szklanej świecy (która, nie ukrywajmy, jest sporym wydatkiem), a do tego nie lubimy palić wosków, to samplery są idealnym rozwiązaniem aby bliżej zapoznać się z danym aromatem. Są droższe od wosków, ale nie wymagają też tyle "zachodu". Do ich palenia wystarczy mieć bardzo proste akcesoria, o których opowiem Wam w dalszej części notki :)



Samplery Yankee Candle i Village Candle

   Czy sampler pachnie identycznie jak świeca?
   Tak, chociaż bywa, że zapach samplera po zapaleniu będzie słabszy niż ten, który jest w woskach czy świecach. Trzeba to wziąć pod uwagę, żeby się potem nie rozczarować, kupując duży słoik. Niemniej jednak, w votivach znajdują się dokładnie te same kompozycje aromatyczne co w woskach i świecach, dlatego też, oprócz mocy, nie różnią się od siebie. Jeśli sampler będzie palony prawidłowo, wtedy mamy pewność, że jego "moc" oraz zapach będą praktycznie identyczne jak te, które otrzymujemy w świecach/woskach. 

   Czego (oprócz samego samplera) potrzebujemy do prawidłowego palenia?
   Najważniejszy jest odpowiednio dobrany świecznik. Świecznik musi być na tyle duży, żeby zmieścić cały sampler, ale jednocześnie wąski, aby świeczka jak najlepiej przylegała do jego ścianek. Dzięki temu roztopiony wosk nie będzie się rozlewał na boki, a sampler dłużej zachowa swój kształt (i będzie się dłużej palił oraz intensywniej pachniał). 
   Można się skusić na oryginalne (specjalnie dostosowane do tego typu świeczek) świeczniki Yankee Candle:

Przykładowy świecznik Yankee Candle, tzw. "wiaderko"

   Jednak trzeba liczyć się z tym, że gadżety  Yankee całkiem sporo (jak na świeczniki) kosztują. Jest to wydatek minimum 20 zł za 1 sztukę. 
   Jeśli nie mamy ochoty wydawać fortuny na jeden świecznik, zawsze możemy poszukać tańszej alternatywy :) Wiele sklepów oferuje różnego rodzaju szlaneczki, świeczniki i tym podobne akcesoria. Sampler zawsze można spakować do torby i podczas zakupów sprawdzić, czy pasuje do świecznika, który sobie upatrzyliśmy. Ja znam wymiary samplerów na tyle, że jestem w stanie to stwierdzić "na oko", dlatego mogę sobie pozwolić na kupowanie takich gadżetów w ciemno, przy odrobinie wprawy, Wam również się to uda :)
  W naprawdę ekstramalnych sytuacjach możemy się pokusić o to, żeby włożyć sampler do wąskiego słoika czy kieliszka...ja jednak zdecydowanie wolę świeczniki, ponieważ ładnie się prezentują. 
 Jeśli nie lubicie przepłacać, polecam Wam zakupy w Pepco. Ja nabyłam tam swój świecznik za około 5 zł.



   Jak należy prawidłowo palić sampler?
    Sampler po prostu wkładamy (oczywiście po wcześniejszym odpakowaniu go z folii ochronnej) do szkła, odpalamy...i czekamy aż się rozpali. Ot, cała filozofia. 

   A co zrobić, jeśli nie mamy w domu świecznika, albo sampler w nim pachnie niezbyt intensywnie?
   Dobrym rozwiązaniem jest "przerobienie" wotiva na...wosk. Są na to 2 metody, a do obu potrzebny nam będzie dowolny kominek (taki do palenia wosków). 

   Sposób I:
   Sampler w całości wkładamy do miseczki kominka (jej głębokość nie ma znaczenia), kominek "rozpalamy" (pod miską kominka znajduje się miejsce na tealight, który należy zapalić, aby miska z woskiem się ogrzała) i czekamy aż sampler się rozpuści. Oczywiście nie rozpuszczamy całego samplera na raz, musimy kontrolować ilość roztopionego wosku, aby nie rozlał się poza obręb kominka. Żeby łatwiej nam było usunąć sampler z miseczki (bez parzenia sobie rąk), wkładamy go knotem do góry, a po rozpuszczeniu się pożądanej przez nas ilości, wyciągamy go z miseczki za ten właśnie knot i odkładamy do ostygnięcia. Ten sposób podsunęła mi Klaudia z Zielonej Mydlarni.
   Jak to wygląda w praktyce? O tak (sampler celowo jest zapakowany w folię, ponieważ zdjęcie tylko pokazuje sposób jego umieszczenia w kominku, przed rozgrzaniem kominka, folię należy usunąć!):

   Sposób II:
   Sampler rozpakowujemy z folii, kroimy nożem na kawałki, wkładamy do miseczki kominka i rozpuszczamy jak zwykły wosk. Jest to dobry sposób jeśli nie mamy danego zapachu w postaci wosku, a chcemy komuś podarować jego próbkę. Czasem też się zdarza, że nie wszystkie interesujące nas zapachy możemy nabyć w postaci wosku/świecy i zostaje nam kupno samplerów. Nie wszyscy są ich fanami, dlatego też metoda z przerobieniem ich na wosk będzie dla takich osób szczególnie przydatna. 

   Jak widzicie metod palenia samplerów jest naprawdę wiele. Ja osobiście wolę świece i woski, ale votivy są świetnym rozwiązaniem jeśli np. wybieramy się w podróż i chcemy mieć ze sobą ukochany zapach (tak, targam ze sobą moje ulubione zapachy jeśli tylko wyjeżdżam gdzieś na dłużej). Świeczniki i samplery są małe, dzięki czemu zmieszczą się w każdej torbie. A ustawione w odpowiednim miejscu, potrafią wypełnić pomieszczenie pięknym zapachem i nadać mu niesamowitego klimatu :)

   Ile kosztuje taki sampler i na ile starcza?
   Wszystko zależy od marki. Samplery Yankee to koszt 10 zł, z kolei Village 11 zł. Nie są to wygórowane kwoty, szczególnie, że jeśli palimy te świeczuszki z umiarem, spokojnie starczają na parę dni (ich czas palenia to ok. 15h). 

   To chyba wszystko czym warto się z Wami podzielić na temat palenia samplerów/wotiv-ów. Po tym tutorialu na pewno nie będziecie juz mieli żadnych problemów z samplerami i będziecie palić je z przyjemnością :) Jednak gdybyście nadal mieli jakiekolwiek pytania z tym związane, piszcie śmiało, na wszystkie chętnie odpowiem!

Lubicie palić samplery?
A może wolicie woski/świece?


           

32 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Peeling do twarzy wygładzający i oczyszczający Sylveco - porównanie 2 wersji

2/02/2015 Ania T.


   Wersję wygładzającą dostałam na blogowe Mikołajki, z kolei peeling oczyszczający znalazłam w styczniowym Shiny Boxie. W komentarzach pod postem o styczniowym pudełeczku wyraziliście chęć przeczytania notki, która porównywałaby oba te produkty. Dlatego specjalnie dla Was przygotowałam porównanie, które być może pomoże Wam się zdecydować, która wersja peelingu Sylveco będzie dla Was lepsza :)

OPAKOWANIE

   Słoiczki z metalowymi nakrętkami różnią się między sobą tylko naklejkami. Przyznam szczerze, że nie jest to mój ulubiony typ opakowań, jeśli chodzi o produkty do twarzy. Aplikacja tych kosmetyków nie jest zbyt higieniczna.

SKŁAD
Peeling oczyszczający

Peeling wygładzający

   Produkt wygładzający ma krótszy skład, ale z drugiej strony, ze względu na to, że w INCI bazę stanowi olej palmowy, zamiast wody, jest dość gęsty i "toporny" jeśli chodzi o aplikację. Funkcję drobinek peelingujących pełnią w obu kosmetykach drobne kryształki korundu, oprócz tego znajdziemy w nich także różnego rodzaju wyciągi oraz oleje.

ZAPACH/KONSYSTENCJA


Oczyszczający
Wygładzający

Zapach
Lekko ziołowy, z nutą olejku z drzewa herbacianego . Niedrażniący.
Cytrusowy, dość intensywny, przyjemny



Konsystencja


Dość rzadki, ale nie leisty. Niczym rzadka maseczka glinkowa. Bardzo łatwo się go nabiera i aplikuje na skórę.
Konsystencja gęstej maści, miałam trudności z pierwszym nabraniem produktu, ponieważ był bardzo zbity. Pod wpływem ciepła konsystencja nieco się „rozluźnia”, jednak nie sunie po skórze tak gładko jak wersja oczyszczająca.

Konsystencja peelingu oczyszczającego:

Konsystencja peelingu wygładzającego:




DZIAŁANIE


Oczyszczający
Wygładzający

Wielkość i ilość drobinek
Drobinki nieco mniejsze niż w wersji wygładzającej, mam wrażenie jakby były delikatniejsze i było ich mniej.
Większe i mocniej ścierajace drobinki, które dzięki gęstej konsystencji peelingu, nie podrażniają skóry.

Stopień oczyszczenia skóry
W przypadku obu tych produktów stopień oczyszczenia skóry jest porównywalny, nie zauważyłam w tej kwestii istotnych różnic.





Pozostawianie warstwy



Pozostawia cieniutką, nieuciążliwą warstewkę, która bardzo szybko znika ze skóry. Nie lepi się i nie jest zbytnio tłusta.
Wersja wygładzająca niestety mniej mi odpowiada, jeśli chodzi o pozostawianie warstwy. Po spłukaniu twarz jest tłusta, pokryta dziwną, lekko lepiącą się warstwą. Co prawda skóra po użyciu tego produktu nie wymaga dodatkowej aplikacji kremu, jednak ja nie lubię takiego efektu na buzi.


Podrażnienia
Nie zauważyłam podrażnień. Skóra po jego użyciu jest lekko zaczerwieniona, ale to normalny efekt przy stosowaniu peelingów mechanicznych. Produkt hypoalergiczny.


Tak samo jak w przypadku wersji oczyszczającej.




Uczucie po użyciu

W przypadku tej wersji skóra po użyciu jest dobrze oczyszczona i odświeżona. Gładka i miła w dotyku, nietłusta. Przez jakiś czas pozostaje zmatowiona.
Ze względu na pozostawianie warstwy, po użyciu peelingu wygładzającego uczucie oczyszczenia skóry nie jest aż tak bardzo odczuwalne. Mam wrażenie jakby skóra była tłusta, chociaż drobinki są równie skuteczne jak w wersji oczyszczającej.


Który lepszy dla skóry mieszanej (takiej jak moja)?
Mi zdecydowanie bardziej podpasowała wersja oczyszczająca. Nie pozostawia nieprzyjemnej warstwy, a do tego moja skóra jest po niej bardziej „świeża”, niż po wariancie wygładzającym. Peeling wygładzający spodoba się osobom o skórze normalnej lub lekko przesuszonej (z powodu ochronnej warstwy jaką zostawia).

TESTOWANE NA ZWIERZĘTACH
NIE

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Słoiczek peelingu to koszt około 20 zł. Kosmetyki są dość wydajne (a przynajmniej wersja wygładzająca, używam jej regularnie od grudnia, a ubytek nie jest wielki), a przy tym mają ciekawe składy. Dlatego uważam, że cena nie jest przesadnie zawyżona.
   Do kupienia on-line lub w dobrych sklepach z naturalnymi produktami. W Katowicach dostaniecie je np. w Zielonej Mydlarni :) Listę sklepów stacjonarnych w innych miastach znajdziecie tutaj

   Nie będę robiła podsumowania, ponieważ wszystkie najważniejsze informacje macie w notce. Myślę, że na jej podstawie spokojnie będziecie mogli wybrać wersję peelingu, która będzie lepsza dla Waszej cery. 

Znacie peelingi do twarzy Sylveco?
Którą wersję chętniej byście kupili?


           

62 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!