Spray & Go Cocoa Radiant - balsam do ciała w sprayu Vaseline

1/27/2015 Ania T.


   W swoim życiu widziałam już wiele kosmetyków przybierających dziwne formy (mydło do rąk w piance, proszek do oczyszczania twarzy), ale balsam w sprayu bardzo mnie zaskoczył! Dla mnie to absolutna nowość i z niczym podobnym się wcześniej nie spotkałam (pianka do golenia się nie liczy :D). Od samego początku mnie ciekawił, bo trzeba przyznać, że spray to naprawdę nietypowy sposób aplikacji w przypadku balsamu. Jak się sprawdził i czy warto po niego sięgnąć?

OPAKOWANIE

   Opakowanie jest podobne do tego, które możemy znaleźć wśród dezodorantów. Aplikacja również wygląda tak samo, z tym, że tutaj mamy dodatkowe zabezpieczenie atomizera (opcja otwórz-zamknij), dzięki czemu nie musimy się martwić, że np. w podróży zacznie pryskać na wszystkie strony i ubrudzi nam ubrania.


SKŁAD

   Nad składem nie ma się tutaj co rozwodzić. Jest to produkt drogeryjny, dlatego nie ma co oczekiwać, że znajdzie się w nim całe mnóstwo naturalnych ekstraktów, będzie ekologiczny itp., itd. Ważne jest to, że żaden z tych składników krzywdy mi nie zrobił :)

ZAPACH/KONSYTENCJA
   Przyznam szczerze, że jego zapach niezbyt przypadł mi do gustu. Zaraz po rozsmarowaniu jest dość duszący, mocno kakaowy. Całe szczęście wietrzeje po około 30 minutach i staje się znośny (ale ja ogólnie niezbyt przepadam za kosmetykami o tej nucie zapachowej więc nie jestem dobrą osobą do oceniania tej kwestii). 
   Za to konsystencja jest ciekawa i godna uwagi :) W opakowaniu płynna, po naciśnięciu aplikatora zamienia się w piankę, którą w szybki i łatwy sposób można rozsmarować po ciele. Nie pozostawia smug.

DZIAŁANIE
     Dzięki błyskawicznej aplikacji, balsamu można użyć nawet 5 minut przed wyjściem. Wchłania się szybko, nie zostawia tłustej, nieprzyjemnej warstwy, a skóra po jego użyciu jest przyjemnie miękka i gładka w dotyku. 
   Ubrania można zakładać zaraz po aplikacji, bez obaw, że będą tłuste lub brudne. Nie zauważyłam też aby mnie podrażnił czy uczulił.
   Uczucie nawilżenia utrzymuje się przez cały dzień, nie jest konieczna ponowna aplikacja produktu (np. wieczorem). Nie wiem jak poradziłby sobie z mocno przesuszoną skórą, moją okeślam jako "normalną", więc ciężko mi to sprawdzić.
   Na opakowaniu znalazłam obietnice dotyczące "rozświetlenia"...niczego takiego nie zaobserwowałam. Ponadto, balsam nie ma w sobie żadnych rozświetlających drobinek, więc nie wiem który z tych składników miałby takowy efekt zagwrantować. Jest to trochę mylące dla klienta. 

TESTOWANY NA ZWIERZĘTACH
Niestety TAK :(

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Cena jest dosyć spora, produkt kosztuje bowiem ok.26 zł. Uważam, że mógłby być tańszy.
   Za to dostępność jest jak najbardziej na plus, bo dostaniemy go w większości sieciowych drogerii. Jest dostępny chociażby w każdym Rossmanie. 

   
   Nie jest to zły produkt. Dobrze nawilża, nie pozostawia nieprzyjemnej warstwy, a do tego jest szybki i wygodny w użyciu. Ale powiedzmy sobie szczerze- w niższej cenie jesteśmy w stanie znaleźć balsamy o porównywalnym składzie i takim samym działaniu, dlatego moim zdaniem kwota, jaką przyjdzie nam zapłacić za jedno opakowanie tego produktu jest zawyżona. Niemniej jednak, jest to ciekawa nowinka na polskim rynku kosmetycznym i jeśli lubimy takie udziwnienia, to warto chociaż raz po niego sięgnąć i wypróbować :) 

PLUSY:
-wygodne opakowanie z atomizerem typu "otwórz-zamknij"
-błyskawiczna aplikacja
-szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy
-nie brudzi ubrań
-pozostawia skórę miękką, gładką i dobrze nawilżoną
-dostępność

MINUSY:
-cena
-skład
-nie rozświetla (choć producent obiecuje rozświetlenie na opakowaniu)
-testowany na zwierzętach

A Wy już mieliście okazję wypróbować tą nowość od Vaseline?
Lubicie takie nietypowe rozwiązania kosmetyczne?

           

28 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box styczeń 2015 - zawartość pudełka

1/25/2015 Ania T.


   Na wstępie chciałabym Was przeprosić za te parę dni milczenia, niestety, jestem w trakcie sesji, do tego dochodzi pisanie pracy magisterskiej, więc mam sporo roboty. Mam nadzieję, że szybko się ze wszystkim uporam i będę miała więcej czasu na pisanie. Skoro już wiecie co i jak, to zapraszam do zapoznania się z zawartością pierwszego w tym roku Shiny Boxa!
   Trochę się na to styczniowe pudełko naczekałam :D Dostałam je 4 dni później niż inni...ale nie mam na co narzekać, bo zawartość jest całkiem zadowalająca :) Przede wszystkim podoba mi się przepiękna szata graficzna boxa. Cieszy oko i mam nadzieję, że w tym roku Shiny częsciej będzie nas zaskakiwał takimi ładnymi pudełeczkami :) Nie wiem czy hasło "Winter in the city" do końca pasuje do produktów, które znalazłam w środku (spodziewałam się raczej jakiś kremów ochronnych na mrozy, ale może to i lepiej, że takowych nie dostałam w pudełku, bo niezbyt za nimi przepadam). Jesteście ciekawi jakimi kosmetykami uraczył Nas w styczniu Shiny Box?

1. Innowacyjne serum do twarzy BEAUTYFACE, wersja dotleniająca (produkt pełnowymiarowy)

   Trochę się przeraziłam widząc kolejny produkt do twarzy (jestem w trakcie używania kremu z boxa grudniowego), dodatkowo niedawno do moich zbiorów dołączyło serum na rozszerzone pory od innej firmy...ale to dotleniające również znajdzie swoje zastosowanie (wszak serum na pory nakładam tylko na wybrane partie twarzy). Cieszę się, że akurat trafiłam tą, a nie inną wersję (było ich 5), bo wydaje się najlepiej dopasowana do potrzeb mojej cery. Zobaczymy jak sobie poradzi!

2. Szampon pszeniczno-owsiany do włosów SYLVECO (produkt pełnowymiarowy)

   Jego obecność trochę mnie...rozczarowała. Nie dlatego, że to zły produkt, ale nowością dla mnie nie jest :D Miałam okazję go już testować i jak wiecie, nie mogłam używać go codziennie, ze względu na zbyt dużą dawkę protein (zainteresowanych odsyłam do jego recenzji). Lubiłam go, bo był delikatny, jednak nie była to wielka miłość. Trochę żałuję, że nie trafiłam na balsam myjący do włosów tej samej firmy, który występował w innym wariancie pudełka. Ale nie będę narzekać, najwyżej trafi w ręce mamy albo teściowej :)

3. Oczyszczający peeling do twarzy SYLVECO (produkt pełnowymiarowy)

   Wygładzającą wersję tego peelingu dostałam w zeszłym roku na Blogowe Mikołajki. Ten wariant wydaje się lepiej dopasowany do mojej cery (szczególnie, że zawiera olejek z drzewa herbacianego, który moja mieszana cera bardzo lubi). Może po przetestowaniu obu wersji zrobię dla Was recenzję porównawczą? Co Wy na to? :)

4. Perełki rozświetlajace skórę GLAZEL

   Uwielbiam takie drobiazgi :) Ostatnio mam małego fioła na punkcie róży i podobnych produktów tego typu, sporo ich kupiłam. Dlatego ucieszyłam się z obecności tych perełek w pudełku. Przetestowałam je jak na razie tylko na dłoni, dają delikatny, subtelny blask. Myślę, że będą się fajnie komponowały z kosmetykami do policzków, które już mam w swojej kolekcji.

5. Balsam odnawiający do ust z 24-karatowym złotem VEDARA

   Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to przyjemny skład produktu: olej kokosowy, olejek migdałowy, masło shea...no i to złoto również gdzieś tam w tym INCI bryluje (co oznacza, że drobinki w balsamie to nie są jakieś brokatowe podróby :D). Bardzo przyjemnie pachnie winogronami (przypomina mi trochę zapach świecy Vineyard od Yankee Candle, o której marzę), na ustach pozostawia błyszczącą warstwę, która (całe szczęście) nie jest taka klejąca jak w przypadku błyszczyków. Zapowiada się ciekawie :)

   Czy warto kupić to pudełko?
   Moim zdaniem ten box jest udany. Pewnie gdybym nie miała okazji wcześniej wypróbować peelingu Sylveco, oraz ich szamponu, ucieszyłby mnie zdecydowanie bardziej. Ale i tak nie narzekam, bo cenię sobie wyżej wymienioną firmę i cieszę się, że Shiny stawia na produkty polskie z dobrym, naturalnym składem. Jestem zadowolona, że będę miała okazję przetestować nieznane dotąd mi marki (Glazel, Vedara), no i że serum okazało się dopasowane do potrzeb mojej cery. Nie jest źle!

A co Wy myślicie o styczniowym boxie?
Dobrze zaczęli 2015 rok?



           

33 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

"Za drogi kosmetyk", to znaczy jaki?

1/18/2015 Ania T.


  Dziś  zamiast recenzji, chciałabym się podzielić z Wami moimi przemyślaniami na temat cen kosmetyków. Wiele razy zdarzało się, że umieszczałam na blogu recenzję jakiegoś produktu, który działał fantastycznie, miał dobry skład, ale przy tym "kosztował swoje" (jak to się potocznie mówi). I w komentarzach zawsze pojawiały się uwagi, że "nigdy go nie kupię, bo jest za drogi", "co z tego, że fajnie działa, jeśli tyle kosztuje"...z jednej strony rozumiem, takie osoby, ale z drugiej takie uwagi czasami bywają bezpodstawne.

Źródło   

   W naszym kraju pensje nie są jakieś szczególnie wysokie, dlatego też zdaję sobie sprawę z tego iż dla kogoś wydatek 30 zł na szampon, czy 100 zł na krem to dużo. Jednak ceny kosmetyków, w wielu przypadkach, nie biorą się z kosmosu i są uzasadnione.

   Zacznijmy od składu. Dlaczego większość kremów drogeryjnych jest taka tania? Bo zawiera w sobie składniki, które są zazwyczaj niskiej jakości (nikt Wam nie wsadzi do kremu za 13 zł prawdziwego, czystego oleju arganowego czy naturalnego olejku eterycznego z płatków róży damasceńskiej). Zazwyczaj w takich kremach znajdują się bardzo tanie substancje, które można kupować hurtowo w niskich cenach. Na szczycie INCI króluje parafina, która niezbyt dobrze służy cerze tłustej i mieszanej, ponieważ jest komedogenna, a często jest dodawana do produktów, przeznaczonych właśnie do takiej cery.
    Innym przykładem mogą być różnego rodzaju oleje. Producenci chwalą się tym, że w składzie danego kosmetyku są "drogocenne oleje", a tymczasem okazuje się, że tak naprawdę zawierają one najtańszy olej rycynowy czy olej sojowy...i gdzie ten luksus? Ponieważ oleje stały się ostatnio bardzo popularne (a już szczególnie olej arganowy), koncerny wykorzystują to jak tylko mogą. Wymyślono już odżywki, szampony, kremy, balsamy, róże do policzków a nawet lakiery do paznokci z olejkiem arganowym! A jaka jest prawda? W produktach, które zazwyczaj możemy kupić za tzw. "grosze", ten olej znajduje się gdzieś na samym końcu składu (więc nie ma opcji, żeby miał właściwości pielęgnacyjne, skoro jego ilości w produkcie są niemal śladowe).
   Inną kwestią jest to, czy mamy do czynienia z OLEJEM, czy OLEJKIEM, bo to są dwie różne rzeczy. OLEJ to czysta substancja, bez żadnych dodatków (czyli 100% oleju w oleju), z kolei olejki to zazwyczaj mieszanki olejów (czystych) z olejkami eterycznymi. Przykładowo, słynna SESA do włosów to olejek, a nie olej, ponieważ zawiera zarówno oleje roślinne, jak również olejki eteryczne. Więc jeśli producent pisze, że w składzie znajduje się OLEJEK ARGANOWY (zamiast olej), to możemy mieć pewność, że nie jest to stuprocentowy olej z owoców Argania spinosa (jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej na temat różnic pomiędzy olejami a olejkami, zapraszam Was do przeczytania ciekawego wpisu TUTAJ).
   Kolejną kwestią jest "naturalność" składów. Ponieważ świadomość konsumentów ciągle wzrasta, producenci bezczelnie to wykorzystują, umieszczając na opakowaniach napisy "produkt naturalny", "100% natury". Klient, który nie zna się na INCI sięgnie po taki produkt, myśląc, że kupił kosmetyk naturalny z najwyższej półki. A tymczasem w składzie może i znajdują się jakieś wyciągi roślinne (zazwyczaj gdzieś w połowie, albo nawet na końcu, co znaczy, że nie ma ich zbyt wiele), ale oprócz nich jest także cały szereg parabenów czy konserwantów. Zapachy większości "tanich" kosmetyków (choć nie tylko, bo i w "droższych" czasem się to zdarza) nie są uzyskiwane z naturalnych olejków eterycznych, tylko z syntetycznych aromatów. Jeśli widzimy słowo Parfum/Fragrances (które mogą być alergenami) w INCI danego kosmetyku, to możemy być pewni, że zapach tego kosmetyku nie pochodzi z natury. Jeśli chcemy mieć pewność, że kosmetyk, który kupujemy, jest ekologiczny/organiczny (różnicę pomiedzy nimi opisałam TUTAJ), warto sięgnąć po takie, które posiadają certyfikat EcoCert. Jednak pamiętajmy, że są one droższe od tych, które tego certyfikatu nie posiadają. Niestety, nie wszystkie firmy decydują się na certyfikację swoich produktów, ale fakt, że dany kosmetyk nie ma znaczu EcoCert na opakowaniu, wcale nie musi oznaczać, że nie jest naturalny. W takich przypadkach musimy po prostu patrzeć na skład :)
   Kwestia składu jest już wyjaśniona, myślę, że jeśli dokładnie przeczytaliście cały ten wywód, to wiecie, że drogie kosmetyki, zazwyczaj mają w składzie substancje, których cena, czy sposób otrzymywania nie pozwalają na obniżenie ceny danego produktu (pamiętajmy o tym, że jeśli jest to prawdziwy kosmetyk organiczny, to minimum 10% jego składników MUSI pochodzić z upraw ekologicznych, a produkty z takich upraw są droższe od tych, pochodzących z upraw nieekologicznych. Poza tym nawet jeśli dany kosmetyk nie jest "naturalny", to zazwyczaj droższe odpowiedniki produktów drogeryjnych mają w sobie składniki wyższej jakości i większym stopniu oczyszczenia). Oczywiście nie wszystkie drogie kosmetyki mają fantastyczne składy, dlatego tak ważna jest chociaż podstawowa wiedza na temat substancji, które możemy znaleźć w produktach codziennego użytku, abyśmy nie dali się nabić w przysłowiową butelkę :)


   Kolejna kwestia to działanie. Ono oczywiście w dużej mierze uzależnione jest od składu danego kosmetyku, ale np. w przypadku kosmetyków kolorowych liczy się także odcień produktu, który powinien być idealnie dopasowany do cery. Ja przez bardzo długi czas miałam problem z dobraniem idealnego koloru, ale także konsystencji podkładu. Przetestowałam bardzo wiele różnych produktów tego typu, większość to były drogeryjne marki, takie jak Rimmel, Astor czy L'oreal. Skusiłam się także na podkład mineralny. Uwierzcie mi, że dobór odcienia to istna katorga. Zawsze sięgałam po te, które są najjaśniesze, a i tak zawsze coś mi w nich nie pasowało, A to za żółte, a to za różowe, a to za jasne, a to za ciemne...a drogerie nie oferują nam zbyt dużego wyboru kolorów (każdy podkład ma 3-4 odcienie i na tym koniec). Minerały wydawały mi się idealnym wyborem (chociaż szukanie koloru na podstawie internetowych swatchy również nie było zbyt łatwe), pokochałam je od pierwszego użycia...jednak im dłużej ich używam, tym moja skóra gorzej je toleruje (no bo jak mogę być zadowolona z podkładu, który po kilku godzinach wygląda na twarzy jak zsiadłe mleko, bo tak bardzo się warzy?). Rozwiązaniem dla mnie okazała się wizyta w M.A.C i kupno płynnego podkładu Pro Longwear, który stosuję już od 2 tygodni. Odcień został idealnie dopasowany przez konsultantkę, a podkład jest trwały i nie pozostawia efektu maski na twarzy. To tylko udowadnia moją tezę, że czasem lepiej wydać więcej pieniędzy na droższy kosmetyk, niż co tydzień chodzić do drogerii i kupować nowy podkład, bo poprzedni jest totalnym bublem. Owszem, kosmetyki marek "selektywnych" są drogie, ale przy tym wydajne (pudru z M.A.C używam codziennie już ponad pół roku i nadal jeszcze trochę mi go zostało, a pudry "drogeryjne" starczały mi zazwyczaj na 3-4 miesiące). Jednorazowy wydatek rzędu 100-200 zł (albo i więcej) za dany produkt to wielki ból dla portfela, ale musimy wziąc pod uwagę, że będziemy tego kosmetyku używać przez dłuższy czas, a nie kupować go co tydzień.
   Podobne spostrzeżenia mam jeśli chodzi o szminki. Tutaj akurat nie jestem jakoś specjalnie wybredna, bo sięgam zarówno po tanie marki (takie jak np Wibo czy Lovely), ale i po te droższe (jak M.A.C czy Chanel). I pomimo tego, że do pigmentacji, pokrycia ust czy intensywności koloru zazwyczaj nie mam żadnych zarzutów, to trwałość drogich szminek jest nieporównywalnie lepsza.       Pielęgnacja to wogóle temat rzeka, miałam okazję testować produkty do ciała z naprawdę różnych półek cenowych i uważam, że w niektórych przypadkach ceny pewnych produktów są mocno przesadzone, ponieważ można znaleźć ich tańsze i równie dobrze działające odpowiedniki (idealnym przykładem jest peeling do ust P&R, którego tańsze odpowiedniki, o równie dobrym składzie możemy znaleźć chociażby u dziewczyn z Craft'n'Beauty), jednak uważam, że duża ilość kosmetyków "drogich" jest w 100% warta swojej ceny. Jeśli dany produkt kosztuje fortunę, ale przy tym działa o niebo lepiej niż cała armia kosmetyków tanich i ma milion razy lepszy skład, to uważam, że warto w niego zainwestować, a cena nie jest przeszkodą. W końcu chcemy aby nasza skóra wyglądała pięknie i była jak najdłużej młoda, dlaczego więc mamy ją katować kosmetykami pełnymi chemii, które robią więcej szkody niż pożytku?

   Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych osób 100 zł za jeden kosmetyk to cena nieosiągalna, dlatego dla nich produkt z taką metką będzie skrytykowany nawet jeśli ten ktoś nigdy nie miał okazji go przetestować. Ja również nie jestem milionerką, tylko studentką, która nie zarabia kokosów. Ale uwierzcie mi, że czasami wolę zainwestować więcej kasy i mieć pewność, że produkt, który kupuję jest dobrej jakości, niż co tydzień latać po drogeriach i szukać kolejnego kremu/balsamu/peelingu/podkładu, bo poprzedni się nie sprawdził. Jeśli znajdziemy swój "ideał" w każdej dziedzinie pielęgnacji ciała (choć wiem, że to trudne), to nawet jeśli będzie on kosztował więcej pieniędzy, to na dłuższą metę jest to oszczędne. Czemu? Pomyślcie sobie o tym w taki sposób: macie ukochany szampon, który kosztuje 40 zł. Jest fantastyczny pod każdym względem, a Wasze włosy wyglądają po nim jak milion dolarów. Nie musicie kupować żadnego innego, bo ten Wam w zupełności wystarczy. I tym samym unikacie ciągłego latania po drogeriach- bo szampon za 5, 10 czy 15 zł to nie jest duży wydatek, jeśli kupujecie tylko 1 sztukę. Ale jeśli w ciągu miesiąca kupicie 5 czy 6 różnych szamponów w tej cenie, bo poprzedni się nie sprawdzi i szukacie dla niego zamiennika, to w efekcie wyjdzie Wam wyższa cena niż te 40 zł, za ulubieńca :)
    Pomyślcie zanim nastęnym razem zostawicie pod jakimś postem komentarz w stylu "fajny kosmetyk, ale za drogi". Dla mnie ceny niektórych kosmetyków też zazwyczaj są wysokie, ale jeśli są warte, aby za nie tyle zapłacić, to będę ich bronić jak lwica :) A narzekanie na cenę i zapieranie się, że dany produkt nigdy nie trafi w Wasze ręce "bo drogi" to tylko zamykanie się na kosmetyk, który mógłby okazać się Waszym hitem wszechczasów :)


           

PS: Absolutnie NIE mam nic przeciwko osobom, które lubią kupować kosmetyki w drogeriach i nie chcą przepłacać. Doskonale je rozumiem, szczególnie, że sytuacja finansowa wielu osób jest jaka jest. Ale pamiętajcie, że kosmetyki to nie tylko tanie kremy, które możecie kupić w każdym Rossmanie. Jest całe mnóstwo marek, które choć droższe, zasługują na uwagę, dlatego uważam, że nie można z góry skreślać danego produktu, tylko dlatego, że akurat w danej chwili Cię na niego nie stać. Kto wie? Może za rok zostaniesz milionerem i będziesz mógł kupić całą tonę takich kosmetyków? :) 

89 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Yankee Candle: Wiosenna kolekcja Q1 2015: Aloe Water, Shea Butter i Cassis

1/15/2015 Ania T.


   W zeszłym roku kolekcja wiosenna Q1 była przede wszystkim kwiatowa (recenzje poszczególnych zapachów znajdziecie TUTAJ). W tym roku Yankee postawiło na zupełnie inne aromaty. W kolekcji Pure Essence znalazły się 3 zapachy: Aloe Water, Shea Butter oraz Cassis. Który z nich najbardziej mi się spodobał?

ALOE WATER

   Co pisze o nim producent?
   "Aloe Water to krystaliczna, odświeżająca woda zmieszana z gęstym, kojącym aloesem."

   Co myślę ja?
   Wąchany na sucho, był moim absolutnym faworytem tej kolekcji. Świeży, rześki, trochę ogórkowy, trochę melonowy, gdzieś przebijała się także nutka arbuza: taka mieszanka wybuchowa, która zupełnie mi się nie kojarzyła z aloesem. Był pierwszym woskiem, który zapaliłam, jednak po rozpaleniu...jego czar się ulotnił. Zapach bardzo mnie dusił, był zbyt intensywny, w niczym nie przypominał tego lekkiego, orzeźwiającego aromatu, który czułam w folii. Nuty zapachowe się nie zmieniły, ale stały się jakieś 100x mocniejsze od tych, które można wyczuć na sucho. Już nie raz się przekonałam, że woski czasem przekłamują zapachy- w tartach są one intensywne i nie do zniesienia, natomiast w świecy są delikatniejsze i subtelniejsze. Być może Aloe Water również zyskuje jak zapali się go w szkle, a nie roztopi w kominku, ale nie wiem czy się na niego skuszę...


SHEA BUTTER

   Co pisze o nim producent?
   "Shea Butter, gładki, kremowy zapach przełamany nutą kwiatowo- owocową ."

   Co myślę ja?
   Ten zapach jest ładny. Naprawdę ładny. Tak samo mocny "na sucho", jak i po zapaleniu. Jest słodki, otulający, kremowy, kojarzy się z jakimś luksusowym balsamem do ciała. Nie wyczuwam natomiast wspomnianych nut kwiatowo-owocowych. Nie polecam osobom, które nie przepadają za tzw. "killerami", po dłuższym paleniu może od niego rozboleć głowa ;) Niemniej uważam go za udaną propozycję, która będzie idealna na chłodne wieczory. 

CASSIS

   Co pisze o nim producent?
   "Pełen życia i pobudzający zmysły Cassis : soczysty aromat czarnej porzeczki z odrobiną cierpkości."

   Co myślę ja?
   Owocowe (i kwiatowe) zapachy to moi ulubieńcy jeśli chodzi o świece i woski. Nie inaczej było tym razem, Cassis, pomimo, że palony jako ostatni, okazał się jak dla mnie czarnym koniem kolekcji Pure Essence. Jest mocno owocowy, intensywny i potrafi poprawić humor po ciężkim dniu. Byłam nim zachwycona...dopóki nie okazało się, że jest tak podobny do innego zapachu YC, a mianowicie Pink Hibiscus, że gdyby nie lekko cierpka nuta w Cassis, oba te aromaty byłyby niemal nie do odróżnienia. Oba te zapachy bardzo lubię, Cassis miałam nawet kupić w postaci dużej świecy...ale ponieważ mam w swojej kolekcji Pink Hibiscus (również w dużym szkle), to chyba sobie odpuszczę ;) 

   Gdzie kupić?
   Cała kolekcja jest dostępna w Homedelight.


Znacie już woski z Q1 2015?
Który zapach jest Waszym faworytem?


           

49 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box grudzień 2014 - krótkie recenzje produktów

1/12/2015 Ania T.


   Zawartość grudniowego Boxa pokazywałam Wam w TYM poście. Dzisiaj chciałabym Wam krótko opisać produkty, które w nim znalazłam (w poście pomijam recenzje pasty do zębów a także kosmetyków dodatkowych, czyli kremu do rąk P&R oraz olejku do masażu Love Me Green). To pudełeczko miało bardzo świąteczny design, który kolorystyką nawiązywało do Bożego Narodzenia. Dystrybutor zapewniał, że będzie to idealny prezent pod choinkę. Czy to prawda?

1. Krem do twarzy poprawiajacy strukturę skóry POSE

   Opakowanie ze złotymi akcentami miało wyglądać na luksusowe i godne kremu wartego 100 zł. Dla mnie jednak wygląda trochę tandetnie...do tego pompka (dzięki której aplikacja jest bardzo higieniczna) początkowo sprawiała kłopoty i musiałam się nieźle namachać, żeby cokolwiek wycisnąć z buteleczki.
   Jednak wygląd to nie wszystko :) Dla mnie najważniejsze są inne cechy. Skład jest fantastyczny, nie zawiera parafiny, a 99% składników jest pochodzenia naturalnego. Mamy tutaj całą gamę wyciągów z roślin, a już na pierwszym miejscu w INCI znajdziemy sok z aloesu.
   Zapach jest delikatny (przypomina mi trochę kisiel :D), natomiast konsystencja jest leciutka, dzięki czemu kosmetyk błyskawicznie się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy.
   Moja skóra dobrze go toleruje, nie zauważyłam zapychania czy podrażnień. Oprócz tego świetnie nawilża skórę i idealnie nadaje się pod makijaż. Jak dla mnie to najlepszy produkt w tym pudełku i uważam, że jest w pełni warty swojej ceny (ok. 100 zł)

   Czy polecam ten produkt?
TAK!

2. Płyn micelarny do demakijażu LIERAC

   Z micelem tej firmy miałam do czynienia po raz pierwszy. Buteleczka jest malutka, idealna do transportu. Takie miniaturki dostępne są w sklepach, ale jeśli ktoś ma ochotę na więcej, to wersja 200 ml także jest do kupienia. W buteleczce przeszkadza mi jedynie za duży otwór, ponieważ przez to zawsze wylewam na wacik zbyt wiele produktu :(
   Zapach jest niesamowity! Nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim aromatem w płynach micelarnych. Nuty aromatyczne to białe piżmo oraz kwiaty piwonii. Niewątpliwie umila to stosowanie produktu.
   Jego działanie jest zadowalające- zmywa makijaż, radzi sobie nawet z żelowym eyelinerem, nie podrażniając przy tym skóry ani oczu. Nie wysusza skóry i nie pozostawia na niej nieprzyjemnej warstwy.
   Niestety, jego cena jest dość wysoka (około 20-30 zł za 50 ml, 65 zł za 200 ml). Produkt nie jest zbyt wydajny, poza tym działa podobnie do innych kosmetyków tego typu, które przy większej pojemności są o wiele tańsze.

   Czy polecam ten produkt?
Tak, ale uważam, że mógłby być tańszy.

3. Cynamonowe mydło glicerynowe ORGANIQUE

   Przyznam się bez bicia, że tego produktu ani razu nie użyłam, Jedyne co mogę o nim powiedzieć to to, że uroczo wygląda (idealnie nada się np jako dodatek do prezentu) i pięknie pachnie. Mydełka tej firmy mają tak intensywny zapach, że trzymam je w szafie, żeby moje ubrania nim przesiąknęły.

   Czy polecam ten produkt?
Ciężko powiedzieć.

4. Zestaw cieni sypkich + brokat APC

   Niestety, Shiny Box znów wcisnął te niewygodne piramidki :( Całe szczęście tym razem obyło się bez problemów z otwieraniem. Aczkolwiek nie polubiłam się z tą formą opakowania.
   Cienie są mocno napigmentowane i mają bardzo intensywne kolory, zawierają w sobie mnóstwo roziskrzonych drobinek. Idealnie nadają się do karnawałowych makijaży :) Podobnie jak cienie z listopadowego pudełka są trwałe i ładnie wyglądają na oku.
   Cena jest dość wysoka, ok. 42 zł za 3 produkty. Ja bym tyle za nie nie zapłaciła, ale to tylko dlatego, że nie używam tego typu kosmetyków. Piramidka trafi w ręce mojej mamy :)

   Czy polecam ten produkt?
Nie wiem (bo forma piramidki w ogóle mnie nie przekonuje, a cena jest dość spora, ale z drugiej strony cienie mają dobrą jakość).


5. Balsam do ciała VASELINE

   Opakowanie jest typowe dla balsamów do ciała, przez otwór w nakrętce wylatuje odpowiednia ilość produktu.
   Kosmetyk pachnie słodko, ale delikatnie i ma lekką konsystencję, po aplikacji wchłania się  szybko i nie pozostawia nieprzyjemnej warstewki na skórze. Skład niestety nie jest specjalnie zachwycający, ale nie ma co wymagać od produktu drogeryjnego.
   Nawilża bardzo dobrze, szybko przynosząc ulgę suchej skórze, jednocześnie ją wygładzając. Nawilżenie utrzymuje się przez około 2-3 dni, dzięki czemu codzienne stosowanie kosmetyku nie jest konieczne (produkt idealny dla leniuszków!).
  Kosztuje około 15 zł, uważam, że nie jest to wygórowana cena, bo balsam (jak na kosmetyk drogeryjny) spisuje się nieźle!

   Czy polecam ten produkt?
Tak.

6. Wazelina kosmetyczna VASELINE

   Mini-słoiczek nadaje się do noszenia w torebce. Jest to produkt, który jest tak uniwersalny, że ma wiele zastosowań, dlatego warto mieć go zawsze przy sobie.
  Wazelina  jest pozbawiona zapachu, a konsystencja produktu jest gęsta, przypomina trochę  galaretkę. Bezproblemowo rozprowadza się po ciele, pokrywając je ochronną warstewką.
   Nadaje się do stosowania na mocno przesuszoną skórę. Ja najbardziej lubię ją aplikować na suche łokcie oraz usta. Jest idealna na zimę, ponieważ chroni skórę przed mrozem. Jest przy tym bardzo delikatna dla skóry i nie powoduje podrażnień. Nie stosowałam jej na twarzy, ponieważ obawiałam się zpychania.
   Za 6,50 zł otrzymujemy słoiczek bardzo uniwersalnego produktu. Nie jest to niebotyczna kwota, dlatego warto się w ten kosmetyk wyposażyć :)



   Czy polecam ten produkt?
Tak!


A jak Wam się podobają produkty z tego Boxa?
Używaliście któregoś z nich?




           

52 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Kuracja do włosów Seboradin Fitocell + Balsam Przeciw Wypadaniu Włosów Seboradin

1/09/2015 Ania T.


   Jakiś czas temu moje włosy znów zaczęły wypadać, przez co musiałam zwrócić większą uwagę na ich odpowiednią pielęgnację. Do diety włączyłam odpowiednie suplementy, wróciłam do regularnego olejowania, a także postanowiłam rozpocząć kurację Seboradin z komórkami macierzytymi jabłoni, która miała pomóc mi się uporać z tym problemem. W skład kuracji Fitocell wchodzą 3 produkty: szampon, maska oraz ampułki z serum, które należy wcierać w skórę głowy. Dodałam do tego balsam Przeciw Wypadaniu Włosów tej samej firmy. Jak się u mnie sprawdziły te produkty?

   Jak u mnie wyglądał tygodniowy plan pielęgnacji z użyciem tych kosmetyków?
1. Szampon stosowałam tylko raz w tygodniu (zawiera SLS), zazwyczaj do zmywania olejów (niestety, nie mogę ich zmywać szamponami bez SLS, bo wtedy moje włosy przypominają jedno wielkie pobojowisko)
2. Odżywkę (balsam) nakładałam codziennie, na połowę długości włosów, po każdym myciu (niezależnie od tego jakiego szamponu używałam)
3. Maskę stosowałam raz w tygodniu, również na połowę długości, czasem w połączeniu z olejami, czasem solo. Nakładałam ją na wilgotne włosy, przed myciem głowy. Służyła jako pierwsze O w metodzie OMO.
4. Serum wcierałam w skórę głowy codziennie, około 2-3 godziny przed myciem.

   Skoro już wiecie z jaką częstotliwością stosowałam te produky, możemy przejść do recenzji.

   Na pierwszy ogień idzie SZAMPON.
OPAKOWANIE

   Wygodna buteleczka, z otwarciem "na klik". Nie sprawia żadnych problemów z aplikacją.


SKŁAD
   Składy WSZYSTKICH tych produktów (szamponu, maski i serum) znajdziecie na blogu Anwen :)
Powiem tylko tyle, nie jest to łagodny szampon do codziennego stosowania, ponieważ zawiera detergenty takie jak np. SLS. Oprócz nich oczywiście w składzie obecne są także liczne ekstrakty (w tym także obiecany ekstrakt z komórek macierzysystych jabłoni).

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Jego zapach bardzo mi się spodobał. Jest dość intensywny, słodki i otulający. Prawie jak perfumy. Szkoda, że nie utrzymuje się zbyt długo na włosach. 
   Konsystencją przypomina szampon tej samej firmy, który opisywałam Wam TUTAJ. Jest rzadki, ale nie wodnisty, przez co nie spływa z włosów. 

DZIAŁANIE
   Szampony z mocniejszymi substancjami myjącymi stosuję tylko raz w tygodniu, tak też było i w tym przypadku. 
   Świetnie się pieni, dzięki czemu mogę w szybki sposób pokryć nim całe włosy. Wystarczy niewielka ilość, żeby umyć głowę. Dobrze zmywa oleje. 
   Pomimo zawartości SLS nie podrażnił skalpu, czego trochę się obawiałam. Nie zauważyłam także żeby obciążał włosy, wręcz przeciwnie- były puszyste, miękkie i uniesione u nasady. Po umyciu kosmyki zachowywały świeżość aż do końca następnego dnia (co przy moich mocno przetłuszczających się kłaczkach jest dobrym wynikiem). 
   Sam w sobie oczywiście nie wykazuje spektakularnych właściwości pielęgnacyjnych, jednak stanowi dobre uzupełnienie całej kuracji. 

   Kolejnym produktem jest BALSAM. Co prawda pochodzi on z innej linii, jednak uznałam, że będzie doskonałym dodatkiem do zestawu Fitocell.

OPAKOWANIE

   Buteleczka i otwarcie identyczne jak w przypadku szamponu. 

SKŁAD
   Aqua, Cetearyl Alcohol, Propylene Glycol, Glycerin, Cetrimonium Chloride, Behentrimonium Chloride, Isopropyl Alcohol, Argania Spinosa Kerner Oil, Propanediol, Cynara Scolymus Leaf Extract, Serenoa Serrulata Fruit Extract, Sodium Benzoate, Gluconolactone, Calcium Gluconate, Potassium Sorbate, Rosmarinus Officinalis Leaf Extract, Parfum, Chamomilla, Recutita Flower Extract, Arnica Montana Flower Extract, Lamium Album Extract, Salvia Officinalis Leaf Extract, Pinus Sylvestris Bud Extract, Nasturtium Officinale Extract, Arctium Majus Root Extract, Citrus Limon Peel Extract, Hedera Helix Extract, Calendula Officinalis Flower Extract, Tropaeolum Majus Flower Extract, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, 2-Bromo-2-Nitropropane-1.3-Diol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Citric Acid, Hexyl Cinnamal, Linalool, Limonene, Geraniol.  

   Przyznaję bez bicia, że ekspertem od składów nie jestem. Ale porównują go z innymi odżywkami, które możemy dostać w drogeriach, uważam, że jest całkiem niezły. Całkiem wysoko jest tuatj cenny olej arganowy, a także liczne ekstrakty z roślin. Niestety, przeciwnicy parabenów nie będą zadowolwni, bo mamy tutaj ich cały wachlarz :(

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Tutaj ponownie muszę Was odesłać do TEJ recnezji. Zapach jest niemal identyczny jak w przypadku Balsamu do Włosów Ciemnych, czyli orzeźwiajacy, z nutą zielonej herbaty.
   Konsystencja również jest rzadka, dzięki czemu balsam fantastycznie rozprowadza się po włosach. Niestety, przez to jest też trochę niewydajny, bo aby pokryć połowę długości (nigdy nie nakładam go na skalp), potrzebuję sporej ilości produktu. 

DZIAŁANIE
   Ze względu na jego lekką konsystencję, nie miałam żadnych obaw przed jego codziennym stosowaniem. Nie obciążał włosów i łatwo się spłukiwał, nawet nałożony w dużej ilości.
   Kosmyki po umyciu były gładkie, nie puszyły się, ani nie elektryzowały. Były miękkie w dotyku, błyszczące i odżywione.
   Po zastosowaniu balsamu nie miałam problemów z rozczesywaniem. Nie powodował także podrażnień (chociaż nie nakładałam go bezpośredno na skórę).

   Kolejnym elementem zestawu jest MASKA.

OPAKOWANIE


   Miękka tubka, stawiana na zakrętce nie sprawia żadnych problemów z aplikacją.

SKŁAD
   Po skład ponownie odsyłam Was do Anwen. Dodam tylko, że guru włosomaniaczek była z INCI zadowolona, a to chyba najlepsza rekomendacja :) W przeciwieństwie do szamponu, ekstrakt z komórek macierzystych znajduje się bardzo wysoko (na 3 miejscu!), a oprócz niego znajdziemy tutaj także inne cenne składniki. 

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Zapach jest podobny do szamponu, chociaż nieco mniej intensywny. Również nie utrzymuje się na moich włosach zbyt długo.
   Myślałam, że konsystencja będzie nieco gęstsza, a tymczasem przypomina trochę balsam, który opisywałam powyżej. Jednak w przypadku maski nie muszę używać aż takiej ilości produktu, aby pokryć całe włosy i tym samym jest ona wydajniejsza od balsamu. 

DZIAŁANIE
   Zazwyczaj stosowałam ją w połączeniu z olejami. W tej roli spisywała się idealnie, ponieważ dzięki niej olej nie tylko lepiej rozprowadzał się po włosach, ale także intensywniej je odżywiał (w porównaniu do oleju stosowanego bez "wspomagaczy"). Jednak solo także sprawdzała się nieźle. Przede wszystkim nie obciążała, co jest dla mnie bardzo istotne. 
   Dobrze wygładza i odżywia, a także przeciwdziała elektryzowaniu włosów. Łatwo się po niej rozczesują. Podobnie jak w przypadku balsamu, ładnie je nabłyszcza i odżywia. 

   Ostatnim elementem układanki jest SERUM.

OPAKOWANIE

   W kartoniku znajduje się 15 tubek, z "dzióbkiem", który ułatwia dozowanie kosmetyku.


SKŁAD
   Patrzcie TUTAJ. Ekstrakt z komórek macierzystych znów znajduje się wysoko, ale oprócz niego jest także alkohol (i to nie ten "dobry").

ZAPACH/KONSYSTENCJA
   Zapach odrobinę przypomina ten, który możemy wyczuć w masce czy szamponie, jest jednak bardzo delikatny, więc produkt jest prawie bezzapachowy.
   Ma konsystencję niezbyt gęstego żelu. Producent zaleca wtarcie w skórę głowy zawartości całej, 1 ampułki. U mnie jednak na cały skalp spokojnie wystarczyła połowa tubki, przez co produkt był bardziej wydajny. 

DZIAŁANIE
   Ze wszystkich 4 produktów, z tym polubiłam się najmniej. Nigdy nie byłam przyzywczajona do używania tego typu wynalazków, więc zmuszenie się do systematycznego stosowania wcale nie było proste. Jednak wcierałam je dzielnie, licząc na spektakularne efekty. Czy się takich doczekałam?
   Pierwsze spotkanie nie było zbyt miłe, bowiem po nałożeniu serum, nasada włosów wyglądała jakbym ją wysmarowała smalcem. Obciążona, posklejana...jakby włosy nie były myte od co najmniej tygodnia. Całe szczęście, po myciu ten efekt natychmiast znikał, a kosmyki były uniesione u nasady i nie wyglądały jak kilogram tłuszczu :)
   Producent zaleca trzymanie tego cuda na głowie co najmniej przez kilka godzin, u mnie natomist spokojnie starczyły 2-3 godziny (z turbanem). Nawet po takim czasie efekty były zadowalające. Włosy u nasady stały się mocniejsze, ale także grubsze. Nie wypadały też tak intensywnie jak wcześniej. Pomimo zawartości alkoholu nie zauważyłam aby serum podrażniało skalp. 


PODSUMOWUJĄC:
   Kurację Fitocell (dodatkowo uzupełnioną balsamem z innej serii) uważam za udany zestaw. Wszystkie elementy świetnie się nawzajem uzupełniają. Rzeczywiście wpłynęły na kondycję włosów, wzmacniając je, odżywiając i wspomagając walkę z ich wypadaniem. Wiem, że suplementy oraz olejowanie również miały swój udział w pielęgnacji, jednak po odstawieniu kuracji zauważyłam, że kosmyki są w gorszej kondycji (pomimo dalszego stosowania witamin oraz olejów). Nie wiem czy poradziłaby sobie z bardzo intensywnym wypadaniem, szczególnie, że np. w przypadku serum zalecana jest co najmniej 3 miesięczna kuracja (a koszt 15 tubek jest wysoki). U mnie efekty były zadowalajace, może dlatego, że moje włosy nie są w tragicznym stanie, a jedynym ich problemem było osłabienie (które prawdopodobnie było spowodowane zmianą pory roku).

TESTOWANE NA ZWIERZĘTACH
Żaden z tych produktów nie był testowany na zwierzętach.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ
   Niestety, pełna kuracja jest sporym wydatkiem: szampon oraz maska to koszt 39,99 zł (za każdy z nich, jest to cena promocyjna), natomiast opakowanie 15 ampułek to około 95 zł. Gdyby kuracja rzeczywiście miała trwać równe 3 miesiące, byłby to wydatek...około 450-500 zł (zakładając, że kupimy 2 opakowania maski, szamponu oraz 3 opakowania amupłek). Do tego dochodzi jeszcze koszt balsamu, który całe szczęście jest tańszy (19,90 zł). Z jednej strony to duża kwota, ale kuracja jest skuteczna, więc uważam, że nie są to pieniądze wyrzucone w błoto.
   Produkty możecie kupić TUTAJ lub w dobrych aptekach i niektórych drogeriach (w Hebe seria Fitocell jest niedostępna, jednak kupicie tam serię Przeciw Wypadaniu Włosów). 

Mieliście już styczność z tą kuracją? 
   

           

22 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Podziękowania i KONKURS :)

1/07/2015 Ania T.


   W tym roku już po raz 2 znalałam się w rankingu najpopularniejszych polskich blogów kosmetycznych u Marty z bloga Lusterko.net. Chciałabym bardzo serdecznie podziękować Wam, czyli moim czytelnikom, bo bez Was na pewno by się to nie udało! Co prawda nadal jestem w brązowej 50, ale nie ma na co narzekać, bo to i tak ogromne wyróżnienie! Marta, podziwiam ogrom pracy, który wkładasz w ten ranking i dziękuję za ponowne wyróżnienie mojego bloga :)





  Z tej okazji mam dla Was mały konkurs, żeby podziękować za ten kolejny, owocny rok razem :)

NAGRODY:

   Do wygrania jest zestaw miniaturek firmy Clarena: 1 x krem kawiorowy z perłą (15 ml), 1 x krem z kwasem hialuronowym (15 ml) oraz 1 x tonik z kwasem hialuronowym (30 ml). Zestawy są aż 3, więc wygrywają 3 osoby! Miniaturki spokojnie starczą na kilka użyć (sama je miałam, więc wiem) i pozwolą przekonać się, czy dany kosmetyk pasuje Twojej skórze czy nie ;) Zbliżają się ferie, więc takie mini-produkty będą idealne na podróż :) 

ZASADY:

Warunki obowiązkowe:
  1. W komentarzach podać swój adres e-mail
  2. Odpowiedzieć na pytanie: Po raz który mój blog znalazł się w rankingu Lusterka.net? (odpowiedź na to pytanie znajdziecie w tekście notki)

   I tyle! :) Nie wymagam niczego więcej, ale oczywiście jeśli macie ochotę, to możecie spełnić dodatkowe warunki, za które są bonusowe punkty: 

1. Zaobserwować bloga nuneczka.pl i podać nick, pod jakim obserwujesz bloga (zachęcam do tego. ponieważ wyniki konkursu zostaną podane w TEJ notce po jego zakończeniu i jeśli zwycięzca nie zgłosi się do mnie w wyznaczonym terminie, to nagroda przepadnie) +1 los
2. Polubić mój fanpage +1 los
3. Być moim followersem na Instagramie +2 losy
4. W dowolny sposób poinformować o konkursie (udostępnić wpis na fb, umieścić banner na blogu, napisać notkę informującą o rozdaniu) +2 losy za każdą aktywność (czyli jeśli udostępnisz wpis na fb, umieścisz banner i napiszesz notkę, to masz łącznie +6 dodatkowych losów)

WZÓR ZGŁOSZENIA:
(zgłaszajcie się w komentarzach NA BLOGU)

1. E-mail:
2.Moja odpowiedź:
3.Obserwuję blog jako:  TAK(podać nick)/NIE [warunek dodatkowy]
4.Lubię fp jako: TAK (imię i pierwsze 3 litery nazwiska)/NIE [warunek dodatkowy]
5.Obserwuję na Instagramie jako: TAK(nick)/NIE [warunek dodatkowy]
6. Poinformowałam/em o konkursie: TAK (podać linki)/NIE

   Wśród wszystkich POPRAWNYCH zgłoszeń wylosuję 3 zwycięzców. Konkurs trwa od dziś (7.01) do 25.01.2015. Wyniki podam w ciągu tygodnia. Wyniki zostaną umieszczone w TEJ notce, zwycięzcy będą mieli 3 dni na zgłoszenie się, inaczej nagroda przepadnie :) 

BANNER DO POBRANIA:


REGULAMIN:

  1. Organizatorem konkursu jest blog nuneczka.pl, fundatorem nagród firma Clarena;
  2. Konkurs trwa od dnia 07.01.2015 do północy 25.01.2015. Wyniki postaram się ogłosić w ciągu 7 dni;
  3. Zwycięzcy zostaną ogłoszeni na blogu, jeśli w ciągu 3 dni nie zgłoszą się do mnie, pisząc maila na adres: ankatycinska@o2.pl, nagroda przepada i wybieram kolejnych szczęśliwców;
  4. W konkursie mogą wziąć udział tylko osoby, które poprawnie wypełnią zgłoszenie konkursowe (zgłoszą się w komentarzu wedłu wzoru zgłoszenia i poprawnie odpowiedzą na pytanie konkursowe);
  5. Wszyscy biorący udział muszą mieszkać na terenie Polski i być osobami pełnoletnimi;
  6. Zwycięzcy zostaną wybrani przeze mnie
  7. Nagrodą są 3 zestawy miniaturek firmy Clarena
  8. Biorąc udział w konkursie zgadzasz się na przetwarzanie danych osobowych (dotyczy wysyłki);
  9. Nagroda zostanie wysłana przeze mnie;
  10. Wszelkie reklamacje i pytania proszę kierować na adres ankatycinska@o2.pl
  11. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
UWAGA!
W KONKURSIE ZWYCIĘŻYŁY NASTĘPUJĄCE OSOBY:

Karolina Kołodziej
Kosmetyczna Obsesja
Monika D. 

Gratuluję :)
Czekam na Wasze adresy, proszę o zgłoszenie się w ciągu 3 dni. Piszcie na maila: ankatycinska@o2.pl. Nagrody wyślę jak dostanę adresy wszystkich zwycięzców :)


84 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Żegnaj 2014, witaj 2015...krótkie, blogowe podsumowanie zeszłego roku :)

1/03/2015 Ania T.


   Zanim przejdę do strasznie wyglądających liczb, chciałabym podziękować wszystkim moim czytelnikom za to, że spędzili ze mną ten kolejny rok :) Bez WAS ten blog nie miałby racji bytu!
Cieszy mnie każdy komentarz, z ogromną przyjemnością czytam także maile i prywatne wiadomości od Was. Pamiętajcie, ja nie gryzę! Możecie do mnie pisać w każdej, nawet najgłupszej sprawie, a ja zawsze Wam odpiszę :) Dziękuję także wszystkim tym, którzy aktywnie udzielają się na moim fanpage'u, a także chętnie biorą udział w konkursach, które organizuje.

   Rok 2014 był dla mojego bloga bardzo ważny. Nie chodzi tutaj o obserwatorów, czy statystyki, ale o ogół, na który składa się bardzo wiele czynników.

  •    Pierwszą i dla mnie chyba najistotniejszą rzeczą, było przejście na własną domenę. To bardzo ważne wydarzenie. Cieszę się, że NUNECZKA stała się moim własnym, osobistym miejscem w sieci. To tylko motywuje mnie do dalszej pracy, w końcu nuneczka.pl brzmi dumnie! :)
  • Oprócz Facebooka pojawiłam się także w innych mediach społecznościowych. Nakręciłam kilka filmików i wrzuciłam je na swój kanał na YouTube, a także założyłam konto na Instagramie. Nie żałuję żadnej z tych decyzji, bo dzięki nim odkryłam wiele interesujących profili i kanałów, które stały się dla mnie wspaniałą inspiracją.
  • Mój luby dorobił się lustrzanki, dlatego wreszcie mogłam robić zdjęcia w porządnej jakości. Wiem, że do ideału jeszcze wiele im brakuje, ale ciągle nad tym pracuje! Patrząc na moje pierwsze wpisy i porównując je do obecnych widzę OGROMNĄ różnicę (jednak cyfrówka i zerowe pojęcie o istnieniu takich wynalazków jak lampy fotograficzne czy ciekawe tła i gadżety na zdjęciach robią swoje...). W domu mam mini studio (aparat + lampy + parasol rozpraszający światło) a także kilka ciekawych drobiazgów, którymi staram się urozmaicać moje fotki. Zależy mi na tym, aby blog nie tylko dobrze się czytało, ale także oglądało.
  • Istotne były także zmiany szablonów. Blog zmieniał szaty aż 3 razy! Jego obecny wygląd bardzo mi się podoba, myślę, że jest przejrzysty i pozbawiony zbędnych elementów. 
  • Dorobiłam się także swojej pierwszej, profesjonalnej sesji (o której marzyłam od dawna), a to wszystko za sprawą Marciochy i Krzysia z Plums Photography. Ich przepiękne zdjęcia możecie podziwiać w blogowym nagłówku, a także na na moim fanpage'u oraz Instagramie. Bardzo Wam dziękuję za taką owocną współpracę i cieszę się, że mogłam Was poznać! ;) 
  • Rok 2014 był także rokiem pierwszych, blogowych sukcesów. Znalazłam się w brązowej 50 najpopularniejszych blogów kosmetycznych w Polsce (cały ranking tutaj), osiągnęłam także pierwszy 1000 obserwatorów na blogu, oraz 1000 fanów na fanpage! Nawet nie wiecie jak się cieszę, że moja praca i pasja wkładane w blogowanie zostają docenione! Dziękuję każdemu z osobna, kto doprowadził do tego, że teraz mogę cieszyć się takimi wynikami! 
  • Na bieżąco starałam się wzbogacać swoją kosmetyczną wiedzę, dlatego aktywnie uczestniczyłam w różnego rodzaju spotkaniach blogerek czy Targach Kosmetycznych. Największe wrażenie zrobiło na mnie spotkanie Secrets of Beauty, na którym miałam okazję nie tylko poznać ciekawych ludzi, ale także wysłuchać prelekcji przedstawicieli różnych firm, które pomogły mi poszerzyć urodowe horyzonty. Zaliczyłam także debiut organizatorski i sama zorganizowałam spotkanie blogerek, na którym zbieraliśmy fundusze dla Schroniska dla Zwierząt w Korabiewicach. 
    Jak widzicie cały czas staram się aby blog był coraz lepszy, a teksty, które na nim się pojawiają były wzbogacone przejrzystymi zdjęciami oraz sprawdzoną, rzetelną wiedzą. Mam nadzieję, że moje wysiłki nie pójdą na marne a zmiany, które na bieżąco wprowadzam przypadną Wam do gustu. Bo to miejsce ma być przyjazne dla każdego, kto kiedykolwiek tutaj zajrzy :) 

TO BYŁ DOBRY ROK!

   Teraz czas na trochę liczb:
  • W chwili pisania tego posta blog ma 1188 obserwatorów (zakładając bloga nawet nie marzyłam, że kiedykolwiek dobiję do 500, a co dopiero do 1188. To niesamowite!) oraz 231,680 wyświetleń. Ogólna liczba postów dobiła do 355, natomiast komentarzy jest ponad 17 tysięcy! 
  • Fanpage również nie pozostaje w tyle, mam 1154 lubisiów (oczywiście ze względu na "uciekinierów" ta liczba ciągle się zmienia :D), co cieszy mnie niezmiernie :)
  • W blogowych "mediach społecznościowych" mam 4 konta: na FacebookuBloglovinYoutube oraz Instagramie.

   Te posty cieszyły się w 2014 największą popularnością:

 
Udało mi się także odkryć bardzo wiele ciekawych kosmetyków, które na stałe zagościły w mojej kolekcji. Moje kosmetyczne HITY 2014 roku to:

   Uff! Dobrnęliśmy do końca! W związku z tym, że na Sylwestra wyjechałam, to nie miałam okazji Wam złożyć noworocznych życzeń!

   Życzę Wam, aby ten rok był o niebo lepszy od poprzedniego! Aby w 2015 spełniły się Wasze najskrytsze marzenia, a w życiu dominowały same szczęśliwe chwile! Dużo przyjaźni, radości i miłości, a także dokonywania samych dobrych wyborów. Trzymajcie się ciepło i nigdy się nie poddawajcie!


  

38 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!