Na luzie: Makijaż z piekła rodem!

11/11/2015 Ania T.

   Dzisiaj chciałabym się z Wami podzielić pewną historią, która przydarzyła mi się jakiś czas temu.  Potraktujcie ją jako przestrogę. Zostałam zaproszona na wesele dobrej znajomej. Kiedy już miałam kupioną sukienkę, dobrane do niej buty, torebkę i biżuterię, przyszedł czas na fryzurę i makijaż. Niestety, okazało się, że impreza odbywa się w innym mieście, do którego goście będą podwożeni autokarem, a zaraz po przyjeździe do hotelu, od razu dowożeni do kościoła. Dlatego też wiedziałam, że nie będę miała szansy na to, aby przygotować się na miejscu, więc postanowiłam oddać swoje włosy i make-up w ręce "profesjonalistów". W wyborze salonu pomagał mi mój chłopak. Fryzjerka już nie raz czesała jego mamę i siostrę na różne ważne uroczystości, a makijażystka została polecona przez jego znajomą. Byłam więc spokojna i bardzo się ucieszyłam, że nie będę musiała się szykować sama, szczególnie, że nie miałam na to zbyt wiele czasu. 
   Luby podwózł mnie do salonu: najpierw czekała mnie godzina na fotelu fryzjerskim, a potem miałam oddać się w ręce makijażystki. Z doborem fryzury miałam ogromny problem, ale muszę przyznać, że fryzjerka stanęła na wysokości zadania i byłam bardzo zadwolona z jej pracy. Nie spodziewałam się, że makijaż może okazać się wielkim problemem, szczególnie, że dokładnie wiedziałam jak chcę wyglądać tego dnia. Pokazałam makijażystce zdjęcie i powiedziałam, żeby zrobiła mi dokładnie taki sam make-up. Dodam, że nie było to nic skomplikowanego, żadne artystyczne smoky eyes, tylko najzwyklejszy na świecie makijaż z kreską i mocnymi ustami. Oto czego oczekiwałam:

  Jak widzicie jest to makijaż, który z łatwością może odtworzyć każda makijażystka, która choć trochę się na tym zna. Ale kobieta, zaraz po zobaczeniu tego zdjęcia wyglądała na...przerażoną. Kiedy z rozbrajającą szczerością powiedziała "no, to zobaczymy co da się zrobić", bać zaczęłam się ja.  Niestety, nie miałam już odwrotu, nie zdążyłabym wrócić do domu, żeby zrobić ten makijaż sama, więc postanowiłam dać jej szansę. Usiadłam sobie wygodnie na łóżku kosmetycznym i patrzyłam jak rozkłada swój sprzęt. 
   Kiedy zobaczyłam zawartość kufra...dziękowałam Bogu, że zabrałam swoje własne kosmetyki. Zapytacie się pewnie, po co wzięłam własną kosmetyczkę do makijażystki? No cóż, miałam pewne obawy, czy uda jej się znaleźć podkład i puder dobrze dobrane do mojej karnacji, a w tamtym czasie miałam swoje dwa ideały, więc uznałam, że lepiej będzie je zabrać ze sobą. Oprócz tego obowiązkowo zabrałam szminkę, którą chciałam mieć na ustach, a także parę innych przydatnych gadżetów. To była chyba najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Kiedy zobaczyłam co makijażystka stawia na stole, to zdębiałam. Wśród kosmetyków były najtańsze podkłady z Essence czy Wibo, do tego jakieś pudry niezidentyfikowanej marki, stępione, czarne kredki i linery z najniższej półki cenowej. Nie zrozumcie mnie źle, absolutnie nie mam nic do tanich marek, sama znalazłam wśród nich wiele perełek, ale jednak od "profesjonalnej" makijażystki oczekuję czegoś więcej niż kosmetyków, które kupię za parę złotych w każdej drogerii. 
   Kolejny szok przeżyłam jednak dopiero chwilę później. Powiedziałam makijażystce, że chyba jednak wolę, żeby wykonała mi makijaż moimi kosmetykami (raczej nie mam zaufania, że podkład za 10 zł wytrzyma na mojej twarzy cały dzień i noc zabawy) i zaczęłam jej pokazywać, których produktów powinna użyć. Dałam jej mój podkład i puder z M.A.C (jedne z niewielu kosmetyków, które naprawdę dobrze stapiają się z moją cerą i wytrzymują na niej dłuuugo), bronzer Bahama Mama i rozświetlacz Mary LouManizer (których Domi, autorka makijażu ze zdjęcia używała do jego wykonania), a ona...popatrzyła się na mnie jak na kosmitkę. Przyjrzała się tym kosmetykom, po czym stwierdziła, że "ona nie zna tych marek". Opadła mi szczęka. Jestem w stanie wszystko zrozumieć, ale na pewno nie to, że kobieta, która uważa się za makijażystkę, maluje innych i jeszcze bierze za to pieniądze, nie zna takich marek jak M.A.C, The Balm czy nawet GOSH (z GOSHA akurat miałam szminkę). 
  Jednak najlepsze miało dopiero nadejść! Wiedząc, że Pro Longwear najfajniej stapia się ze skórą, aplikowany Beauty Blenderem (lub inną gąbką tego typu) wzięłam z domu także swojego BB (na pewno nie chciałabym być malowana BB lub podobną gąbką-jajem, która wcześniej została użyta na innej klientce, nawet jeśli zostałaby dobrze odkażona). I wiecie co usłyszałam? "O Boże, jakie to fajne, a jak się tego używa?!". Ręce mi opadły. Nie wymagam od makijażystki, aby miała nową gąbeczkę-jajo (a już tym bardziej Beauty Blendera) dla każdej klientki, ale żeby nie wiedziała CO TO JEST, to już jest szczyt wszystkiego. Kiedy cierpliwie jej wytłumaczyłam jak należy aplikować podkład zaprezentowanym wcześniej cudem, zaczęła wykrzykiwać radośnie (niczym dziecko) "ale fajna zabawa, też chcę takie jajo!". No masakra...
    Kiedy podkład i korektor pod oczy zostały już nałożone, zabrała się za konturowanie. I w tym momencie pożałowałam, że oprócz kosmetyków, nie wzięłam ze sobą także swoich własnych pędzli. Nie wiem z czego były wykonane te, którymi mnie malowała, ale były tak twarde i szorstkie, że miałam wrażenie, jakby jeździła mi po twarzy pumeksem. Całe szczęście, były czyste i odkażone...
   Największy problem miała ze zrobieniem kresek. Już na samym początku stwierdziła, że "ona kreski robi rzadko, więc nie wie jak to wyjdzie, ale się postara". Zajęło jej to bite 40 minut i poprawiała je co chwile, bo za każdym razem jedna była albo grubsza, albo dłuższa do drugiej.  
   W końcu do salonu wpadł mój chłopak, wściekły, bo już dawno powinnam być "zrobiona"...a ja nie miałam jeszcze pomalowanych ust. Byłam kompletnie załamana, ale całe szczęście pani "profesjonalistce" udało mi się umalować usta w całe 5 minut (tak, musiałam je potem sama poprawiać). 
   Na pewno mnie teraz zapytacie, dlaczego nie uciekłam stamąd kiedy miałam okazję? No cóż, sama sobie zadaję to pytanie. Gdybym wcześniej wiedziała, jak to będzie wyglądać, to pewnie zaraz po wyjściu od fryzjera umalowałabym się sama, w bardzo ekspresowym tempie. Ale przynam szczerze, że biorąc pod uwagę wszystkie te perypetie- efekt końcowy nie był zły. Oczywiście, do ideału, jakiego oczekiwałam, było temu makijażowi daleko, ale zawsze mogło być gorzej. 
   Po co w ogóle napisałam tego posta? Chciałabym Was uświadomić, że "polecona" osoba nie zawsze musi być dobrym profesjonalistą. Kiedy decydujecie się na skorzystanie z czyiś usług, najlepiej wcześniej go sprawdźcie. Poszukajcie jego prac w internecie, zapytajcie na jakich markach pracuje, jakie makijaże najbardziej lubi wykonywać. A jeśli ta osoba ma Wam wykonywać makijaż na ważną okazję (jak chociażby Wasz własny ślub) to lepiej najpierw zdecydujcie się na make-up próbny. Wiem, że na pewno nigdy więcej tej kobiety nie odwiedzę...a przy natępnym weselu makijaż zrobię sobie sama, choćbym musiała w tym celu budzić się kilka godzin wcześniej :D

A Wy mieliście kiedyś takie makijażowe przygody z piekła rodem?


           

Podobne Posty

0 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!