Catrice Camouflage Cream 010 Ivory

3/31/2014 Ania T.


    Zanim zacznę, chciałabym Wam wszystkim bardzo serdecznie podziękować za opinie o nowym szablonie :) Cieszę się, że przypadł Wam do gustu. Karolina stworzyła ten szablon dla mnie zupełnie od nowa, na bazie tego gotowego, ale na szablonie bloggerowym, dzięki czemu jest łatwiejszy w edycji i nie ma z nim takich problemów. Postanowiłam też zastosować się do sugestii moich czytelników i "Nuneczkowa" panienka wróciła do nagłówka! :D
   Dzisiaj powiem Wam kilka słów na temat świetnego produktu, jakim jest kamuflaż od Catrice. Czytałam o nim wiele pozytywnych opinii, więc kiedy udało mi się znaleźć jego najjaśniejszy odcień, czyli 010 Ivory, postanowiłam go wypróbować. Jak każda kobieta mam czasem problemy z wypryskami czy cieniami pod oczami, dlatego uznałam, że taki produkt mi się przyda...czy się sprawdził? :)


OPAKOWANIE


   Malutki słoiczek bez problemu mieści się do każdej kosmetyczki. Jest solidny, nakrętka siedzi mocno, więc nie musimy się martwić, że nam się odkręci np. w podróży.


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach jest praktycznie niewyczuwalny, dopiero jak porządnie "niuchniemy" poczujemy lekką, kremową woń.
   Jak sama nazwa ("Cream") mówi, ten kosmetyk ma gęstą, kremową konsystencję. Jednak świetnie współpracuje z pędzelkiem (zawsze nakładam go pędzelkiem, bo jak dla mnie aplikacja paluchem jest niehigieniczna!), wystarczy delikatnie nacisnąć włosiem aby korektor się na nim osadził.



DZIAŁANIE

   Przede wszystkim podoba mi się w nim to, że jest idealnie dopasowany odcieniem do mojej karnacji. Po nałożeniu zupełnie stapia się ze skórą i nie widać, że w ogóle został nałożony. Do wyboru są jeszcze 2 inne kolory, niestety, oba są dla mnie za ciemne. Mimo, że zdjęcia pokazują, że jest lekko pomarańczowy- na żywo wygląda inaczej, jest jaśniejszy i pozbawiony pomarańczowych tonów, ale jego kolor ciężko jest uchwycić na fotografii ;)


    Drugą, naprawdę ważną rzeczą jest jego krycie...i muszę przyznać, że jak do tej pory to chyba najlepiej kryjący produkt z jakim miałam do czynienia! Idealnie ukrywa wszystkie niedoskonałości, zaczerwienienia czy sińce pod oczami. Niewielka ilość produktu wystarczy aby osiągnąć zadowalający efekt.
   Dodam też, że jest to naprawdę trwały produkt, nałożony pod podkład i puder potrafi wytrzymać kilka godzin bez żadnych poprawek. Długotrwałe krycie? Podoba mi się to! ;)
   Pokażę Wam efekty, jakie udało mi się uzyskać dzięki temu kosmetykowi

"Niespodzianki" na twarzy praktycznie idealnie zakryte (ten największy pryszcz został przeze mnie wyciśnięty i niestety nie dało się go do końca zakryć korektorem).

Pod oczami także się sprawdza :)

   Tak jak już pisałam wyżej, stosuję go zarówno na niedoskonałości na twarzy, jaki te pod oczami. O ile na skórze nie mam z nim problemów, to pod oczami lubi się czasem "buntować". Najbardziej denerwuje mnie to, że osadza się w zmarszczkach, oczywiście bardzo łatwo jest go rozetrzeć, jednak trzeba regularnie kontrolować czy nie mamy pod oczami jasnych smug. Trzeba też uważać z jego ilością, jeśli nałożymy go mało, to będzie się bardzo ładnie i równomiernie rozprowadzał, ale kiedy z nim przesadzimy, zrobi nam pod oczami "korektorową" maskę, która nie wygląda zbyt estetycznie. Zaznaczam jednak, że pod oczy NIE STOSUJĘ GO CODZIENNIE, jedynie wtedy, kiedy są naprawdę zmęczone i nic innego nie potrafi tego zakryć. Na co dzień mam lżejszy korektor, który używam w tych okolicach ;) 
   Przez ok. 2 tygodnie użytkowania nie zauważyłam aby zatykał pory, albo wysuszał skórę. I za to ma u mnie kolejnego plusa! ;)
   Jednak jak zawsze, muszę wynaleźć i jakieś minusy :D Dla mnie największym jest to, że jeśli najpierw nałożymy kamuflaż, a na to podkład, który rozprowadzimy palcami...to cały kamuflaż nam się zetrze. Niestety, przy tym kosmetyku niezbędne jest nakładanie podkładu gąbeczką (lub pędzelkiem), bo inaczej wszystkie nasze niedoskonałości z powrotem wyjdą na wierzch. A korektor nałożony bezpośrednio na podkład nie prezentuje się zachęcająco...

Tak prezentuje się mój pełny, codzienny makijaż z użyciem kamuflażu Catrice :) Jest delikatny, naturalny...a wszystko co trzeba jest zakryte :D



CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Catrice Camouflage Cream to wydatek...13 zł. Śmieszna cena za taki porządny produkt, prawda? Zamiast kupować drogie, przereklamowane produkty, lepiej zainwestować w coś tańszego, a równie skutecznego :D
   Dostaniecie go w każdej drogerii Natura a także w Hebe. Chociaż akurat z tym najjaśniejszym kolorem są problemy, bo zawsze szybciutko znika z półek, więc trzeba czyhać na nowe dostawy :D


   Ja jestem z tego produktu baaaardzo zadowolona! Pozwala mi szybko i skutecznie zakryć to co trzeba ;) Do tego jest trwały, tani i dobrze dopasowany kolorystycznie. Na te małe minusy przymykam oko, bo nie przeszkadzają mi w użytkowaniu tego korektora :) Polecam wszystkim z ręką na sercu ;) Cieszę się, że kolejny, tak bardzo chwalony w blogosferze produkt, nie okazał się u mnie bublem (tak jak to było z TYM podkładem).


PLUSY:
-porządne opakowanie
-brak zapachu
-kremowa, gęsta konsystencja, która nie spływa, ale świetnie współpracuje z pędzelkiem
-świetnie stapia się ze skórą
-DOSKONAŁE krycie, zarówno zaczerwienień i pryszczy, jak i cieni pod oczami
-trwały 
-nie zatyka porów i nie wysusza skóry
-dobra cena

MINUSY:
-ciężko dostać ten najjaśniejszy odcień, zwykle jest wykupiony :(
-osadza się w zmarszczkach pod oczami 
-po nałożeniu korektora, podkład trzeba aplikować gąbeczką lub palcem, bo inaczej cały kamuflaż się zetrze


A Wy znacie słynny kamuflaż od Catrice?
Używacie?
Co o nim myślicie?



91 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Nowe szaty bloga! ;)

3/29/2014 Ania T.



    Obiecałam Wam prawdziwą bombę po przerwie...i oto ona! ;)
    Od jakiegoś czasu chodziła mi po głowie zmiana szablonu. Stary, zrobiony przez Karolinę bardzo mi się podobał, ale sporo osób pisało mi, że nie podoba im się ten róż (choć wcale nie było go tak dużo!). Zebrałam się w sobie i sama postanowiłam podziałać na tym polu :D Na stronie z darmowymi szablonami znalazłam taki, który najbardziej mi się podobał i zmodyfikowałam go tak, żeby odpowiadał moim potrzebom :D Tym razem Karolinka również mnie nie zawiodła :) Bardzo, bardzo, baaaaardzo pomogła mi w edycji rzeczy, z którymi miałam problem i nie wiedziałam, z której strony je ugryźć (ta piękna data w kółeczku to jej zasługa) :D Oprócz tego dziękuję także autorce ikonek społecznościowych (pobrane stąd) oraz autorowi zdjęcia, które widnieje w nagłówku (niestety, nie pamiętam już dokładnie skąd je ściągnęłam). Szablon wymaga jeszcze kilku poprawek, ale Karolina obiecała się tym zająć :) NO ZŁOTA DZIEWCZYNA Z NIEJ :D

I jak Wam się podoba nowa odsłona mojego bloga? :)

Dla przypomnienia, tak wyglądał przed:





54 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Nafta kosmetyczna z aloesem ANNA

3/25/2014 Ania T.


   Nafta to produkt znany każdemu, używały go nasze babcie, nasze mamy. Od wielu lat dba o włosy kobiet. Do tej pory miałam styczność głównie z naftą z tradycyjnym aplikatorem, nigdy jej u mnie w domu nie brakowało, bo babcia intensywnie walczy z wypadaniem włosów. Jak się sprawdził u mnie produkt firmy Anna?


OPAKOWANIE


   Aplikacja tej nafty jest bardzo ułatwiona dzięki wygodnemu atomizerowi, kilka "psików" wystarczy, aby pokryć całe włosy.

    


SKŁAD

       

   Jak widać jest prosty, bez żadnych udziwnień. O ile parafina w kosmetykach do twarzy i skóry niezbyt mi służy, to moim włosom absolutnie nie szkodzi ;) 


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach nafty jest bardzo charakterystyczny, albo się go lubi, albo nienawidzi. Ja osobiście go toleruję, ale zdecydowanie odbiega od pięknie pachnących drogeryjnych odżywek. Dlatego nie jest to produkt dla każdego. Jeśli nie lubisz mocnych, intensywnych zapachów takich jak benzyna, rozpuszczalnik itp....to raczej nafta nie przypadnie Ci do gustu :D
   W butelce jest płynna, kiedy naciskamy aplikator zamienia się w delikatną mgiełkę. Pokrywa włosy tlustą warstwą, podobną do olejów.



DZIAŁANIE

   Głównym zadaniem nafty jest redukcja wypadania włosów. Ja taką redukcję zauważyłam, prawdopodobnie nafta ten proces wspomogła, jednak myślę, że jest to bardziej zasługa Amli, którą stosuję dłużej niż naftę (dodam, że oba produkty stosuję jednocześnie- raz w tygodniu olejowanie włosów Amlą i 1-2 razy w tygodniu naftę).
   Po użyciu nafty moje włosy są pięknie błyszczące, lśnią jak powierzchnia czystego lustra. Wyglądają zdrowo i są dobrze nawilżone. Nie obciąża włosów, kiedy porządnie je umyje, są mięciutkie w dotyku, a ich powierzchnia jest gładka. Nawet moje niesforne baby hair zachowują się "grzeczniej" i nie sterczą na wszystkie strony.
   Czasem mam problem z jej zmywaniem, może to kwestia tego, że mam zbyt delikatne szampony (pozbyłam się tych z SLS-ami, sięgnęłam po te delikatniejsze dla dzieci, oraz te z ziołowymi wyciągami). Przy używaniu takiego szamponu, konieczne jest dwukrotne umycie włosów, bo inaczej wyglądają jak nieświeże :P Jeśli stosuję szampony mocniejsze, zmywanie jest bezproblemowe.
   Nie zauważyłam żeby produkt ten podrażnił skórę mojej głowy, może to dlatego, że przestrzegałam zaleceń producenta i nigdy nie trzymałam nafty powyżej 10 minut. Nie spowodowała też u mnie łupieżu, może to dzięki zawartości aloesu, jednak pewności nie mam.
   Kolejnym plusem dla mnie jest to, że produkt nie spowodował u mnie wzmożonego przetłuszczania się włosów. One są z natury tłuste (muszę myć głowę codziennie), a nafta dodatkowo nie zintensyfikowała procesu wydzielania łoju. 
    Jeśli ktoś nigdy nie olejował włosów, to może mu przeszkadzać uczucie, jakie powoduje nafta po spryskaniu skalpu. Kosmyki są tłuste, obciążone, jednak to nieprzyjemne uczucie znika od razu po zastosowaniu szamponu :)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena jest śmieszna- za taką buteleczkę zapłacicie ok.8-10 zł, więc jest to kwota, na którą praktycznie każdy może sobie pozwolić. Produkt jest dosyć wydajny, stosuję go od ok. 2 miesięcy i została mi jeszcze ponad połowa butelki (a nie żałuję sobie i zawsze psikam sporo).
   Nigdzie nie widziałam tego produktu stacjonarnie, podobno jest dostępny w małych, lokalnych sklepach i drogeriach, z tego co wiem moja babcia kupowała naftę w aptece, jednak była to wersja z dozownikiem, a nie atomizerem...najprędzej dostaniecie ją w internecie ;)


   U mnie nafta działa, nie daje może jakiś spektakularnych efektów, ale przy regularnym olejowaniu włosów chyba nie mogę oczekiwać cudów...bo one i tak wyglądają nieźle. Duży plus ma u mnie za wygładzanie i nabłyszczanie moich kosmyków. To jedyny produkt, który potrafi ujarzmić moje baby hair. Myślę, że warto włączyć naftę do swojej kolekcji kosmetyków do pielęgnacji włosów, o ile przełamiecie się i zniesiecie jakoś jej zapach, to nie pożałujecie ;)


   Produkt otrzymałam do testów od firmy New ANNA Cosmetics, jednak nie wpłynęło to na moją opinię. Z naftą tej firmy miałam już do czynienia wcześniej, ale była to inna wersja tego produktu.



PLUSY:
-wygodny dozownik
-prosty skład
-wygładza włosy, ujarzmia baby hair
-nabłyszcza
-po użyciu włosy są miękkie w dotyku, zdrowo wyglądają
-nie powoduje powstawania łupieżu
-nie obciąża włosów
-nie powoduje szybszego przetłuszczania się
-niska cena
-wydajna

MINUSY:
-zapach (nie każdemu się spodoba)
-po spryskaniu włosy są tłuste, obciążone, zupełnie jak po zastosowaniu oleju, nie każdemu może się to uczucie spodobać. Na szczęście znika po umyciu głowy.
-może podrażniać (ale tylko jeśli mamy wrażliwą skórę głowy, albo za długo ją trzymamy, mnie nigdy nie podrażniła, bo stosuję ją zgodnie z zaleceniami)
-dostępność
-trzeba ją zmywać "mocniejszymi" szamponami, te delikatne ziołowe i dla dzieci niestety sobie z tym nie radzą ;) 


A Wy znacie naftę?
Używacie?


 

26 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Piękna z natury: Savon Noir- Czarne mydło

3/22/2014 Ania T.


   Savon Noir to było moje "chciejstwo" już od dłuższego czasu. To małe, kosmetyczne marzenie spełniło się dzięki Maroko Sklep. Pucuje się nim intensywnie już od ponad miesiąca. Przyjrzyjmy się bliżej temu naturalnemu skarbowi!

  • Co to jest Savon Noir/ Czarne mydło?
   Jest to mydło roślinne wytwarzane w Maroku, wytłaczane z czarnych oliwek i oleju oliwnego. Oprócz tego w tym mydle mogą znajdować się olejki eteryczne czy inne dodatki takie jak olejek arganowy.


  • Jakie właściwości ma czarne mydło i w jakim celu się je stosuje?
   Savon Noir jest bogate w naturalną witaminę E, nadaje się do każdego typu cery, ale także do pielęgnacji całego ciała. Może być także stosowane do wrażliwej, dziecięcej skóry, ze względu na to, że nie zawiera żadnych chemicznych, drażniących substancji. Oprócz tego nadaje się także do higieny intymnej. Doskonale oczyszcza skórę, usuwa zanieczyszczenia i martwy naskórek. Nie uczula i nie zatyka porów.


  • Mój naturalny test:
   Czarne mydło stosowałam do MYCIA TWARZY. Jestem posiadaczką mieszanej cery mieszanej, którą codziennie muszę dokładnie oczyszczać. Już od jakiegoś czasu szukałam produktu naturalnego, który nie zaburzy równowagi mojej skóry, ale jednocześnie dobrze ją oczyści. 

   Jak używam Savon Noir?
   Czarne mydło to bardzo gęsta pasta, o dość specyficznym zapachu. Niewielką ilość nabieram na dłoń i intensywnie pocieram twarz, aż wytworzy się bardzo delikatna pianka. Potem dokładnie je zmywam wodą, aż na skórze pozostanie takie "tępe" uczucie. Taki zabieg wykonuję 2-3 razy w tygodniu.


   Efekty:
   Pierwsze dwa użycia nie należały do najprzyjemniejszych, skóra była ściągnięta, szczypała, nie było to zbyt komfortowe uczucie. Ale przełamałam się i dałam mu kolejną szansę. Nie pożałowałam tego ;) Z każdym kolejnym użyciem to uczucie stopniowo zanikało, teraz jego używanie jest to sama przyjemność. Tak jak już pisałam, skóra po szorowaniu tym mydłem jest "tępa", kto miał okazję używać, ten wie o czym mówię. Mydło DOSKONALE oczyszcza skórę, pozostawia ją gładką, promienną. Nie uczuliło, ani mnie nie podrażniło, nie zatkało także porów, a dla mnie to duży plus. Przy częstym używaniu pozwala na utrzymanie buzi w czystości i daje nam pewność, że nie zaburzamy jej naturalnej równowagi. Ważnym czynnikiem jest to, że NIE WYSUSZA, jak "tradycyjne" żele przeznaczone do pielęgnacji cery mieszanej, które zawierają alkohol. Trzeba tylko uważać na oczy, ponieważ jeśli się do nich dostanie, to szczypie ;) 

Gdzie kupić?
   Moje czarne mydło pochodzi z TEGO sklepu, ale możecie je kupić praktycznie w każdym sklepie, który zajmuje się dystrybucją produktów naturalnych z krajów takich jak Maroko ;)


Znacie Savon Noir?
Lubicie?

37 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Ecocert- co to jest? I czym się różnią kosmetyki ekologiczne od organicznych?

3/21/2014 Ania T.


      Czy kupując kosmetyki zwracacie uwagę na markę? Na cenę? A może najważniejszy jest dla Was skład? Jeśli lubicie kosmetyki ekologiczne czy organiczne na pewno znacie taką instytucję jak Ecocert. Obecność znaczku Ecocert na opakowaniu kosmetyku gwarantuje nam, że składniki użyte do jego produkcji, przynajmniej po części pochodzą z upraw ekologicznych. Dziś chciałabym Wam przybliżyć ten temat ;)

  • Co to jest Ecocert?

   Ecocert, to międzynarodowa instytucja, która nadaje certyfikaty oznaczone takim oto znakiem:


   Instytucja ta została założona we Francji w 1991, przez grupę inżynierów rolnictwa, którzy uznali, że produkcja produktów biologicznych i ekologicznych, powinna być odpowiednio kontrolowana. Konieczne było opracowanie przepisów oraz zasad tej produkcji. 
   Jednym z głównych celów Ecocert jest promocja rolnictwa ekologicznego. Jednak uczestnictwo w tej certyfikacji nie jest obowiązkowe.

  • Jakim firmom i instytucjom przyznawany jest certyfikat Ecocert?
   Firmom związanym z rolnictwem ekologicznym, kosmetykami ekologicznymi i biologicznymi, oraz tekstyliami ekologicznymi. To właśnie Ecocert w 2003 roku wprowadził specyfikację dla kosmetyków organicznych oraz organicznych.

  • Jakie wymagania musi spełnić kosmetyk aby otrzymać certyfikat Ecocert?
  1.    Składniki w nim zastosowane muszą pochodzić ze źródeł odnawialnych i przetwarzanych w procesach, które są przyjazne dla środowiska. Firmy, które starają się o ten certyfikat, nie powinny stosować w swoich kosmetykach takich składników jak: składniki modyfikowane biologicznie, parabenów, fenoksyetanoli, nanocząsteczek krzemu, PEG, aromatów i barwników syntetycznych, czy składników pochodzących od zwierząt (z wyjątkiem składników takich jak mleko czy miód). Opakowania zastosowane do produkcji kosmetyków powinny być biodegradowalne i podatne na recykling.
  2. W danym kosmetyku musi występować minimalna (określona przez wymogi Ecocert) ilość poszczególnych składników organicznych. Co najmniej 95% całkowitego składu muszą stanowić składniki naturalne lub pochodzenia naturalnego. 
  3. Wszystkie zakłady, w których odbywa się produkcja kosmetyków z tym certyfikatem, muszą być co roku kontrolowane. Kontroli podlegają także opakowania produktu.

  • Czy jeśli dana firma, produkująca kosmetyki naturalne, nie posiada certyfikatu Ecocert, to oznacza, że jej produkty tak naprawdę NIE SĄ naturalne?
   Kosmetyk, który posiada taki certyfikat, jest "pewniakiem", kupując go wiemy, że sięgamy po produkt, który został wyprodukowany bez szkody dla środowiska i zawiera w INCI naturalne składniki. Jednak uczestnictwo w certyfikacji nie jest obowiązkowe. Co więcej, wydanie takiego certyfikatu wiąże się z kosztami, nie jest on bowiem darmowy i przyznawany automatycznie każdemu naturalnemu produktowi. Dlatego jeśli dana firma takiego certyfikatu nie posiada, a uważa, ze produkuje naturalne kosmetyki, to wcale nie oznacza, że jest niewiarygodna. Jeśli mamy wątpliwości co do naturalności produktu, a na opakowaniu nie widnieje znaczek Ecocert...po prostu dokładnie przeanalizujmy skład ;)

  • Czym różnią się kosmetyki ekologiczne od organicznych?
      Kosmetyki ekologiczne, to takie kosmetyki, w których CO NAJMNIEJ 50% składników roślinnych w składzie musi pochodzić z rolnictwa ekologicznego. A MINIMUM 5% całkowitej wartości muszą stanowić składniki, pochodzące z upraw ekologicznych. 

    Kosmetyki organiczne, to takie kosmetyki, w których MINIMUM 95% składników roślinnych MUSI pochodzić z upraw ekologicznych. A MINIMUM 10% wszystkich składników musi pochodzić z upraw ekologicznych. 

Przy pisaniu tej notki korzystałam z artykułu, który znalazłam w katalogu 2013/2014 Maroko Sklep.

Mam nadzieję, że choć trochę Wam przybliżyłam czym jest Ecocert :)
  A Wy zwracacie uwagę na to, jakie certyfikaty posiada dany produkt, zanim wrzucicie go do koszyka?
Czy takie certyfikaty raczej nie mają dla Was znaczenia?





15 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Prośba, podziękowanie,apel i przypomnienie :D

3/19/2014 Ania T.


  Kochani!
   Dzisiaj post czysto informacyjny, z garścią pewnych przemyśleń, które od jakiegoś czasu chodzą mi po głowie. Nie warto pisać wszystkiego oddzielnie, dlatego zebrałam to w jeden post :)

Sprawa 1- prośba do czytelników i odwiedzających
   
   Ostatnio zauważyłam, że na blogu przybywa sporo nowych komentatorów :) Bardzo mnie to cieszy :) Jestem typem osoby, która lubi odpisywać na każdy komentarz, zarówno na moim blogu, jak i na blogu osoby, która go u mnie zostawiła. Ale żeby na tego bloga się dostać muszę mieć do niego link! Już nie raz zdarzyła mi się sytuacja, że wchodziłam na profil danej osoby, a nie było tam żadnego linka ani do bloga, ani do żadnego posta...jeśli chcecie, żebym odwiedzała Wasze blogi, to uzupełnijcie swoje profile (czy to blogowe, czy te na Google +), inaczej nie mam jak na nie wejść ;) 

Sprawa 2-WIELKIE PODZIĘKOWANIE!

   Wczoraj stało się coś, co wywołało na mojej twarzy ogroooomny uśmiech :) I bez Was, moich kochanych czytelników, cała ta sytuacja nie miałaby miejsca...o co chodzi? O TO:

   Przywróciliście mi wiarę w to, co robię :) DZIĘKUJĘ WAM Z CAŁEGO SERDUCHA! :* :* :*

Sprawa 3- Apel

   TYM poście opisywałam Wam jak możecie pomagać zwierzętom. Jeśli jednak nie jesteście przekonani do pomocy czworonogom i wolicie pomagać ludziom...to mam dla Was propozycję ;) Pracujecie? Rozliczacie PIT? Chcecie komuś przekazać 1% swojego podatku, ale nie wiecie komu? :) Być może ktoś z Was będzie chciał wspomóc swoim 1% mojego wujka! Od kilku lat choruje na stwardnienie rozsiane, wredną chorobę autoimmunologiczną, która prowadzi do stopniowej degradacji ośrodkowego układu nerwowego...wujek w ciągu tych kilku lat zmienił się nie do poznania, ma coraz większe trudności z poruszaniem się i potrzebuje stałej rehabilitacji. Rodzina pomaga jak może, każdy szuka informacji na temat nowych terapii, jednak one okazują się nieskuteczne...bez odpowiedniego sprzętu, wyjazdów rehabilitacyjnych i regularnych ćwiczeń ciężko jest mu funkcjonować. A wszystko kosztuje...
Możecie mu pomóc w tej walce, przekazując swój 1% :)
Was to nic nie kosztuje, a jemu ułatwi życie.

Jeśli się zdecydujecie na pomoc, to w rozliczeniu 1% wystarczy wpisać numer KRS: 0000083356 z dopiskiem: "mam szanse: Jacek Goclik"

Każdemu pomagaczowi z góry dziękuje! :*

Sprawa 4- przypomnienie

   Na koniec chciałabym Wam także przypomnieć o moim rozdaniu. Jest jeszcze sporo czasu na zgłoszenie się, a wszystkich tych, którzy nie mogą zaobserwować bloga uspokajam, prawdopodobnie z tego powodu rozdanie zostanie przedłużone :) 
Zgłaszajcie się w TYM poście :)
Do wygrania (myślę, że) fajne nagrody :)




68 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Długotrwały cień do powiek Rouge Bunny Rouge nr.011 Veiled Lyrebird

3/18/2014 Ania T.


   Do tej pory nigdy nie przepadałam za cieniami do powiek...nie mam zdolności manualnych, nie umiem też umiejętnie łączyć kolorów :D Wszystkie moje cienie oddawałam mamie lub koleżankom, one wiedzą jak je wykorzystać ;) Jednak kiedy na spotkaniu blogerek, w loterii charytatywnej, wygrałam ten cień...zakochałam się w jego kolorze! Zauroczył mnie na tyle, że postanowiłam się "nauczyć jego obsługi"...i teraz niemal codziennie gości na moich powiekach!


OPAKOWANIE


   Zgrabne, małe, plastikowe pudełeczko, oprócz ładnego zdobienia, kryje w sobie także lusterko, oraz folię, zabezpieczającą cień.


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Cień pachnie delikatnie pudrowo, jednak jest to bardzo delikatny i ledwo wyczuwalny aromat.
   Nabrany na pędzelek, nie "pyli" na wszystkie strony ani się nie osypuje. Jest dość zbity, ale jednocześnie bezproblemowo rozprowadza się po powiece, co jak dla mnie jest dużym plusem.


DZIAŁANIE

   Podoba mi się to, że producent zadbał o wszystkie szczegóły, począwszy od pięknego tłoczenia:


   Na nasyconym kolorze skończywszy:


   Ten kosmetyk jest bardzo mocno napigmentowany, jest to taki złoty róż. Bardzo łatwo można stopniować jego nasycenie. Jedna warstwa zapewni nam delikatne rozświetlenie, wraz z dokładaniem kolejnych warstw, kolor staje się intensywniejszy. Nadaje się nawet dla takich amatorów jak ja, bo naprawdę ciężko z nim przesadzić.
   Trzeba mu przyznać, ze jest naprawdę trwały, zgodnie z tym, co obiecuje nam producent. Na powiekach trzyma się cały dzień, ostatnio przetrwał nawet popołudniową drzemkę :D 
   Dużym plusem dla mnie jest to, że nie osypuje się nadmiernie. Owszem, pod koniec dnia pod oczami znajdziemy kilka drobinek cieniowego pyłku, jednak jest ich tak mało, że w niczym nie przeszkadzają...no i bardzo łatwo je usunąć palcem czy wacikiem ;)
   Nie zawiera w sobie wielkich drobin brokatu, dzięki czemu daje dyskretny i subtelny połysk, bez żadnej tandety. Bardzo lubię robić sobie kreski tym cieniem, bo delikatnie podkreślają i rozświetlają oczy, no i są bardzo trwałe ;)
   Jednak ideałów nie ma...ten produkt ma swoje wady. Najbardziej przeszkadza mi to, że osadza się w załamaniach. Oczywiście nie od razu, jak tylko go nałożymy, jest to zauważalne dopiero po całym dniu noszenia. Dla mnie nie jest to duży problem, bo nie nakładam cienia na całą powiekę, jednak osobom, które to robią, może to przeszkadzać.


   Ładnie współgra z kolorem moich oczu i moim zdaniem fajnie je podkreśla. Jestem zadowolona z tego produktu, chociaż nie jest doskonały.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Jego kolejną wadą jest wysoka cena...ok. 100 zł za pojedynczy cień to dla mnie cena z kosmosu. Owszem, jest to produkt trwały, dobrze napigmentowany, ale to i tak nie uzasadnia tej ogromnej kwoty, jaką należy za niego zapłacić...
   Kupicie go w każdym Douglasie, ewentualnie w sklepach internetowych.



   Powiem szczerze, że ze względu na cenę, sama bym nigdy nie kupiła tego cienia. Podczas używania przekonał mnie do siebie pięknym kolorem i trwałością, ale mimo to nadal uważam, że 100 zł to za dużo. Ale jak to mówią- za luksus trzeba płacić XD Cieszę się, że miałam okazję poznać bliżej tą markę. Być może kiedyś jeszcze skuszę się na inne produkty tej firmy, na razie jako biedna studentka, nie mogę sobie na to pozwolić :D 


PLUSY:
-piękny design opakowania i tłoczenie na powierzchni cienia
-zabezpieczenie cienia folią
-lusterko w opakowaniu
-przepiękny i bardzo mocno napigmentowany kolor
-łatwo można stopniować jego intensywność i ciężko z nim przesadzić
-rozświetla i podkreśla oko
-nieznacznie się osypuje
-bardzo trwały!

MINUSY:
-wysoka cena...
-dostępność
-osadza się w załamaniach


Znacie markę Rouge Bunny Rouge?
Lubicie ją?
Używacie na co dzień cieni do powiek?



64 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Kosmetyczny słowniczek cz.IV: mehendi, Kessa, przeproteinowanie, macerat.

3/17/2014 Ania T.


   Kolejna część trudnych słówek! :) Poprzednie części słowniczka możecie obejrzeć TUTU i TU, zapraszam! ;) Przypominam, że jeśli macie ciekawe propozycje haseł, lub jeśli chcecie jakieś hasło uzupełnić swoimi sugestiami, lub poprawić jakiś błąd, to piszcie śmiało ;) Ja nie gryzę. A ludzką rzeczą jest popełniać błędy, najważniejsze jest, że potem się je poprawia ;) To zaczynamy!


MEHENDIhinduski zwyczaj dekorowania dłoni i stóp panny młodej skomplikowanym wzorem ze sproszkowanych liści henny. Stanowi bardzo popularny element hinduskiej ceremonii ślubnej, czerwonawy kolor henny ma przynieść szczęście w małżeństwie. Henna jest także wykorzystywana do robienia tatuaży "poza ceremonią ślubną" (kto nie miał robionego tatuażu z henny podczas pobytu nad morzem? :D), można ją kupić w wielu sklepach internetowych i samodzielnie przygotować taką mieszankę. Tatuaż z henny jest zmywalny, utrzymuje się na ciele przez kilka dni.

Źródło: 1


KESSA- rękawica wykorzystywana podczas rytuału Hammam. Ma ziarnistą strukturę. Wykorzystywana do gomażu, czyli masażu całego ciała kolistymi ruchami. Masaż ten ma za zadanie pobudzić krążenie. Odpowiednio wykorzystana rękawica, którą wykonujemy masaż pomaga złuszczyć obumarłe komórki naskórka, wygładzić i ujędrnić ciało i pobudzić krążenie.

Źródło: 1


PRZEPROTEINOWANIE- problem ten dotyczy osób, które w pielęgnacji swoich włosów nie zachowują odpowiedniej równowagi pomiędzy stosowaniem emolientów, protein oraz nawilżaczy włosów. Kosmetyki zawierające proteiny należy stosować z optymalną (dla każdego jest to sprawa indywidualna) częstotliwością czyli ani za często, ani za rzadko. Włosy, które przyjmują nadmiar protein są suche, szorstkie, napuszone i mało elastyczne. Taki efekt możemy osiągnąć stosując (zbyt często) zabiegi takie jak laminowanie czy płukanki z L-cysteiną. Jest to efekt odwracalny ;)

Źródło: 1


MACERAT- to olej roślinny z wyciągami z pąków, kwiatów albo ziół. Taki olej zawiera w składzie olej bazowy, ale także wszystkie substancje aktywne, znajdujące się w wyciągu z danej rośliny. Proces wytwarzania maceratu trwa kilka tygodni. Kwiaty (lub pąki czy zioła) są moczone w oleju roślinnym i w szklanych pojemnikach są podawane działaniu promieni słonecznych przez kilka tygodni. Taką mieszankę poddaje się następnie filtracji, w wyniku której powstaje macerat. 

Źródło: Katalog Maroko Sklep 2013/2014 


Znaliście te słówka już wcześniej?
A może są dla Was nowe? :)

30 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Włosowy ulubieniec za grosze! Maska do włosów Kallos Silk

3/15/2014 Ania T.


   Lubię dbać o swoje włosy: regularnie je olejuję, odżywiam...nawet kupiłam sobie osławiony Tangle Teezer (niedługo recenzja ;)). Jednym z moich ulubionych "włosowych" rytuałów, jest nakładanie maski! Uwielbiam jak ta gęsta maź oblepia mi włosy i efekty, jakie potem są zauważalne na moich kosmykach. Jeśli dodatkowo ładnie pachnie, to już w ogóle cud, miód, malina! :) Do masek Kallos nie miałam wcześniej dostępu...aż otworzyli mi w Katowicach Hebe! Nie zastanawiałam się długo i w moje ręce trafił calutki litr tego różowego cuda :)


OPAKOWANIE


   Solidny słój zajmuje całkiem sporo miejsca w łazience, dobrze, że mam dużo półeczek, to przynajmniej mam gdzie go trzymać :D Maskę wydłubuje ręką, nie jest to zbyt higieniczne, ale przynajmniej wiem, że nic mi się nie zmarnuje ;)



   Plastik nie jest przezroczysty, dlatego jeśli chcemy wiedzieć ile produktu nam zostało, musimy zajrzeć do środka ;)
   Opakowanie jest (jak dla mnie) ogromne, niezbyt wygodne jeśli chcemy zabrać je ze sobą w podróż Ale zawsze można przenieść trochę produktu do mniejszego pojemniczka ;)


SKŁAD


   Jak na maskę do włosów jest całkiem krótki...widziałam takie, które miały tak długą listę, że nawet nie chciało mi się tego czytać :D Jest oliwa z oliwek, ale są i silikony (Cyclopentasiloxane). Jak ktoś nie lubi, to nie polecam ;) Mi silikony nie szkodzą, także używam tej maski z przyjemnością ;) 


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Pachnie jak typowa, profesjonalna maska do włosów. Używając jej możemy poczuć się jak w salonie fryzjerskim. Dla mnie ten aromat jest cudny! Szkoda, że na włosach nie jest już tak bardzo wyczuwalny w momencie, kiedy zmyjemy produkt z głowy :(
   Konsystencja jest zbita, przypomina gęsty budyń, ale nie ma problemów z nabieraniem maski. Nałożona na włosy nie spływa, trzyma się mocno ;) 




DZIAŁANIE

   Jestem bardzo zadowolona z tego, jakie efekty daje ten produkt. Od razu po spłukaniu maski z włosów, są one mięciutkie w dotyku i wygładzone. Po wysuszeniu ten efekt się utrzymuje.
   Ułatwia rozczesywanie kudełków, szczotka sunie po nich gładko, nie tworzą się kołtuny.
   Przy regularnym używaniu, pomaga utrzymać włosy w dobrej kondycji. Są miękkie, błyszczące i ładnie się prezentują. Wraz z olejowaniem i odżywkami, tworzy wspaniałe trio, które bezbłędnie dba o moje włosy :) 
   Stosowałam ją na mokro, na sucho, pod ręcznik...trzymałam krócej, dłużej...za każdym razem efekt był zadowalający ;) Ale chyba najlepszy uzyskałam nakładając ja na suche włosy i trzymając przez około pół godziny pod ręcznikiem.
   Nie wysusza, ani nie podrażnia skóry głowy. Tym samym, nie spowodowała u mnie powstania łupieżu.
   Nie zauważyłam żeby miała wpływ na wypadanie, w okresie jesienno-zimowym miałam z tym ogromny problem, niestety, stosowanie tej maski nie spowodowało, że wypadało mi mniej włosów...pomogła dopiero zmiana olejku ;)
   Czasem mam także problemy z jej spłukiwaniem, zawsze muszę stosować szampon, bo nawet przy intensywnym polewaniu wodą, zawsze odrobina tej maski pozostawała na włosach, przez co wyglądały na nieumyte i przetłuszczone. Jednak jeśli dobrze ją zmyjemy i zastosujemy szampon, to nie ma wtedy dużego wpływu na obciążanie naszej czupryny ;)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena to po prostu SZOK! Za calutki LITR maski zapłacimy...NIECAŁE 10 ZŁ!!! Znajdźcie mi równie dużą i dobrą maskę w podobnej cenie :D Dodam, że jest DIABELNIE wydajna! Swoją stosuję już chyba...z 5 miesięcy? A dalej nie widać dna. Musicie mi uwierzyć na słowo, że nie żałuję jej sobie i nakładam sporą garść tego produktu na głowę ;) Więc starcza na długo!
   Kupicie ją w każdej drogerii Hebe czy wybranych sklepach lub salonach fryzjerskich.


   Nie spodziewałam się, że maska za 10 zł zrobi na mnie takie pozytywne wrażenie! Do wyboru są różne wersje: Silk, Vanilla, Keratin, Argan, Latte (ta w mniejszej pojemności)...następnym razem pewnie skuszę się na inną, w końcu skoro ta się sprawdziła, to inne nie mogą być złe :D Jeśli macie dostęp do Hebe i jeszcze nie mieliście okazji wypróbować tej maski...to pędźcie po nią jak najprędzej!


PLUSY:
-bardzo wydajna
-duża pojemność
-przepiękny zapach
-nie spływa z włosów
-sprawdza się nałożona praktycznie każdy sposobem (na sucho, na mokro, pod ręcznikiem, trzymana krócej i dłużej...)
-wygładza włosy
-włosy po jej użyciu są miękkie i przyjemne w dotyku
-nabłyszcza
-ułatwia rozczesywanie
-nie wysusza skóry głowy, ani jej nie podrażnia
-cena, cena i jeszcze raz cena!!! (10 zł za cały litr!)

MINUSY:
-niezbyt praktyczna do zabierania np. w podróż, zajmuje sporo miejsca w łazience
-nie ma wpływu na wypadanie włosów
-może obciążać (jak niezbyt dokładnie ją spłuczemy)
-dostępność (nie każdy ma Hebe pod nosem...)


Znacie produkty Kallos?
Lubicie je?
Możecie mi któryś polecić? 
   


58 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

GOOGLE! WHY?!

3/14/2014 Ania T.


   Pamiętacie jaka wybuchła panika w momencie kiedy NAGLE, bez ostrzeżenia zniknęli wszyscy obserwatorzy na blogu? Na szczęście szybko wrócili. Wszystko pięknie, wszystko ładnie...jednak Google chyba zaniedbuje swoją usługę Blogger, bo ostatnio znów są z nią niemałe problemy...
   Zwykle nie piszę 2 notek w ciągu jednego dnia, ale jestem taka zirytowana, że muszę jakoś dać ujście mojej frustracji...
   Ostatnio udało mi się znaleźć kilka naprawdę fajnych i ciekawych blogów, lubię być na bieżąco z notkami autorów, których styl pisania mi się podoba, dlatego takie blogi dodaję do obserwowanych. Myślę, że nie ja jedna tak robię ;) Jakie było moje zdziwienie kiedy...nie mogłam zaobserwować tych blogów, które mi się spodobały! Zrzuciłam to na chwilowy błąd Bloggera i stwierdziłam, że to zaraz minie, w końcu czasem już mi się tak zdarzało. Ale ten BŁĄD utrzymuje się już od PONAD TYGODNIA! I uwierzcie mi, że nieźle mi to już napsuło krwi...
   O co chodzi? O to, że nie jestem w stanie nie tylko zaobserwować danego bloga, ale nawet go odobserwować...
   Wchodzę sobie na bloga, jak zwykle klikam sobie na dobrze wszystkim znany przycisk "dołącz się do tej witryny", wszystko na początku wygląda niewinnie...pojawia się okienko, które zaleca mi zalogowanie się do witryny:


  Następnie wybieram "Zaloguj się za pomocą konta Google", kolejne okienko również nie zapowiada nadchodzącej katastrofy. Ot, takie tam okienko logowania, nic groźnego...


   Mail się zgadza, hasło wpisuję...no i zaczyna się zabawa! 


   NO TRZYMAJCIE MNIE!!! Taki komunikat wita mnie na każdym blogu, który usiłuję zaobserwować. Ręce mi już opadają! 
   Swoją drogą, niech mi ktoś wytłumaczy CZEMU TEN CHOLERNY BLOGGER KAŻE MI SIĘ ZALOGOWAĆ NA KONTO, NA KTÓRYM JUŻ JESTEM ZALOGOWANA?! No bo niby jakim cudem wcześniej dodawałam na tym samym blogu komentarz, Z TEGO SAMEGO KONTA, a nagle jak usiłuję zaobserwować tego bloga, to muszę się na to konto logować?! Totalny kretynizm i ignorancja ze strony osób, które projektowały ten cudowny gadżet...
   Po wielu nieudanych próbach, włączaniu i wyłączaniu komputera, resetowaniu przeglądarki, wylogowywaniu i ponownym logowaniu się na konto, zmienianiu przeglądarek straciłam cierpliwość. Chciało mi się krzyczeć...no bo po co mi na blogu gadżet, który NIE DZIAŁA? Czy naprawdę jest tak trudno naprawić to raz a porządnie?! 
   Na pomoc przyszedł mi TEN POST. Pomyślałam sobie, że teraz wreszcie uda mi się zaobserwować te blogi. II przedstawiony tam sposób odpada, nie jestem się w stanie zalogować na swoje konto, ale pomyślałam sobie,że ten I jest niczego sobie i powinien zadziałać, bo nie wymaga żadnego logowania...
   No to weszłam sobie na stronę główną Bloggera, kliknęłam na "dodaj" na liście czytelniczej, wpisałam ręcznie adres bloga, który chcę zaobserwować...I CO? Blogger znowu leci sobie...powiedzmy, ze w kulki...


NO PO PROSTU MIAZGA I CYRK NA KÓŁKACH!
Gadżet nie działa, ręczne dodawanie nie działa...NIE MAM PYTAŃ...

   Pomyślałam sobie, ok..skoro mam zapełnioną listę, to trzeba ją oczyścić. W końcu mam na niej sporo blogów, które kiedyś tam zaobserwowałam, a zostały zawieszone lub już nie są prowadzone. Dawno nie robiłam porządku. Nie wpadło mi do głowy, że jeśli chcę odobserwować jakiegoś bloga, to najpierw muszę być na nim zalogowana na to cholerne konto Google! Czyli nie dość, że nie mogę OBSERWOWAĆ, to jeszcze nie mogę ODOBSERWOWAĆ jakiegoś bloga. BOŻE, WIDZISZ A NIE GRZMISZ!!!!!!!!

Ja rozumiem, że to darmowa platforma blogowa, więc nie mam co od niej wymagać cudów...
Ale LITOŚCI, jeśli Google coś wypuszcza na rynek, to niech zadba o to, żeby ten produkt był udany i działał, a nie sprawiał same problemy!
A nie, przepraszam, w końcu to oni wymyślili takie dziadostwo jak Google + (swoje konto na tym czymś usunęłam dzisiaj z wielką radością!)...to chyba wyjaśnia wszystko. 
Powoli mam już dość tych wiecznych problemów z Bloggerem i coraz częściej się zastanawiam nad przeniesieniem na inną platformę...no chyba, że Google wreszcie się skupi na rozwijaniu platform, które MAJĄ PRZYSZŁOŚĆ, a nie wciskaniu tego Gówna + wszędzie gdzie się da ;)

Wy też macie problemy z Bloggerem?
Co o tym myślicie?


56 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Relaks dla oczu? Czy aby na pewno? Maska pod oczy z naturalnego jedwabiu z wyciągiem z rozmarynu Orientana.

3/14/2014 Ania T.


   Ten, kto śledzi mojego bloga regularnie wie, że do marki Orientana pałam wielką miłością :D Produkty tej firmy już nie raz okazały się u mnie hitami i polecam je wielu osobom. Dlatego tym bardziej się ucieszyłam jak z lutowego spotkania blogerek przywiozłam ze sobą paczuszkę od Orientany, a w niej znalazłam tą maseczkę. Wczoraj skusiłam się na jej wypróbowanie, licząc, że zachwyci mnie tak samo jak pozostałe dostępne w asortymencie produkty...i co? Niestety przeżyłam rozczarowanie. Nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń do działania, bo ono jest fantastyczne...jednak sposób aplikacji i wygoda podczas noszenia tej maski pod oczami pozostawiają wiele do życzenia :( A miało być tak pięknie...


OPAKOWANIE


   Saszetka kryje w sobie plastikową tackę, na której (w specjalnym zagłębieniu) umieszczone są płatki, przeznaczone do nakładania pod oczy. Opakowanie jest solidne i trochę ciężko jest je otworzyć, dlatego nie polecam tego robić mokrymi rękami :D


   
SKŁAD



ZAPACH/APLIKACJA

   Płyn, którym nasączone są płatki pachnie bardzo delikatnie, lekko ziołowo. Po tym, jak ściągniemy je już spod oczu, zapach zupełnie się ulatnia i w ogóle go nie czuć.
   W przypadku takiego produktu ciężko jest mówić o konsystencji, dlatego opiszą Wam sposób jego aplikacji ;) W pakowaniu znajdują się 2 sztuki płatków, oddzielone od siebie foliami o takim samym kształcie. Dzięki temu nie są ze sobą sklejone. Te folie teoretycznie mają ułatwiać aplikację (tak jak to było w przypadku maski z jedwabiu na twarz tej samej firmy), jednak w moim przypadku płatki za słabo przylegały do ich powierzchni i użycie tych folii jako pomocników było praktycznie niemożliwe. Musiałam więc wziąć płatki do rąsi i sama kombinować tak, żeby w jakiś sensowny sposób umieścić je w okolicy oczu. A uwierzcie mi, nie było to łatwe...jedwab, z którego zrobione są te maski, jest bardzo delikatny i cieniutki. Nie za bardzo chce współpracować i (przynajmniej mi) ciężko go było dopasować do oka. Kiedy już mi się to udało, to cały czas musiałam go poprawiać i przesuwać, bo się odklejał...do tego kształt tych płatków do mnie nie przemawia- bardzo utrudniały mi mruganie, z każdym mrugnięciem płatek wędrował mi gdzie tylko dusza zapragnie i musiałam go poprawiać...niby miał przylegać i być idealnie dopasowany, a tu taki zonk. Zdaję sobie sprawę z tego, że było w tym dużo mojej winy, widocznie nie nałożyłam maski tak jak trzeba. Ale skoro jest to produkt przeznaczony dla każdego, to powinien być tak skonstruowany, aby nikt nie miał problemu z jego nałożeniem ;)

Tak wygląda pojedynczy płatek ;)

   A tak powinna wyglądać poprawnie zaaplikowana maska. Ja miałam z tym problemy, więc u mnie było mnóstwo krzywizn i wybrzuszeń :D



DZIAŁANIE

   Do działania nie mam jakiś większych zastrzeżeń. Płatki są bardzo delikatne i mięciutkie, przyjemnie chłodzą i odświeżają okolice oczu. Gdyby nie to, że ciągle musiałam je poprawiać i przyklejać do skóry, ich używanie byłoby bardzo relaksujące ;)
   Maski są mocno nawilżone płynem, nie zauważyłam żeby wysychały podczas noszenia. Dodam, że tego odżywczego eliksiru jest naprawdę sporo, dlatego mamy pewność, że odpowiednio zadba on o okolice naszych oczu.
   Czy zauważyłam jakieś efekty pielęgnacyjne? Owszem! Po zdjęciu maski, skóra jest cała mokra od płynu. Kiedy on się wchłonie, nie pozostaje żadne nieprzyjemna, lepka warstwa. Skóra jest nawilżona, wygląda na wypoczętą i świeżą. Do tego zauważyłam, że jest nieco bardziej napięta. Oczywiście po 1 użyciu nie zauważyłam spektakularnej redukcji cieni pod oczami, może MINIMALNIE się rozjaśniły. Z pewnością musiałabym stosować ten produkt częściej, aby efekty były zauważalne. 
   Jedyny minus to fakt, że odczuwałam lekkie szczypanie oczu, kiedy miałam nałożoną maskę. Oczywiście przesunęłam ją w taki sposób, aby nie miała z nimi kontaktu, jednak szczypanie było nadal odczuwalne. Podrażnienie nie wystąpiło, oczy nie były zaczerwienione, jednak nie było to zbyt przyjemne uczucie :(

A tak wygląda ta maska na moim oku :)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Za opakowanie zawierające 2 sztuki tych płatków zapłacimy 10 zł. Spora cena, jak na produkt jednorazowego użytku, ale te materiałowe maseczki już tak mają- wszystkie są drogie :D
   Możecie ją kupić w sklepie internetowym Orientany, lub stacjonarnie, np. w drogeriach Jaśmin.


   Gdyby nie kłopotliwa aplikacja i niezbyt komfortowe noszenie, pewnie zainwestowałabym w tą maskę po raz 2. Jak na jednokrotne użycie, pozytywnie zaskoczyła mnie efektami i wierzę, że przy regularnym stosowaniu zupełnie pozbyłabym się cieni, a skóra pod oczami wyglądałaby niczym po kuracji Photoshopem :D Niestety, nie mam ochoty po raz kolejny męczyć się z dopasowywaniem tych płatków i ich ciągłym poprawianiem.


PLUSY:
-przyjemny, delikatny zapach
-płatki są delikatne i mięciutkie
-fajnie odświeżają skórę 
-po ich użyciu skóra jest nawilżona i napięta, widocznie bardziej odżywiona
-zauważyłam MINIMALNĄ redukcję cieni pod oczami

MINUSY:
-aplikacja i dopasowanie płatków do oczu sprawiło mi sporo problemu
-płatki utrudniały mruganie, przy każdym mrugnięciu się odklejały i przesuwały...
-odczuwałam leciutkie szczypanie oczu, kiedy płatki były przyklejone do skóry
-cena


A Wy lubicie takie maski pod oczy?
Stosujecie jakieś produkty, które pozwalają Wam zadbać o te okolice?

   

30 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Beauty Blender made in China :D

3/13/2014 Ania T.


   Kiedy pokazałam Wam lutowe denko, wiele z Was pytało się mnie o gąbeczkę jajeczko ;) Dzisiaj chciałabym Wam ją zaprezentować. Od razu zaznaczam, że gąbeczka z denka, to nie ta sama gąbeczka, którą dziś opiszę. Obie pochodzą z innych sklepów, łączy je jedynie kolor i kształt ;) Jednak aplikacja podkładu i efekt, jaki obie dają jest identyczny, więc właściwościami się nie różnią.

   Bohater dzisiejszego postu to jajeczko prosto z Chin :D Dostałam je do testów od sklepu internetowego Rosewholesale.


   Jajeczko jest mięciutkie i bardzo elastyczne. Dobrze leży w dłoni i wygodnie nakłada się nim podkład. Szersza końcówka służy do aplikacji podkładu, ma porowatą strukturę:


   Węższa końcówka, którą ja nazywam "dzióbkiem" ułatwia aplikację korektora. Ja jednak mam korektor z bardzo wygodną gąbeczką, dlatego "dzióbek" jeszcze nie został użyty :D


   Jak wygląda aplikacja podkładu za pomocą tego wynalazku? 
   Najważniejszym etapem jest zmoczenie gąbeczki w wodzie, zanim zaczniemy nakładanie podkładu na twarz. Gąbeczka dobrze chłonie wodę i w trakcie aplikacji nadal będzie mokra. Następnie musimy wycisnąć odrobinę podkładu na dłoń i zanurzyć w nim szerszą końcówkę jajeczka. Zauważymy, że część podkładu "wejdzie" w pory. Aplikujemy go za pomocą metody "stempelków"- przykładamy gąbeczkę do twarzy i "stemplujemy", do czasu, aż wszystkie plamki podkładu, powstałe podczas tej czynności, idealnie stopią się ze skórą.

Tak wyglądają "stempelki" zrobione za pomocą gąbeczki.

Jaki efekt uzyskujemy aplikując podkład tą gąbeczką?
   Kiedy wklepiemy "stempelki" tak, że stopią się ze skórą, uzyskamy bardzo zaskakujący efekt. Podkład będzie rozprowadzony bardzo równomiernie, bez smug (oczywiście pod warunkiem, że wszystkie plamki zostaną dobrze wklepane w skórę). Jeśli kolor kosmetyku będzie dopasowany do naszej karnacji, to granice pomiędzy brodą a szyją nie będą w ogóle widoczne. Twarz będzie wyglądała świeżo, zupełnie jakbyśmy nie nałożyli na nią żadnego kosmetyku. Efekt będzie bardzo naturalny, ale jednocześnie uzyskamy równomierne krycie. Ja jestem bardzo zadowolona z tego, jak moja buzia prezentuje się po użyciu tego jajeczka.

"Pranie" i czyszczenie gąbeczki
   Po aplikacji podkładu, gąbeczka niestety pozostaje zabrudzona. Podkład wchodzi w pory i bardzo ciężko jest to wyprać. Sama woda tutaj nie pomoże, z mydłem wcale nie jest lepiej. Jajeczko pozostaje po prostu brudne i nic z tym nie możemy zrobić :( Poprzednie musiałam wymienić właśnie z tego powodu- było już tak oblepione podkładem, że aplikacja przestała być przyjemnością. Chiński produkt ma jeszcze jeden minus, podczas płukania go w wodzie...wypłukuje się kolor! Kiedy wyciskam gąbeczkę, widzę jak lecą z niego strugi różowej wody! Obawiam się, że jak dłużej go poużywam, to zupełnie wyblaknie :D Dobrze, że chociaż nie barwi twarzy na różowo...

Jajeczko ubrudzone podkładem, którego nie da się domyć, mimo użycia mydła :(

Cena i dostępność
   To konkretne jajeczko można kupić w sklepie internetowym Rosewholesale, kosztuje nieco ponad 3$, przesyłka jest za darmo. Przesyłka zza granicy trochę trwa, więc musicie się z tym liczyć...ale podobne produkty możecie kupić także w Polskich sklepach. Swoje poprzednie kupiłam w sklepie internetowym Kokardi. To z Chin (w przeliczeniu na złotówki) jest nieco tańsze.

Czy warto?
   Dla osób, które nie lubią nakładać podkładu palcami, a szkoda im pieniędzy na pędzel, takie jajeczko będzie idealne. Beauty Blender to nie jest, dlatego nie spodziewajcie się po nim cudów. Ta gąbeczka ma swoje minusy, ale z drugiej strony, z rozprowadzaniem podkładu radzi sobie świetnie, dlatego chyba nie mam na co narzekać. Szczególnie, że jest to produkt na każdą kieszeń ;)

   Dziękuję bardzo sklepowi Rosewholesale, za możliwość przetestowania tego produktu, fakt, że otrzymałam go w ramach współpracy, nie wpłynął na moją opinię.
   I want to thank Rosewholesale shop, for an opportunity to try this sponge. Altough I've recieved this product from cooperation, my opinion is honest. 


Znacie gąbeczki-jajeczka?
Używacie ich?
Co o nich myślicie?

PS: Nie zapomnijcie o ogłoszonym wczoraj rozdaniu ;)




58 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!