2 w 1: krem tonujący + korektor. Czy takie rozwiązanie się sprawdza? Sebium AI Correcteur Bioderma.

2/24/2014 Ania T.


   Nigdy nie byłam fanką produktów "ileś tam w jednym", zawsze wyznawałam w życiu dewizę, że jeśli coś jest do wszystkiego to jest...do niczego. Jednak kiedy Bioderma ogłosiła na swoim fanpage'u informację, że poszukuje testerów jednego ze swoich produktów, zgłosiłam się bez wahania. Czemu? Lubię firmę, miałam okazję wypróbować m.in. wspaniały płyn micelarny (którego nikomu nie trzeba przedstawiać), dlatego postanowiłam spróbować swojego szczęścia, z nadzieją, że znajdę kolejną perełkę. Czy to się udało? Zapraszam do czytania! ;)


OPAKOWANIE


   Kartonik skrywa tubkę, która składa się z 2 części (ale o tym za chwilę ;) )


   Jeśli otworzymy wieczko nakrętki, ukarze się nam taki oto widok:


   Wieczko skrywa skarb w postaci zielonego korektora oraz lusterka. Niestety, zwierciadełko jest takie małe, że średnio nadaje się do poprawiania makijażu.
   Z kolei jeśli odkręcimy nakrętkę, widzimy dziubek, przez który wyciskamy krem tonujący:



SKŁAD


   Powyżej skład kremu tonującego, poniżej korektora. 


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Korektor jest niemal pozbawiony zapachu, z kolei krem pachnie bardzo przyjemnie. Jego aromat jest naprawdę miły dla nosa. Z tego co zauważyłam, pachnie tak samo jak inne produkty Biodermy z serii dla cery problematycznej.
   Korektor jest bardzo gęsty, nakładam go zwykle pędzelkiem. Nie ma problemu z jego rozprowadzaniem, dobrze współpracuje z narzędziami do makijażu ;) Natomiast krem zaskoczył mnie tym, że jest bardzo rzadki jak na tego typu produkt. Po nałożeniu na twarz, potrafił z niej spłynąć, więc musiałam go bardzo szybko rozprowadzać. 


DZIAŁANIE

   Zacznę może od korektora, bo jak dla mnie to on jest zwycięzcą w tym duecie. Początkowo trochę się bałam, czy nie będzie zbyt jasny (nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z zielonym korektorem), ale na szczęście moje obawy okazały się niesłuszne. Korektor bardzo dobrze współgra z odcieniem mojej cery (jednak warto zaznaczyć, że moja skóra na twarzy jest naprawdę jasna), zakrywa zaczerwienienia i rozszerzone naczynka. Co prawda jeśli nałożę go dużo (a na naczynka przy nosie muszę zaaplikować więcej), to widać jasne plamy, ale bardzo łatwo je zakryć podkładem. Mój podkład idealnie sobie radzi z maskowaniem jaśniejszych miejsc, dzięki czemu zielony korektor jest praktycznie niewidoczny.  
   Nie zauważyłam aby się ścierał, jest trwały. 
   Jedyne co mogę mu zarzucić to to, że "wchodzi" w rozszerzone pory :(


   Natomiast krem tonujący już mnie tak nie zachwyca. Zacznę może od plusów, bo kilka z nich udało mi się znaleźć.
   Pierwszym z nich niewątpliwie jest zapach, o którym wspominałam już wcześniej. Aromat ten bardzo uprzyjemnia mi używanie tego produktu.
   Podoba mi się także to, że bardzo dobrze się rozprowadza po skórze, jest lekki i "wtapia" się w skórę, dzięki czemu praktycznie nie czuję, że mam go na twarzy. 
   Nie zauważyłam aby zatykał pory, nie mam także problemów z jego demakijażem. 
   Dobrze zakrywa niedoskonałości i współpracuje z zielonym korektorem.
   Mogłoby być idealnie gdyby nie pewien bardzo istotny szczegół; JEST DLA MNIE ZA CIEMNY! Mimo, że to odcień "Light", teoretycznie przeznaczony dla jasnej cery, to sprawia, że moja twarz wygląda okropnie! Jest pomarańczowo-brązowa, jakbym dopiero co wyszła z długiej sesji na solarium. Pokażę Wam jego porównanie z podkładem, którego używam na co dzień:

Na górze: krem tonujący Biodermy, na dole: podkład Matte & Cover Paese

   Na pierwszy rzut oka nie widać takiej dużej różnicy, jednak produkt Biodermy jest przeznaczony dla cery, która wpada w bardziej pomarańczowe tony. U mnie tworzy okropny efekt, jakbym miała na twarzy źle dopasowaną kolorystycznie maskę...
   Po roztarciu kolory są bardzo do siebie podobne (chociaż widać, że Biodermie blisko jest do pomarańczu), ale uwierzcie mi, że efekt jaki dają na twarzy jest nieporównywalny!


   Myślę, że fakt, iż ten krem tonujący jest dla mnie zdecydowanie za ciemny najlepiej oddaje TO zdjęcie:


   Zobaczcie jaka jest różnica pomiędzy kolorem twarzy (na którą został nałożony krem tonujący Bioderma), a szyją, która została "czysta". Producencie, APELUJĘ! Stwórzcie kolor, który NAPRAWDĘ będzie dopasowany do jasnej cery! 
   Kolejną rzeczą, do której mogę się przyczepić to trwałość i efekt matu (który rzekomo ten produkt ma nam zapewnić). Przetestowałam go na wiele sposobów, opiszę Wam moje odczucia odnośnie każdego z nich.
  • Pierwszy sposób: sam krem, jego trwałości nie mam nic do zarzucenia, jednak sam z siebie nie daje absolutnie żadnego efektu matu. Cera świeci mi się po nim niemiłosiernie. Puder matujący będzie niezbędny...
  • Drugi sposób: krem + Sebium Pore Refiner, z produktem Biodermy z tej samej serii, którego zadaniem jest wygładzenie skóry i zmniejszenie widoczności porów, krem współpracował nieźle. Matował lepiej niż bez użycia Pore Refinera. Jednak efekt matu nie utrzymywał się długo (max. 1 h).
  • Trzeci sposób: krem + baza pod makijaż + inny podkład. W tej kombinacji sprawdził się najlepiej, efekt matu utrzymywał się 2-3 godziny, jednak ze względu na to, że jest ZA CIEMNY, zmieniał kolor mojego podkładu (który w efekcie także stawał się niedopasowany kolorystycznie). Przez to miałam efekt maski na twarzy (choć trzeba przyznać, że była zmatowiona).

   No cóż, brak matowienia jeszcze bym zrozumiała, ale ten za ciemny odcień jest po prostu nie do przeżycia. Ten produkt byłby dobry, gdyby ktoś nie wpadł, żeby dorodną pomarańczę nazwać kolorem "light", przeznaczonym dla jasnej cery :) A szkoda, bo miałam wobec niego duże nadzieje...dobrze, że chociaż korektor sprawdził się bez zarzutu ;)


   CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena jest spora, produkt kosztuje 52 zł. Z jednej strony jest to zrozumiałe, dermokosmetyki, przechodzące rygorystyczne testy w laboratoriach i opracowywane z największą uwagą i starannością, zawsze są droższe niż kosmetyki typowo drogeryjne. Ale patrząc na to, że w tym duecie podpasował mi jedynie korektor, to cena ta jest zdecydowanie zawyżona. 
   Możecie go dostać w drogeriach takich jak Super Pharm czy Hebe, oraz w aptekach, gdzie dostępne są kosmetyki Bioderma. Oczywiście kupcie go także przez internet ;)

   
   Dziękuję firmie Bioderma za wybranie mnie do testów tego duetu :) Mam nadzieję, że postaracie się ten produkt ulepszyć na tyle, że będzie mogła go kupić każda dziewczyna o alabastrowym obliczu...i będzie z niego zadowolona w 100%! ;)


Podsumowanie (plusy i minusy) sobie dziś odpuszczam, bo jestem ciekawa ile osób DOKŁADNIE przeczyta tą notkę (komentarze to zweryfikują ).



73 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Piękna z natury: jogurt naturalny dla zdrowia i urody :)

2/22/2014 Ania T.


   Bardzo długo nie publikowałam żadnej notki w dziale piękna z natury, ale to wcale nie znaczy, że straciłam zainteresowanie naturalną pielęgnacją ;) Dzisiaj przedstawię Wam produkt, który chyba każdy bardzo dobrze zna i ma w swojej lodówce ;) Jednak mam nadzieję, że moje porady pozwolą Wam spojrzeć na niego nieco innym okiem ;)

   Domyślacie się co to może być za produkt? Oczywiście jogurt naturalny! Jest nie tylko zdrowy, ale też pozwala nam zadbać o piękny wygląd. Ponad to możemy go dostać w praktycznie każdym sklepie za niewielkie pieniądze...czego chcieć więcej? ;)


  • Co to jest jogurt naturalny?
   Jest to produkt powstający w wyniku samoczynnego zakwaszenia się mleka. Bakterie fermentacji mlekowej, min. z rodziny Lactobacillus w naturalny sposób przeprowadzają fermentację mlekową, co nadaje jogurtowi charakterystyczny smak, zapach i właściwości. 

Jogurt naturalny

  • Jakie właściwości ma jogurt naturalny i w jakim celu się go stosuje?
   Jogurt naturalny jest bogaty w witaminy z grupy B (B1, B2, B6 i B12), ponadto zawiera dużo białka, wapnia i cynku. Bakterie fermentacji mlekowej pomagają w przywróceniu naturalnej flory jelitowej np. w czasie kiedy bierzemy antybiotyki, oprócz tego, mikroorganizmy wzmacniają także naturalną naturalną barierę ochronną organizmu (bakterie fermentacji mlekowej przyczepiają się do ścianek jelita, dzięki czemu uniemożliwiają zagnieżdżanie się tam bakterii patogennych). Ze względu na zawartość wapnia wzmacnia kości. Może być stosowany nie tylko w kuchni, ale także w codziennej pielęgnacji ciała i włosów. Można z niego wykonywać maseczki, ale jest też niezastąpiony podczas gdy wystąpią "kobiece" problemy ;) 


  • Mój naturalny test!
   Jakiś czas temu złapała mnie paskudna kobieca infekcja. Ale nie jestem w tym osamotniona! Takie problemy bardzo często towarzyszą płci pięknej często uczęszczającej na basen, czy korzystającej z publicznych toalet. Osoby cierpiące na przewlekłe zapalenie dróg moczowych (moja zmora od czasów gimnazjum -.-) i przyjmujące antykoncepcję hormonalną, także powinny szczególnie dbać o florę bakteryjną swoich narządów rodnych ;) Moja pani ginekolog poleciła mi odstawić wszelkiego rodzaju żele i płyny do higieny intymnej, ponieważ zaburzają one florę bakteryjną. Powiedziała, że najlepszą alternatywą jest...podmywanie się jogurtem naturalnym! Uwierzcie mi, że w pierwszej chwili miałam ochotę wybuchnąć śmiechem, ale stwierdziłam, że nic mnie to nie kosztuje, więc wypróbowałam ten sposób. 

   Jak używałam jogurtu naturalnego?

   Tak jak już wcześniej wspomniałam, idąc za radą pani doktor, używałam go do podmywania. Brałam odrobinę produktu na dłoń i używałam jak płynu do higieny intymnej, potem spłukiwałam. Taka "terapia" polecana jest każdej kobiecie, którą męczą często powracające infekcje intymne, czy po antybiotykoterapii (nawet nie wiecie jak te paskudy wyjaławiają mikroflorę organizmu!). Polecam także tym osobom, które często korzystają z basenu czy publicznych toalet. Ale UWAGA (!!!) z używaniem jogurtu naturalnego w taki sposób, jaki opisałam nie należy przesadzać! Najlepiej wcześniej to skonsultować z lekarzem, ponieważ stosowanie tej metody zbyt często może doprowadzić do zakwaszenia środowiska w pochwie! Jeśli nie macie żadnych problemów natury kobiecej, polecam Wam spożywanie tego produktu (czyli przyjmowanie drogą doustną XD), wtedy dobroczynne bakterie zasiedlają cały nasz układ pokarmowy, ale także rozrodczy, jednak jest to bezpieczniejsza metoda od podmywania, bo nie ma niebezpieczeństwa zakwaszenia ;) 

  Oprócz tego z jogurtu naturalnego można sporządzać maseczki na włosy oraz na twarz. 
  TUTAJ znalazłam banalny przepis na maseczkę na włosy z tego produktu, trzeba tylko pilnować aby wybrany przez nas jogurt nie miał żadnych chemicznych dodatków. Wystarczy nałożyć go na nieumyte włosy, zawinąć w ręcznik i zmyć po 30 minutach. Do takiej maseczki możemy dodać ulubione dodatki: np żółtko jajka, miód czy olej. Taka mieszanka będzie idealna dla suchych włosów, odpowiednio je odżywi i nawilży. 

  Z kolei TUTAJ znalazłam ciekawe receptury na maseczki na twarz. Jogurt będzie dobry dla osób z wrażliwą skórą, nałożony na twarz na 10-20 minut nawilży ją i rozjaśni jej koloryt.A jeśli zmieszamy go z miodem oraz cytryną, otrzymamy mieszankę antybakteryjną. Idealnie nadaje się też do pielęgnacji dłoni. Miks jogurtu ze zgniecionymi kawałkami banana nawilży skórę naszych rąk. 

   
Na co więc czekacie?
Biegnijcie do najbliższego sklepu spożywczego i już dziś zadbajcie o siebie z jogurtem naturalnym ;)


52 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Skittles w formie świeczki? Czemu nie :D Świeca Jelly Belly Lemon Lime od Homedelight.

2/20/2014 Ania T.


   Osoby, które kiedykolwiek miały styczność z marką Jelly Belly, na pewno kojarzą ją z charakterystycznymi żelkami w kształcie fasolek. Jakiś czas temu firma Wax Lyrical z Anglii postanowiła wykorzystać sławę fasolek i we współpracy z producentem słynnych żelek, wypuściła na rynek świece, których zapach jest oparty na smakach produktów Jelly Belly. Do wyboru mamy wiele rożnych aromatów, w moje ręce trafił zapach Lemon Lime :) A to wszystko dzięki Homedelight :)

   Świeca umieszczona jest w metalowej puszce, która jest zamykana czerwonym wieczkiem. Metal jest solidny, nie wygina się, nie powstają na nim żadne wgniecenia.



   Etykietka jest ozdobiona kolorowymi fasolkami, żeby nie było wątpliwości czemu świeca zawdzięcza swój zapach ;)


   Puszka skrywa w sobie soczyście zieloną zawartość :) Kolor świecy bardzo optymistycznie nastraja ;)


   Piękny i bardzo orzeźwiający zapach świeczki czuć już przez metal! Zapach to połączenie limonki, cytryny i pomarańczy. Każda z tych nut jest wyczuwalna podczas palenia, jednak jak dla mnie dominuje limonka. Jest bardzo świeży, kojarzy mi się z cukierkami Skittles (niestety, nie miałam okazji sprawdzić jak pachną fasolki Jelly Belly). Nie jest wyczuwalny od razu po zapaleniu, musimy odczekać jakieś pół godziny zanim rozejdzie się po pokoju. Dużym plusem dla mnie jest to, że zapach nie traci na swojej intensywności i jest bardzo podobny do tego, który wyczuwamy w opakowaniu. 


   Cena takiej świecy to 30 zł. Sugerowany czas palenia to 16h (+/- 3h), ja nie jestem w stanie tego zweryfikować, bo bardzo ją oszczędzam i jeszcze nie zdążyłam jej wypalić do końca :D Możecie ją kupić w sklepie Homedelight.

   Tak jak już wcześniej pisałam, do wyboru mamy wiele wariantów zapachowych, więc każdy powinien znaleźć aromat dla siebie ;) 
   
   Podoba mi się w tym produkcie to, że naprawdę realistycznie pachnie. Zapach jest świeży, bardzo energetyczny i równie piękny po zapaleniu, jak i w opakowaniu. Cena jest jak dla mnie nieco za wysoka, jednak myślę, że warto kupić choć jedną świeczkę na wypróbowanie ;) Dla fanów nowinek zapachowych jest to pozycja obowiązkowa! Ja należę do maniaków wszelkiego rodzaju umilaczy, dlatego mnie ten produkt zadowolił. I zastanawiam się nad kupnem kolejnej sztuki, ale mam dylemat jaki wybrać zapach :D




Znacie świece Jelly Belly?
A może mieliście okazje spróbować ich żelkowych fasolek?
Co myślicie o tym produkcie?


46 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Moja pierwsza videorecenzja! Peeling do stóp Evree :)

2/18/2014 Ania T.

   Dzisiaj mój blog wzbogaca się o kolejną nowość :) Tym razem nie jest to żaden nowy dział. Postanowiłam nakręcić swoją PIERWSZĄ WIDEORECENZJĘ! Od razu zaznaczam, że nie posiadam profesjonalnego sprzętu, nie znam się także na obróbce wideo (ale uwierzcie mi, że próbowałam sprawić, żeby ten filmik był jak najlepszy!). Z góry Was przepraszam za wszelkie szumy, niedociągnięcia czy ewentualne błędy językowe...stres robi swoje :)

   Mam nadzieję, że filmik Wam się spodoba. Jeśli tak, to bardzo prawdopodobne, że w przyszłości pojawi się ich więcej :)

   Jest to videorecenzja produktu, który znalazłam w styczniowym Shiny Boxie 2014- peelingu do stóp firmy Evree. Jeśli jesteście ciekawi co o nim myślę, zapraszam do oglądania! :)






Czekam na Wasze sugestie i komentarze (również te negatywne) ;)



68 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Spotkanie 15.02.2014- blogerki z Warszawy (i nie tylko!) dla Stasia!

2/17/2014 Ania T.


   15 lutego nie był zwykłym dniem. W sobotę zebrałyśmy się w Pochwale Niekonsekwencji nie tylko po to, żeby (jak zwykle) poplotkować i dzielić się kosmetycznymi spostrzeżeniami, ale także po to, żeby pomóc pewnemu małemu, cudownemu i przekochanemu Stasiowi! Blogerki z różnych zakątków Polski zjechały się żeby świętować spóźnione Walentynki :D Tym razem żadna z nas nie dostała ani kartki, ani bukietu...ale tak się jakoś złożyło, że wybrałyśmy sobie ten sam obiekt uwielbienia :D Zanim jednak poznacie naszego tajemniczego mężczyznę, na którego widok szybciej bije serducho...musicie przeczytać całą relację do końca! :D

   Miało być nas 15, niestety 2 osoby nie dotarły. Ale z pewnością były z nami duchem! :D Miałam okazję osobiście poznać blogerki, których blogi znam i odwiedzam, ale do tej pory nie widziałyśmy się na żywo :) Fajnie było Was spotkać laseczki ;) I mimo, że jestem strasznie roztrzepana, rozgadana i mam mnóstwo energii, to ja naprawdę jestem do każdej z Was mega pozytywnie nastawiona! I mam nadzieję, że kiedyś jeszcze spotkamy się w takim samym, albo chociaż podobnym, składzie :)

Plakietki wykonane przez Alę



48 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Męskie testy: Żel pod prysznic FA MEN Xtra Cool Glacier Minerals

2/16/2014 Ania T.


   Miała być dziś relacja ze spotkania, ale nie mam jeszcze wszystkich zdjęć, dlatego pojawi się w innym terminie :D Dziś mam dla Was recenzję męskiego żelu pod prysznic, który od jakiegoś czasu namiętnie testuje mój brat. Z góry przepraszam za jakość niektórych zdjęć, nie mam ze sobą mojej lampy, a w łazience u rodziców (i nie tylko w łazience) ciężko jest złapać dobre światło ;)

OPAKOWANIE



   Miękka buteleczka z przezroczystego plastiku pozwala nam sprawdzić ile produktu zostało w środku.
Zamknięcie jest porządne, a dziura, przez którą wylatuje produkt, dozuje tyle żelu, ile trzeba.



SKŁAD



ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Żel pachnie typowo "męsko", trochę cierpko, mocno, ale orzeźwiająco. Przez jakiś czas utrzymuje się na skórze, ale nie jest na tyle silny żeby zabić smród basenowego chloru (brat bierze go głównie na basen).
   Konsystencja jest typowa dla żelu, nie jest ani za gęsty, ani za rzadki. Ma dość intensywny, niebieski kolorek.




DZIAŁANIE

   Swoją główną funkcję, czyli mycie, pełni bardzo dobrze. Pieni się przyzwoicie, brat bardzo go sobie chwali. Za każdym razem zabiera go ze sobą na basen i jest z niego zadowolony (bo wiadomo, że po wyjściu z basenu należy się porządnie umyć).
   Jak już wcześniej wspomniałam, nie zmywa zapachu chloru (chociaż ten smrodek mało co jest w stanie zmyć dokładnie), jednak daje przyjemne (choć niezbyt mocne) uczucie chłodzenia i odświeżenia.
   Ponad to nie podrażnia ani nie wysusza skóry. A jest to ważne w momencie kiedy ktoś niemal codziennie korzysta z basenu ;) Brat nie zauważył aby żel miał jakiekolwiek właściwości nawilżające.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Z tego co udało mi się znaleźć w internecie wynika, że ten żel kosztuje ok 10 zł. Nie jest to jakaś zawrotna cena. Jest też całkiem wydajny, ponieważ brat całkiem oszczędnie go dozuje :D
   Dostępny w każdym markecie czy drogerii, w której można kupić produkty FA.


 Niewiele więcej udało mi się z niego wyciągnąć :D Ale z jego opisu wynika, że ten żel mu bardzo przypasował i nie znalazł w nim żadnych minusów. Nie oczekujmy jednak cudów po zwykłym żelu pod prysznic, bo jest to kosmetyk, który na naszej skórze jest tylko przez chwilę i ma jedynie zmyć z niej zanieczyszczenia. Tą funkcję spełnia jak należy ;)


PLUSY:
-wygodne opakowanie
-ładny "męski" zapach
-dobrze się pieni
-nie wysusza skóry
-lekko chłodzi i dobrze odświeża skórę
-nie podrażnia skóry
-cena
-wydajność
-dostępność

MINUSY:
-nie nawilża (chociaż nie ma co oczekiwać spektakularnego nawilżenia po żelu pod prysznic...)
-nie radzi sobie ze "zmywaniem" intensywnych zapachów z ciała np. chloru (brat bierze go na basen)


Znacie ten żel?
Lubicie go? 


20 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Kosmetyczny słowniczek cz.III: kajal, mumio, ajurweda, OCM

2/14/2014 Ania T.


   Trochę zaniedbałam serię "Kosmetyczny słowniczek", jakoś brakowało mi natchnienia, a mimo moich próśb, nikt z Was nie zaproponował żadnych haseł, które mogłabym w tym słowniczku wykorzystać :D Tym razem w wyszukiwaniu trudnych haseł BARDZO pomocny był mi blog Helfy, oraz strona internetowa Helfy. To z nich pochodzi większość informacji i serdecznie Was na nie zapraszam :) Zamiast czytać kolejny wpis o pomysłach na Walentynkowe wypieki, prezenty, manikiury...zdobądźcie trochę wiedzy! Może Wam się do czegoś przyda. Przy okazji zapraszam Was także do poprzednich części słowniczka: część I i część II. Zaczynamy!

KAJALinaczej kohl. Naturalny kosmetyk do makijażu oczu, stosowany przede wszystkim w krajach Orientu. Służy do podkreślania, ale także pielęgnacji oczu. Służył do ochrony gałki ocznej przed piaskiem i mocnymi promieniami słonecznymi. Tradycyjny kajal był przygotowywany z pasty z drzewa sandałowego. Kajale mogą oprócz tego zawierać  oleje (np. musztardowy lub ze słodkich migdałów) a także różne zioła i wyciągi z owoców (np. owocu amli). 

Źródła: 12


MUMIOnaturalny nalot na skałach powstający w niektórych masywach górskich, zwłaszcza w Azji Środkowej. Inne określenia to „sok skalny”. W jego skład wchodzą składniki organiczne i nieorganiczne. Te składniki to: żywice i substancje żywicopochodne, mikro oraz makroelementy. Mumio nie zawiera żadnych szkodliwych ani toksycznych składników. Może być stosowany zewnętrznie i wewnętrznie. Działa kojąco i odbudowująco na wrażliwą skórę. Wzmacnia włosy, niweluje łupież, stymuluje wzrost włosów. Można z niego robić płukanki do włosów, olejki oraz maści.

Źródło: 1


AJURWEDA- system medycyny indyjskiej rozwinięty w starożytności. Ajurweda zajmuje się zdrowiem psychicznym, fizycznym ale także duchowym. Według ajurwedy wszystko składa się z 5 żywiołów: przestrzeni, powietrza, ognia, wody oraz ziemi. Istoty żywe posiadają ponad to jeszcze jeden element: prana. Prana to energia życiowa. U podstaw tych 5 żywiołów leżą 3 bioenergie: wata, pitta i kapha. Ajurweda „leczy” na wiele sposobów, między innymi poprzez terapię oczyszczającą, masaże, stosowanie ziół i olejów ajurwedyjskich czy odpowiednią dietę.

Źródło: 1


OCM (Olejowe oczyszczanie twarzy)- mycie twarzy metodą olejową. Główną zasadą jest to, ze tłuszcz dobrze rozpuszcza się w tłuszczu. W tej metodzie stosuje się naturalne oleje, które są bezpieczne dla skóry i nie zaburzają jej gospodarki lipidowej. Oleje muszą być odpowiednio dobrane do typu cery. Skóra tłusta/mieszana wymaga olejów lekkich: ze słodkich migdałów, pestek winogron. Do skóry suchej można stosować oleje cięższe: arganowy czy kokosowy.

Źródło: 1



50 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Żurawinowa miłość od pierwszego użycia...żurawinowy peeling z brązowym cukrem Kivvi.

2/10/2014 Ania T.


   Ten peeling wygrałam w konkursie u Angel, który zorganizowała razem ze sklepem internetowym Biosna. Jestem fanką żurawiny w każdym wydaniu, oprócz tego dbam o regularne peelingowanie ciała, dlatego nagroda była dla mnie idealna :) Czy ten peeling się u mnie sprawdził? :)


OPAKOWANIE


   Z jednej strony opakowanie szalenie mi sie podoba! Prosty design, dbałość o każdy szczegół, porządna, metalowa zakrętka...


   No i ten elegancki słoiczek z mocnego, żółtego szkła...


   Ja jednak nie jestem fanką szklanych opakowań. Wyglądają pięknie, ale jak dla mnie są trochę niepraktyczne, po pierwsze są cięższe niż opakowania plastikowe, a po drugie łatwo je uszkodzić. Ja z moim peelingiem obchodziłam się jak z jajkiem, więc nie bałam się o to, że opakowanie mi się stłucze. Ale wiadomo, że wypadki chodzą po ludziach...co prawda szkło wygląda na bardzo solidne, ale naprawdę nie chciałabym sprawdzać, czy takie jest w rzeczywistości ;)


SKŁAD


   Skład po prostu powala! Brązowy cukier, naturalne ekstrakty, oleje, oleje i jeszcze raz oleje. Większość z tych składników pochodzi z certyfikowanych upraw organicznych. Takiego INCI nie znajdziecie w drogeryjnych scrubach ;) 


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach jest bardzo przyjemny, lekko cytrusowy, orzeźwiający. Po kąpieli utrzymuje się na ciele, ale nie jest już tak mocny jak w słoiczku.
   Początkowo trochę ciężko było mi go wydobyć, bo był zbity i twardy. Na wierzchu była cieniutka warstewka olejków. Kiedy uda nam się "dobrać" do zawartości słoika, to nie ma dalszego problemu z wydobywaniem produktu. Kryształki cukru wraz z olejami dobrze przylegają do ciała, ale kiedy chcemy je spłukać, to nie sprawia to żadnej trudności. Nie "przyklejają" się do skóry. Wśród drobinek cukru znajdują się malutkie kawałeczki suszonej żurawiny wielkoowocowej. Inspirując się Esem, postanowiłam spróbować tego cuda (w końcu skład ma bardzo ładny, więc nie wierzyłam, że mógłby mi zaszkodzić). I wiecie co? JEST PRZEPYSZNY :D Smakuje jak dobre, cytrynowe ciasteczko :D

Te małe, czerwone paprochy to suszona żurawinka <3




DZIAŁANIE

   Kryształki brązowego cukru to bardzo mocne i bardzo dobre zdzieraki. Już niewielka ilość wystarczy żeby dokładnie zetrzeć martwy naskórek. Ciało po takim żurawinowym zabiegu jest miękkie i wygładzone. Olejki pielęgnują skórę- pozostawiają delikatną, lekko tłustą warstwę, która zapewnia nam nawilżenie. Nie jest to okropna, parafinowa warstwa (jak to było w przypadku TEGO kosmetyku), tylko lekko śliska powłoka, która nadaje skórze miękkości. Dzięki temu nie ma potrzeby nakładania balsamu :)
   Ze względu na to, że jest to mocny peeling, nie wiem, czy będzie nadawał się do bardzo wrażliwej i skłonnej do podrażnień skóry. Mimo zawartości łagodzących i pielęgnujących olejków, może okazać się zbyt mocny dla wrażliwców. 
   Jeśli chodzi o ujędrnienie skóry, zauważyłam, że po każdym użyciu jest fajnie napięta i sprężysta. Na pewno będzie dobrym przyjacielem kobiet, które walczą z uciążliwą, pomarańczową skórką ;)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena niestety jest wysoka, za 120 ml peelingu musimy zapłacić 72 zł :( Gdyby jeszcze kosmetyk był wydajny (tak jak chociażby TEN produkt, który starczył mi na PÓŁ ROKU regularnego używania)...ale niestety. Użyłam go jak do tej pory 5 razy, a już widzę denko. Smuci mnie to, bo go bardzo lubię.
   Z dostępnością też są pewne problemy, bo stacjonarnie raczej nigdzie go nie kupimy. Jednak można go dostać w internecie, chociażby w sklepie Biosna.


   Zakochałam się w tym kosmetyku od pierwszego użycia, jego zapach, działanie, a nawet smak...wszystkie moje zmysły go uwielbiają :D Bardzo żałuję, że jest tak mało wydajny, gdyby nie to, to pewnie sięgnęłabym po kolejne opakowanie! Jednak jeśli jesteście fankami naturalnych kosmetyków i lubicie mocne zdzieraki, to warto go wypróbować ;) Oczywiście jeśli macie w zanadrzu wolne 72 zł :D


PLUSY:
-eleganckie szklane opakowanie (idealne na prezent), wygląda pięknie (ale trzeba uważać żeby się nie stłukło)
-skład, skład i jeszcze raz skład. Sama natura i zero chemii!
-piękny, orzeźwiający zapach, który długo utrzymuje się na skórze
-łatwo się spłukuje ze skóry
-cudownie zdziera martwy naskórek, pozostawiając skórę bardzo gładką
-pozostawia delikatną warstewkę, która nawilża skórę. Dzięki temu nie muszę nakładać balsamu po peelingowaniu.
-ujędrnia skórę
-JEST SMACZNY :D (a po jego spróbowaniu nie dostałam żadnych problemów żołądkowych :D)

MINUSY:
-opakowanie jest piękne, ale szklane, trzeba na nie uważać...
-wysoka cena
-mała wydajność
-dostępny tylko w internecie


A Wy lubicie peelingować swoje ciało?
Jakie są Wasze ulubione produkty?
Znacie ten peeling?

   

79 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Zdobądź sobie obserwatorów za free- czyli witamy w świecie obserwacji za obserwacje!

2/09/2014 Ania T.


    Kiedy byłam jeszcze początkującą blogerką, wchodziłam na wiele blogów. Widząc liczby dobijające do 1000, 1500, zastanawiałam się, czy mi kiedykolwiek uda się dobić do takiej ilości osób. Wydawało mi się to niemożliwe i zawsze sobie myślałam, że albo taki blog istnieje już kilka lat, albo jego autor jest naprawdę wspaniały i pisze takie teksty, że ludzie sami do niego walą drzwiami i oknami.
  Niestety, im dłużej bloguje, tym mniejszą uwagę zwracam na liczbę obserwatorów. Dlaczego? A no dlatego, że ona o NICZYM NIE ŚWIADCZY!
   W dzisiejszych czasach nawet nie musisz chodzić po blogach i spamować (pozdrawiam wszystkich szanownych spamerów od komentarzy "fajny blog, obserwujemy?")! Wystarczy, że założysz sobie konto na Facebooku! Możesz pisać blog o wszystkim, nieważne czy to są sweet przemyślenia hot trzynastki, czy poważny blog "o życiu", blog kulinarny, modowy, urodowy, czy blog o tym jak wypasać kozy... i tak możesz zdobyć kupę obserwatorów! Jeśli prowadzisz fanpag'e, nie musisz wydawać pieniędzy na lajki na Allegro czy szukać sponsorów rozdań aby przyciągnąć ludzi. JEST NADZIEJA DLA TWOJEGO BLOGA I DLA TWOJEGO FANPAGE'A!
   Kiedy już masz to konto na twarzoksiążce, musisz wyszukać odpowiednie grupy, tutaj kilka przykładów, żeby strudzone umysły osób lubiących chodzić na łatwiznę nie musiały się zbytnio wysilać:




No i co drogie blogowe koleżanki i koledzy?
Warto się było tak wysilać?
Warto było rzetelnie prowadzić bloga, starać się pisać ciekawe notki, zostawiać innym komentarze na temat?
Przecież po co się starać jak można iść na łatwiznę :D

   Dołączając do grupy blogerskiej (typowo blogerskiej, nie żadnej podobnej do podanych powyżej) liczyłam na to, że uda mi się znaleźć kilka fajnych blogów czy trafić na ciekawe notki. Bo przecież takie grupy służą właśnie po to, żeby chwalić się w nich swoimi notkami, prawda? NO CHYBA JEDNAK NIE XD
  Otóż moi drodzy, niektórym nie wystarczają grupy w stylu "obserwacja za obserwacje", dlatego też zamiast wklejać do blogerskich grup sensowne i wartościowe posty, ciągle spamują, spamują, spamują...i żebrają o komentarze czy obserwacje.


Nie, nie będę taka miła i nie dobije ci do 25, ani tym bardziej 30 obserwatorów. 
Spokojnie, nie musisz mi za to dziękować ;)


Serio? Odwdzięczasz się?
A ja myślałam, że to normalne, że człowiek odpisuje swoim czytelnikom na komentarze i odwiedza ich blogi. Przynajmniej taki człowiek, który do swoich czytelników ma szacunek a nie oczekuje tylko "komcia za komcia" :(


Niektórzy jak widać nie potrafią nawet w poprawnej polszczyźnie o te komenty i obserwacje poprosić...
Chyba bym nie chciała żeby mi ta pani skomĘtowała bloga :D 


Czyli polub moją stronę, a jak będę miała dobry humor to MOŻE się odwdzięczę.
Nie dzięki, taki deal mi się nie opłaca :D


Obsesja za obsesje? Nie dzięki, nie potrzebuję psychofanów...
Kominek za kominek? Za tego pana też podziękuję...
Niektórym nawet szkoda marnować klawiatury na pisanie pełnym zdaniem...


Wybaczcie, ale to mnie poruszyło do głębi.
Liczy na SZCZERE komentarze i SZCZERYCH obserwatorów, reklamując bloga w ten sposób i proponując wymianę obserwacjami. A przepraszam! PRAWDOPODOBNĄ wymianę, bo Pani wcale nie obiecuje, że zaobserwuje i Twój blog :D

ALE TO NIE WSZYSTKO!
Oprócz tego, że na Facebooku możesz zdobyć kupę obserwatorów (i to prawie bez żadnego wysiłku, wystarczy, że najpierw sam zaobserwujesz każdy blog po kolei, nawet jeśli on Cię nie interesuje!) oraz lajków, to może nawet uda Ci się odpicować bloga za FREE!
NIEMOŻLIWE? A JEDNAK!


"Mi się nie chce, to odwalcie robotę za mnie". Oczywiście nie oczekujcie żadnej zapłaty, no bo po co? Uwierzycie, że znaleźli się chętni na taka ofertę nie do odrzucenia?

Wyobraźcie sobie, że to są pojedyncze screeny postów z 1 DNIA.
Codziennie w niby-blogerskich grupach pojawia się ich mnóstwo!
Z tego powodu z jednej musiała odejść, bo już nie mogłam znieść tego żebractwa.
Z tej, z której pochodzą powyższe screeny też się chyba wypisze...

I teraz apel do wszystkich!
Kochani- naprawdę nie musicie o nic żebrać i dołączać do grup na Facebooku!
Jeśli Wasz blog jest dobry, sam się obroni i zdobędzie obserwatorów!
Pomyślcie- czy warto? 
Po co Wam na blogu 1000 osób, które KOMPLETNIE TYM BLOGIEM NIE SĄ ZAINTERESOWANE?! Które nigdy więcej (poza tym razem kiedy wejdą i zaobserwują, bo przecież wymianka) do Was nie zajrzą, nie skomentują...ba, nawet zapomną, że takiego bloga kiedykolwiek obserwowały?!
Popatrzcie na dziewczyny, które prowadzą blogi od lat- dla nich te blogi to prawdziwa pasja. A obserwatorów, renomę i wyświetlenia zdobyły ciężką pracą, wspaniałymi wpisami i tym, że SZANUJĄ CZYTELNIKÓW. 
Ja prowadzę bloga ponad rok, daleko mi jeszcze do 1000, mogłabym go zdobyć dołączając do jednej z takich grup, albo odpowiadając na wszystkie te posty powyżej.
Tylko pytanie PO CO?
Wolę, aby ludzie, którzy przyjdą na tego bloga zostali tutaj na dłużej. A jeśli zaobserwują, to żeby zaobserwowali nie z przymusu, a dlatego, że chcą.
Nie jest mi potrzebne stado sztucznie nabitych czytelników...
Największym żalem napełnia mnie to, że wiele blogerek tak skrzętnie broni się przed spamem, wszystkie komentarze w stylu "obserwacja za obserwację" kasuje, ba, ma nawet notkę przy komentarzach, że spam nie będzie tolerowany...a potem widzę je spamujące na takich grupach.
Dziewczyny, szanujcie siebie i swoje blogi!
Nie postrzegajcie ich tylko jako potencjalnej maszynki do zarabiania kasy (bo przecież im więcej mam obserwatorów, tym więcej będę miała współprac!).
Blog powinien być pasją, powinnyście go pisać przede wszystkim dla SIEBIE!
Jeśli dodatkowo Wasz blog jest na tyle dobry, że ma wiernych czytelników (tych naprawdę wiernych, a nie tych zdobytych na grupach...), to własnie to powinno napawać Was DUMĄ.
A nie 1000 obserwatorów czy lajków zdobytych metodą wymiany...

I tutaj chciałabym od razu wyprzedzić "hejterskie" komentarze...
Jeśli ktoś lubi taki sposób zdobywania "sławy", to już jego problem.
Ja mam na ten temat odmienne zdanie i mam prawo je wyrazić ;)

ZANIM DODACIE JAKIKOLWIEK KOMENTARZ, PROSZĘ O PRZECZYTANIE CAŁEGO POSTA.
A NIE TYLKO FRAGMENTÓW ;) Bo nie chcę mi się potem wyjaśniać nieporozumień związanych z tym, że ktoś nie doczytał tekstu ;)


105 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Ku przestrodze! Anonim NIGDY nie jest anonimowy ;)

2/08/2014 Ania T.


Miałam dziś w planach inny wpis, jednak wczorajsza sytuacja za bardzo mnie zirytowała...
Jeśli jeszcze nie widzieliście wpisu udostępnionego na moim fanpage'u, to teraz macie okazję to nadrobić ;)

Michałosia pisze o pewnej blogerce, która uknuła taaaaaką intrygę, że głowa mała!
Aż nie mogłam uwierzyć, że ktoś może być zdolny do czegoś takiego...
Widać świat ma przede mną jeszcze dużo tajemnic :D

Wpis możecie przeczytać TUTAJ.

Pamiętajcie, że chowanie się pod pseudonimem "Anonima" nie gwarantuje Wam anonimowości ;)
Jeśli kogoś nie lubicie- powiedzcie mu to w twarz, albo przynajmniej nie bójcie się komentować z własnego konta. Blogerki to też ludzie- są otwarte na konstruktywną krytykę ;)
I niech nikomu z Was nie przyjdzie do głowy, żeby knuć takie intrygi!
Takie rzeczy ZAWSZE wypłyną na wierzch ;)



65 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!