Moim okiem- facet kontra kosmetyki!

1/30/2014 Ania T.


   Przez 23 lata mojego życia miałam do czynienia z wieloma facetami- tymi bardziej zadbanymi i tymi troszkę mniej :D Nie każdego poznałam jednak na tyle blisko, żeby odkryć jego kosmetyczne zwyczaje...jednak są tacy, których pod tym względem znam niemal na wylot :D Zawsze mnie zastanawiało jak to jest, że dla kobiet produkują tyle różnych cudów, które kosztują krocie, a wybór kosmetyków dla mężczyzn jest, no cóż, ubogi. Ale podpatrując najbliższych mi mężczyzn odkryłam w czym tkwi problem!

Uwaga, ten tekst jest pisany z przymrużeniem oka, nie ma na celu obrażania nikogo :D
Także proszę go nie brać do siebie :D


OBIEKT 1
TATA

   Jakby na to nie patrzeć, mój własny tata jest pierwszym mężczyzną jaki zagościł w moim życiu :D Miałam więc aż nadmiar czasu aby przekonać się jaki jest jego stosunek do mazideł wszelkiego rodzaju ;)
   Tata nie uznaje żadnego innego kosmetyku poza szamponem do włosów, mydłem, żelem do golenia...i korektorem oraz pudrem :D Podejrzewam, że jakbym pokazała mu peeling do twarzy, to nawet nie wiedziałby "z czym to się je". A kremy? Pfff, kremy to największe zło tego świata, on kremów nie uznaje, bo jak to mówi "są niemęskie" :D
   Jak to się więc stało, że używa pudru i korektora? No cóż, jak każdy facet chce czuć się sexy (no wiecie, moja mama nie poleci na byle kogo! :D), ale zdarzają się takie dni, kiedy cera po prostu odmawia posłuszeństwa (my, kobiety, znamy takie sytuacje doskonale!). Wtedy warto poratować się dobrociami jakie oferuje nam drogeria ;) I wiecie co wam powiem? Dzięki temu zawsze wygląda dobrze! Wszystko jest pięknie zakryte i nawet nie widać, że ma "przypudrowany nosek". Jak dla mnie to zupełnie normalne, każdy aktor na planie filmowym czy piosenkarze w teledysku muszą mieć odpowiednią charakteryzację ;) A ja wolę to, niż facetów łażących z pryszczami na wierzchu. Zacznę się martwić dopiero jak zauważę u niego podkład, lakier do paznokci albo mascarę :D I wiecie co jeszcze? Był pierwszą osobą, od której podkradałam puder, bo był idealnie dopasowany do mojego koloru cery :D


OBIEKT 2
BRAT

   Kolejny facet, z którym przyszło mi obcować najdłużej w swoim życiu (całe 18 lat!). Zanim osiągnął wiek dojrzewania, jedynymi słusznymi kosmetykami były u niego mydło i szampon. Gdzie tam jakieś kremy, peelingi, efekty Axe i inne cuda. NIE I KONIEC! On jest facetem a nie babą, żeby stosować jakieś wynalazki!
   Na szczęście z wiekiem zmądrzał, a że ma taką dobrą siostrę (ah, ta wrodzona skromność) to zaczęłam o niego dbać (no wiecie, w końcu wymarzona dziewczyna sama się nie znajdzie!). Przejęłam go w swoje łapki i od tej pory zaprzyjaźnił się z antybakteryjnymi żelami do twarzy, peelingami, kremami...no normalnie cud nad Wisłą! A pryszcze, na które tak bardzo narzekał, dziwnym trafem wyparowały. Czary? Nie-KOSMETYKI! :D
   Po tej wielkiej przemianie uznałam, że byłby doskonałym testerem do działu "męskie testy", niestety, jego wiedza na temat kosmetyków jest taka ogromna, że wie tylko jak je nakładać i na tym się kończy :D Kiedy poprosiłam go o recenzję żelu pod prysznic, stwierdził, że "jest fajny i nadaje się na basen". Idealna recenzja na bloga, nieprawdaż? :D


OBIEKT 3
DZIADEK

   U dziadków mieszkam już 4 rok, babcia się oczywiście bardzo z tego cieszy, bo mówi, ze jeszcze w życiu nie miała tylu kosmetyków (jestem dobrą wnuczką, dzielę się z nią!), a dziadek, jak to dziadek, kosmetyki są mu tak samo obojętne jak pogoda na Antarktydzie :D Dla niego mogłyby praktycznie wcale nie istnieć. Wie co to mydło, wie co to szampon i cała ta wiedza zdecydowanie wystarczy mu do życia :D Kiedy tak sobie chodzi i ogląda moje zasoby kosmetyczne, to zawsze łapie się za głowę i twierdzi, że jestem jakaś nienormalna. "Bo jak ja byłem młody, to nie było tego wszystkiego tyle, po co ci to?!", po czym macha ręką i mruczy pod nosem "Byle gówno" XD
  Ludzie starej daty już tak chyba mają. Ale z dnia na dzień robi coraz większe postępy- poznał już olejki, balsamy do ciała, kremy do rąk. Oczywiście sam ich nie używa, tylko wie do czego służą, ale to już chyba jakiś progres, prawda? :D 


OBIEKT 4
TŻ (Towarzysz Życia)

   No i tutaj mi się trafiło! TŻ posiadający starszą siostrę, który początkowo miał większą wiedzę o kosmetykach niż ja. Siostra pięknie go wyszkoliła :D Należą jej się za to wielkie brawa! Mój TŻ nie boi się kosmetyków, lubi dbać o siebie. Nie straszne mu kremy, żele, peelingi, produkty do stylizacji włosów i inne wynalazki. Bez wystylizowanych żelem włosów nie wychodzi z domu ;) Powiem Wam szczerze, że na temat stylizacji włosów on wie więcej ode mnie :D Ale z drugiej strony- co ja mam niby robić ze swoimi prostymi, smętnie zwisającymi drutami? Nawet najmocniejszy żel czy lakier nie utrzymają ich w ryzach :D
   Jak mi się nie sprawdzi peeling-oddaję jemu, jak mi się nie sprawdzi krem-oddaję jemu. Wszystkie mydełka w kostce, "męskie" kosmetyki i inne gadżety trafiają do niego.To on jest moim króliczkiem doświadczalnym jeśli chodzi o dział "męskie testy". Całe szczęście potrafi sklecić nieco bardziej rozbudowaną opinię na temat kosmetyku, jak tylko "no, fajny jest i zapach też w sumie ok" :D Jak zaczęłam prowadzić bloga to ciągle wypytuje mnie o jakieś nowinki kosmetyczne i prosi abym poleciła mu coś fajnego ;) Normalnie skarb- facet, który sam o siebie dba :D

Patrząc na poczynania moich mężczyzn widzę, że to może jednak dobrze, że wybór męskich kosmetyków jest taki ograniczony. Jakoś nie wyobrażam sobie facetów stojących przed półką pełną kremów, zastanawiających się który z nich wybrać :D
Cieszę się, że każdy z nich dba o siebie na swój sposób- w mniejszym lub większym stopniu.
Bo nie ma nic lepszego (i przystojniejszego!) od zadbanego mężczyzny!
Dlatego chłopcy-starsi, młodsi i ci zupełnie starzy- dbajcie o siebie! ;)



67 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Dyniowy kumpel od nawilżania twarzy ;) Krem do twarzy ultranawilżający Organique Pumpkin line.

1/28/2014 Ania T.


   Kremowy, dyniowy przyjaciel trafił w moje ręce na październikowym spotkaniu blogerek za sprawą Saurii. Całą linię kosmetyków widziałam już wcześniej na Targach Beauty Forum & SPA w 2013 roku , jednak ostatecznie nic sobie nie kupiłam- miałam w zapasie kilka produktów do twarzy, a ceny wydawały mi się za wysokie (przecież nie starczyłoby mi na lakiery do paznokci! :D). Dlatego bardzo się ucieszyłam kiedy w małym quizie udało mi się "wygrać" ten kremik. Jak tylko skończyłam ten, którego wtedy używałam- zaraz wzięłam się za dyniowego kolegę :) Jak się sprawdził? :)


OPAKOWANIE


   Krem został zapakowany w uroczo wyglądający kartonik z wzorkiem dyń (trochę mi się to kojarzy z Haloween, a Wam? :D).
   W środku znajduje się małe, ale bardzo poręczne, plastikowe opakowanie.


   Niestety, nie jesteśmy w stanie ocenić ile produktu nam ubyło, bo opakowanie jest nieprzezroczyste.
   Ogromnym plusem jest dla mnie wygodny dozownik typu air-less, dzięki temu aplikacja kosmetyku jest bardzo higieniczna. Ponad to dozownik można otwierać i zamykać, co zabezpiecza krem przed niepożądanym wydostaniem się z pudełka (ewentualnie chroni także przed wścibskimi rączkami dzieci :D). Oprócz tego w "zestawie" dołączona jest również plastikowa nakrętka- no żyć, nie umierać- zabezpieczenia prawie jak w jakimś skarbcu :D


   Pompka się nie zacina, dozuje niewielką ilość produktu. Ma jednak swoją wadę, która przy dłuższym stosowaniu produktu jest irytująca. Otwór, przez który dozowany jest krem lubi się zatykać zaschniętymi resztkami specyfiku :/ Niestety, raz na jakiś czas trzeba tego "gluta" wydobywać, bo inaczej utrudnia on dozowanie kosmetyku.

"Czop" z zaschniętego kremu...


SKŁAD


   Mamy obiecaną dynię (i to całkiem wysoko), trochę olejków...
   Oprócz tego producent zapewnia, że w składzie nie ma żadnych szkodliwych substancji:


   Brak substancji takich jak parafina niezwykle mnie cieszy, bo dzięki temu mogę go stosować do mojej mieszanej cery (która nie przepada za parafiną ;) ).


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach początkowo mnie trochę drażnił, jest lekko cierpki, wyczuwam w nim dość mocną nutę dyni. Jednak po pewny czasie się przyzwyczaiłam, stwierdziłam nawet, że jest całkiem przyjemny :)
   Konsystencja kremu dostaje ode mnie wielkiego plusa! Jest bowiem bardzo leciutki, bezproblemowo rozprowadza się po skórze i błyskawicznie wchłania, nie pozostawiając po sobie irytującej, tłustej warstwy.

  


DZIAŁANIE

   Głównym zadaniem tego kremu jest nawilżanie. Każda cera potrzebuje nawilżenia. Wbrew niektórym "poradom", jakie możecie znaleźć w internecie- skóra tłusta i mieszana również MUSZĄ być regularnie nawilżane. Matowienie zostawmy kosmetykom kolorowym- kremy muszą przede wszystkim odżywiać i nawilżać kapryśną skórę. Dyniowy kolega zdecydowanie radzi sobie z tym zadaniem! Doskonale radzi sobie z suchymi skórkami (które okropnie wyglądają, szczególnie kiedy usiłujemy zrobić sobie idealny make-up)- w ciągu 2-3 dni potrafi się ich pozbyć całkowicie. Ja stosuję go raz na 2 dni, taka dawka zdecydowanie wystarczy, bo moją mieszaną cerę nawilża długotrwale.
   Oprócz tego zauważyłam, że nie zatyka porów i nie powoduje u mnie wysypu zaskórników, co prawda nie zauważyłam żeby likwidował te, które czasem powstaną (niestety, na hormony nie mam wpływu :D), ale sam z siebie nie sprawia, że pojawia się ich więcej.
   Lubię go nakładać po mechanicznym peelingu twarzy, ponieważ dobrze łagodzi podrażnienia i szybko likwiduje zaczerwienienia powstałe w wyniku tarcia peelingowymi drobinkami.
   Jego jedyną wadą jest to, że powoduje świecenie się skóry- dlatego zwykle nakładam go na noc, aby dobrze się wchłonął. 


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Jego największą wadą jest chyba cena- 85 zł to sporo jak na krem. Zdaję sobie sprawę z tego, że za takie działanie i skład warto tyle zapłacić, ale dla niektórych taka kwota jest niestety nieosiągalna. Pocieszę Was, że ten produkt jest bardzo wydajny. Stosuję go od listopada (raz na 2 dni) i jeszcze mi się nie skończył ;)
   Z dostępnością też są pewne problemy- można go dostać jedynie w sklepach Organique (listę znajdziecie TU) lub w internecie.


   Gdybym miała komuś polecić dobry krem nawilżający, to z pewnością zachęciłabym go do sięgnięcia po dyńkę. Jak dla mnie jest to krem uniwersalny- nadaje się do każdej cery, bo skoro mieszanej buzi krzywdy nie zrobił, to tym bardziej powinien się sprawdzić u osób z cerą suchą czy wrażliwą. Szkoda tylko, że w mojej okolicy nie ma żadnego sklepu tej firmy, no i że cena troszkę zwala z nóg ;(


PLUSY:
-dobrze zabezpieczone opakowanie z wygodną i higieniczną pompką typu air-less
-skład (nie zawiera parafiny :D)
-konsystencja- szybko się wchłania, jest lekki i nie pozostawia tłustej warstwy
-zapach- przy dłuższym używaniu staje się przyjemny
-świetne nawilżenie skóry, pomaga pozbyć się suchych skórek 
-nie zatyka porów
-łagodzi podrażnienia (np. po peelingu mechanicznym)

MINUSY:
-powoduje świecenie się strefy T przy cerze mieszanej, dlatego ja stosuję go na noc, raz na 2 dni
-pompka zatyka się zaschniętymi resztkami kremu
-dość wysoka cena
-dostępność

A Wy znacie produkty Organique?
Który z nich jest Waszym ulubieńcem?
Lubicie serię dyniową? :)


68 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Pachnąca jak róża! Olejek do ciała róża i geranium od Orientany.

1/25/2014 Ania T.


   Uwielbiam kiedy moja skóra jest miękka, dobrze nawilżona i pięknie pachnąca. Nie wszystkie dostępne na rynku produkty, takie jak mleczka, masła czy balsamy, spełniają wszystkie moje oczekiwania. Do tej pory (z wyjątkiem oliwki) nie używałam olejków do nawilżania, zawsze wydawały mi się za tłuste, a ja nie lubię jak jakiś produkt zbyt wolno się wchłania i pozostawia na skórze tłustą powłokę. Jednak wszystkiego trzeba w życiu spróbować, dlatego też postanowiłam przetestować olejek od Orientany. Czy moja skóra go pokochała? Sprawdźcie ;)


OPAKOWANIE


   Twarda buteleczka w żaden sposób nie utrudnia wydobycia produktu, który jest na tyle rzadki, że sam wycieka przez dziurkę (nie trzeba tutaj nic wyciskać ;)). 
   Spotkało mnie małe rozczarowanie, bo otwarcie było uszkodzone (na szczęście nic się nie wylało). Przez to olejek musi cały czas stać w pozycji pionowej, ponieważ nie da się go zamknąć :(


   Plusem jest to, że buteleczka jest przezroczysta, więc widzimy ile zostało nam produktu.



SKŁAD

Ze względu na to, że ciężko było zamieścić skład na jednym zdjęciu, podzieliłam go na dwie części :)



   Podoba mi się to, że w składzie znajduje się wiele naturalnych olejów. Dużym plusem jest również to, że zapach olejku pochodzi z naturalnych olejków z róży damasceńskiej oraz geranium, a nie z jakiś sztucznych kompozycji zapachowych.
   Olejek nie zawiera również żadnych szkodliwych substancji.



ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Fanom róży zapach tego olejku z pewnością się z podoba. Ten kwiat jest tutaj bardzo mocno wyczuwalny, do tego jest pomieszany z lekko cierpkim aromatem geranium. Po posmarowaniu jest długo wyczuwalny na ciele, czuć go także na ubraniach ;) 
   Jeśli chodzi o konsystencje, to jest ona dosyć rzadka- trzeba uważać, bo olejek przelewa się przez palce, dlatego trzeba go szybko wcierać w ciało, aby z nas nie spłynął ;) Plusem jest to, że jeśli nie nałożymy go w nadmiernej ilości, to szybko się wchłania. Dlatego musimy uważać aby nie przesadzić ;)



DZIAŁANIE

   Zapach, o którym już wcześniej wspomniałam bardzo umila mi używanie tego kosmetyku. Kiedy się nim smaruje, od razu wyobrażam sobie różany ogród z dużą ilością pięknych kwiatów ;) Żaden drogeryjny balsam do ciała, który był "różany" nie pachniał tak realistycznie.
   Lubię go także za to, że świetnie nawilża skórę. Spokojnie mogę się nim smarować raz na dwa-trzy dni, ponieważ dzięki niemu nawilżenie utrzymuje się przez długi czas. Dla mnie to zaleta, ponieważ trochę brak mi systematyczności w stosowaniu balsamów :D
   Produkt pozostawia skórę miękką i wygładzoną. Oprócz tego pomaga mi także w łagodzeniu podrażnień, które powstają po goleniu.
   Producent obiecuje również odmłodzenie skóry...no ale cóż-ze względu na to, że mam dopiero 23 lata ciężko jest mi tą obietnicę zweryfikować :D
   Olejek można również dodać do kąpieli (przynajmniej taką informację znalazłam na stronie internetowej Orientany), jednak ze względu na brak wanny nie mogłam sprawdzić jak się sprawdza w tej roli ;)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena tego kosmetyku do najniższych nie należy- w promocji można go dostać za 30 zł, w sklepie internetowym Orientany zapłacicie za niego 36 zł. Niestety, wydajność też jest taka sobie. Już po pierwszym użyciu ubyło mi całkiem sporo olejku.
   Kupicie go w sklepach internetowych, ale także stacjonarnie- w drogeriach Hebe, Jaśmin czy Beauty Store (w Bytomiu). 


   Jestem zadowolona z jego działania i zachwycona zapachem, szkoda tylko, że cena nie jest trochę niższa, bo przy takiej wydajności olejek szybko mi się skończy :( 

   Dziękuję firmie Orientana za możliwość przetestowania tego produktu. Fakt, że otrzymałam go za darmo nie wpłynął na moją opinię.



PLUSY:
-przepiękny zapach, który długo utrzymuje się na skórze
-jeśli nie przesadzimy z jego ilością, to szybko się wchłania
-pozostawia skórę długotrwale nawilżoną, dzięki czemu nie musimy używać go codziennie (wystarczy raz na 2-3 dni)
-łagodzi podrażnienia po goleniu
-zmiękcza i wygładza skórę
-dostępność
-naturalny skład

MINUSY:
-opakowanie przyszło do mnie uszkodzone, nie mogę z tego powodu zamknąć olejku :(
-dość rzadka konsystencja, trzeba uważać bo szybo spływa ze skóry
-słaba wydajność przy sporej cenie


Znacie ten olejek?
Lubicie stosować tego typu produkty?



71 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Trochę humoru...czyli jak do mnie trafiliście :D

1/22/2014 Ania T.


   Przez jakiś czas skrupulatnie sprawdzałam hasła, na podstawie których czytelnicy trafiali na mojego bloga. Przyznam się szczerze, że byłam trochę zawiedziona- na innych blogach ludzi naprawdę potrafi ponieść inwencja twórcza...u mnie było raczej spokojnie. Ale udało mi się znaleźć kilka kwiatków :D Dlatego jak macie zły humor i chcecie się trochę pośmiać...to zapraszam :D

Zaczniemy od podejrzanych białych kulek...


Ludzie, naprawdę nie wiem jakie wy migdały jecie :D
Polecam sprawdzić datę ważności...albo czy nie zalęgły Wam się mole!
No chyba, że lubicie dodatkową porcję białeczka od czasu do czasu ;)

Trafiają do mnie także sfrustrowani uczniowie, którzy mają problemy z korektorem...

Hmm...no wybaczcie, ale na to pomoże tylko kupno nowego korektora :D
Ja nie znam żadnych trików na zbyt gęsty korektor ;)

Niektórzy podsuwają również firmom nowe pomysły na produkty...


No cóż, w olejku Sesa rzeczywiście czasem zdarzają się grudki...
Ale jeszcze nie słyszałam, aby firma wypuściła na rynek taki produkt jak GRUDKI :D
Droga Seso! Pomysł na nowy kosmetyk macie czarno na białym! ;)
Polecam- Nuneczka :D

Znaleźli się też tacy, co boją się piercera...


Nie taki straszny piercer jak go malują!
Chociaż jak z psychopatycznym wyrazem twarzy i żądzą mordu w oczach zacznie Was gonić po salonie...to może jednak warto brać nogi za pas ;)

Zwolennicy piercingu trafiają do mnie dość często, niektórzy chcą nawet przekÓwać kolczyki...


Jest to zabieg zupełnie mi nieznany :D
Miałam przekłuty pępek, kark, uszy...ale po co przekłuwać kolczyki?
Ta sprawa pozostanie dla mnie nierozwiązaną tajemnicą :D

Kolejna grupa to fani czeskiego krecika...ale w wersji żeńskiej ;)

Każdy wie, że po czesku KRECIK to KRETEK.
Czyli krecikowa...to KRETKA!
Ale, że ją ktoś do brwi chce używać?
Cóż za wyobraźnia ;)

Lakiery teksturowe i piaskowe zyskują coraz większe rzesze fanów, do tego stopnia, że niektórzy wymyślili już sobie odrębną grupę rzeczy, które mogą być teksturowe...


Mimo tego, że mam dość wybujałą wyobraźnię, to jakoś ciężko mi sobie wyobrazić taki płyn.
Kolejną zagadką jest dla mnie to- po co w ogóle takie cudo tworzyć...
no ale może ja jestem po prostu jakaś ograniczona i nie rozumiem wybitnych umysłów :D

I wreszcie czas na mój HIT HITÓW!
Absolutnie wyjątkowe hasło, które przez mniej więcej 10 min od jego przeczytania, skłoniło mnie do zastanowienia się nad zmianą tematyki bloga!


Oświadczam wszem i wobec, że ja nikogo nie rozdziewiczam :D
A już tym bardziej nie za pieniądze :D

Ale żeby nie było, że jestem wredna i nie doceniam prawdziwej sztuki- zamieszczę idealne podsumowanie tego posta. Czytając je, zastanówcie się nad swoim życiem, pokontemplujcie w domowym zaciszu...
Bo przecież takie hasła doskonale skłaniają nas do refleksji!


Cieszę się, że mam takich uduchowionych czytelników! :D


79 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box styczeń 2014- zawartość i analiza pudełeczka :)

1/21/2014 Ania T.


   Jeśli jeszcze jakimś cudem nie mieliście okazji zobaczyć co znajduje się w styczniowym Shiny Boxie, to zapraszam Was do przeczytania tego posta. Tradycyjnie (jak przy innych postach) przeprowadzę szczegółową analizę boxa- porównując ceny "boxowe" i rzeczywiste produktów, a na koniec podsumuję, czy zakup się opłacił ;)


Hasłem styczniowego pudełka było BE SHINY- pudełko miało zapewnić nam promienny wygląd od stóp do głów...


Tak prezentuje się całość:


Cieszę się, bo w ty pudełku było wiele kosmetyków pełnowymiaorwych- żadnego z nich nie znam i nie miałam okazji stosować, dlatego tym bardziej się cieszę z tych nowości :)
Według Shiny Boxa ceny kształtują się następująco:


Czas przejść do pojedynczych produktów :)


1. Nawilżający krem pod oczy 25+ Bioliq (produkt pełnowymiarowy)

Nie posiadam obecnie żadnych kremów pod oczy, dlatego ten produkt na pewno się nie zmarnuje.
Firma jest mi znana, ale jeszcze nie testowałam ich kosmetyków, dlatego tym bardziej mnie ciekawi ;)


Cena według Shiny Box: 15 zł
Cena rzeczywista: można go znaleźć już od 8,6 zł. Cena w Boxie nieco zawyżona.


2.  Oliwka do paznokci Delawell (produkt pełnowymiarowy)

Na razie poczeka na swoją kolej, ponieważ dopiero zaczęłam zużywać inną oliwkę do skórek ;)
Jednak już zdążyłam ją otworzyć- wygląda bardzo elegancko, ma wygodny zakraplacz i przyjemny zapach.
Mam nadzieję, że się sprawdzi! ;)


Cena według SB: 29zł / 15 ml
Cena rzeczywista: 23zł / 15 ml znów odrobinę zawyżona ;)


3. Baza pod makijaż wygładzająca i rozświetlająca Dermika (10 ml)

No i mamy produkt, który zdecydowanie pasuje do hasła Shiny Boxa- BE SHINY! Już została wstępnie przetestowana i muszę przyznać, że naprawdę rozświetla skórę i przedłuża trwałość makijażu. Ale zanim wydam rzetelną opinię, muszę ją jeszcze dokładnie przebadać z każdej strony, bo na razie to są tylko pierwsze wrażenia ;)


Cena według SB: 17zł/ 10 ml
Cena rzeczywista: 15,50zł/10 ml, nie wiem jednak, czy można ją dostać w regularnej sprzedaży, czy oferowane bazy pochodziły z pudełka Shiny Box. Na pudełku jest napisane, że jest to edycja limitowana i nie przeznaczona do sprzedaży, więc być może był to produkt przeznaczony specjalnie do Shiny Boxa? Jeśli się mylę to mnie poprawcie ;)


4. Peeling do stóp Evree (produkt pełnowymiarowy)

Produktów do stóp zawsze mi brakuje- niby mam jakieś kremy, ale peelingu (takiego typowego do stóp) ani jednego. I dlatego tak bardzo się ucieszyłam z tego kosmetyku. Zobaczę czy się sprawdzi na moich zrogowaciałych piętach- nie będzie miał łatwego zadania! ;)


Cena według SB: 10zł / 75ml
Cena rzeczywista: 9zł / 75 ml, czyli niewielka różnica.


5. Automatyczny eyeliner Paese (produkt pełnowymiarowy)

Shiny Box idealnie trafił z kolorem! Piękny brąz z milionem iskrzących się drobinek! Liner już gościł na moich oczach- jest mięciutki i bardzo łatwo się nim rysuje kreskę. Zobaczę czy na dłużą metę będę z niego równie zadowolona ;)


Cena według SB: 23 zł
Cena rzeczywista: produkt jest nowością, z tego co wiem (a pytałam się o to w sobotę), jeszcze nie jest dostępny w regularnej sprzedaży na stoiskach Paese (podobno ma być już w tym tygodniu), więc nie wiem ile kosztuje ;) Tutaj polegam na opinii Shiny Boxa ;)

W boxie znalazłam również bon rabatowy do sklepu Kukiczo, oraz bon wartościowy do zrealizowania w sklepie Bingo SPA (jednak aby go zrealizować muszę zrobić zakupy za min.100 zł).



Podsumowując:
Całkowita wartość pudełka według SB: 94 zł, czyli kwota przewyższająca 49 zł, które zapłaciłam za pudełeczko.
Rzeczywista wartość pudełka: 79,1 zł- SB jak zwykle nieco zawyżył ceny produktów, jednak i tak rzeczywista wartość pudełka jest wyższa niż kwota, jaką za nie zapłaciłam.

Czy było warto?
W tym miesiącu Shiny Box się postarał! Zadbał o klientki od stóp do głów :D Cieszę się, że kredka została dopasowana do koloru moich oczu :) Reszta produktów również mi się podoba. Bonów rabatowych pewnie nie wykorzystam, ale to fajny gest, że je dołączają do pudełek, bo może komuś się przydadzą ;)
Jestem zadowolona z tego pudełka i nie żałuję wydanych na niego pieniędzy! :)


54 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Co nowego u mnie? ;)

1/20/2014 Ania T.


   Ostatnio mało mnie...i na blogu, i na Facebooku...powodem jest sesja, ale też sprawy prywatne. Postaram się Wam to jakoś wynagrodzić (może małe rozdanie...hmm? :D)....ALE TO DOPIERO PO SESJI :D Na bieżąco będę się starała publikować notki, ale nic nie obiecuję, bo naprawdę mam nawał roboty.
   Dziś chciałabym Wam pokazać paczki, które przyszły do mnie w zeszłym tygodniu i poinformować o kilku bardzo miłych dla mnie sprawach :)
No to zaczniemy od przesyłek (bo wiem, że je lubicie! :D)

Paczka numer 1


Styczniowy Shiny Box! 
Bo długiej przerwie postanowiłam zamówić styczniowe pudełko...tak kusili podpowiedziami na fanpage'u, że nie mogłam się powstrzymać. I nie żałuję, bo zawartość bardzo mi się podoba :)
Więcej postaram się o nim napisać jutro ;)

Paczka numer 2


Moja wspaniała wygrana w rozdaniu u Shopperki :)
Żadnego z tych kosmetyków jeszcze nigdy nie miałam okazji wypróbować, dlatego tym bardziej jestem zadowolona z tej nagrody :)
Żel nspa już wczoraj miał swój debiut :D
Dziękuję jeszcze raz za uszczęśliwienie mojej skromnej osoby! :)

Paczka numer 3


Kredy do farbowania włosów, grzebyk do rozczesywania rzęs, jajeczko do podkładu i zestaw kredek do oczu...a to wszystko od Rosewholesale.
Nawiązałam z nimi współpracę i jestem ciekawa czy wybrane przeze mnie rzeczy się sprawdzą...zamówiłam sobie również pakę z ciuchami, ale są z nią pewne komplikacje, dlatego się nimi nie chwalę (bo jeszcze nie mam czym XD).
Zobaczymy jak to się dalej rozwinie :)


A teraz garść informacji :)

Udało mi się załapać na 2 spotkania blogerek.
Jedno z nich, to spotkanie, które organizuje moja dobra znajoma Michałosia
Bardzo się z tego cieszę, bo oprócz dziewczyn, które znam i lubię, będzie tam także wiele nowych, nieznanych mi osób.


Z kolei drugie spotkanie organizuje Ola.
Przyznam szczerze, że na początku wcale nie planowałam się zapisywać- bo w końcu jadę już na jedno spotkanie w marcu...ale nie mogłam odmówić Pani organizator, która serdecznie mnie zapraszała w mailu. Dlatego pojawię się w Warszawie również w lutym.
Tutaj także będę miała okazję do poznania nowych ludzi, co bardzo mnie cieszy :)
Jeszcze raz serdecznie dziękuję za zaproszenie :)

Spotkanie blogerek w Warszawie

No i to by było na tyle, mam nadzieję, że wybaczycie mi te nieobecności :)
Obiecuję poprawę już w najbliższym czasie!
Całuski! :) :*


53 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Policzki jak maliny! :) Testuję róż do policzków Berryberry nr.5 Paese

1/17/2014 Ania T.


   Przez długi czas żaden róż nie był w stanie zastąpić mi mojego ulubionego Bourjois Pastel Joues w odcieniu Rose Frission. Któregoś dnia Domi namówiła mnie na zakup tego małego cudeńka od Paese...i nie żałuję :) Bo ten różowy maluszek towarzyszy mi ostatnio non-stop! ;)


OPAKOWANIE


   Plastikowe, całkiem porządne. Wieczko mocno siedzi, nie odkręci się podczas podróży.



SKŁAD



ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach jest bardzo przyjemny, lekko pudrowy- w żadnym wypadku nie podrażni nawet wrażliwego nosa.
   Róż jest zbity, nie osypuje się. Jednak bardzo łatwo nabrać go na pędzelek, wystarczy go tylko delikatnie przyłożyć. Rozprowadza się bezproblemowo.




DZIAŁANIE

   Kolorek nr.5 z serii Berryberry jest dość intensywnie różowy i świetnie napigmentowany. Dlatego potrzeba naprawdę niewiele produktu, aby ładnie podkreślić kości policzkowe. 


   Musimy uważać żeby z nim nie przesadzić, bo w zbyt dużej ilości daje nam "efekt klauna". Polecam go przede wszystkim dla posiadaczkom bladej cery- nadaje "życia" skórze i sprawia, że wygląda zdrowo.
   Na policzkach trzyma się nawet kilka godzin, jeśli nic nie majstrujemy przy twarzy, to nie musimy się martwić, że nam się zetrze.
   Nie warzy się, raz nałożony na policzki- mocno się ich trzyma, bez osypywania. 
   Jak dla mnie plusem jest to, że nie zawiera żadnych brokatowych drobinek- przy mojej mieszanej cerze, mocno błyszczące kosmetyki średnio się sprawdzają.
   Lubię to, jak wygląda na mojej buzi, potrafi ożywić każdy makijaż. Nawet po nieprzespanej nocy pozwala uzyskać efekt wypoczętej i świeżej twarzy :)



CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Z tego co pamiętam, zapłaciłam za niego ok. 10 zł, w sklepach internetowych ceny wahają się w okolicach 13-14 zł. Nie jest to moim zdaniem cena zaporowa, szczególnie, że jest wydajny.
   Z dostępnością jest pewien problem- Paese wprowadziło jakiś czas temu serie róży do policzków z olejem arganowym. Róże z serii Berryberry można dostać "spod lady", i to też nie wiem czy na każdym stoisku. Najlepiej szukać ich w internecie ;)


PLUSY:
-solidne wieczko i opakowanie
-przyjemny zapach
-nie osypuje się podczas aplikacji
-dobrze napigmentowany
-niewielka ilość wystarczy aby podkreślić kości policzkowe
-łatwo się rozprowadza
-nie ściera się (o ile nie będziemy za bardzo majstrować przy buzi :P)
-nadaje skórze ładny, świeży i wypoczęty wygląd
-trwały
-nie ma brokatowych drobinek
-niska cena
-wydajny

MINUSY:
-łatwo z nim przesadzić
-dostępność


A jaki jest Wasz ulubiony róż?
Znacie tego różowego cudaka od Paese? :)


74 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!