Druga pachnąca paczka od Homedelight i krótka przerwa ;)

11/27/2013 Ania T.


   Kochani, w związku z tym, że na krótki czas wyjechałam do rodzinnego domu, niestety nie pojawią się w tym tygodniu żadne nowe posty :( Nie mam tutaj dobrego sprzętu do robienia zdjęć, poza tym nie mam też żadnych przygotowanych recenzji. Nie chcę nic robić na przysłowiowe "odwal się", dlatego też nie będę nic publikować. Po przerwie oczekujcie między innymi listopadowego denka, kolejnej części kosmetycznego słowniczka, moich wrażeń na temat miesięcznej kuracji zestawem Curatio NormAcne od Dermedic i wielu innych atrakcji ;)
   Dziś chciałam Wam tylko na szybko pokazać kolejną wspaniałą paczkę, którą otrzymałam w ramach kontynuacji współpracy z Homedelight. Znów jest to zestaw moich ulubionych wosków Yankee Candle, ale tym razem są to zapachy, których w swojej kolekcji jeszcze nie miałam. Ciekawostką jest to, że większość z tych zapachów niedługo ma zostać wycofana ( ;( ), więc tym bardziej się cieszę, że mam okazję je wypróbować we własnym kominku ;)


W paczce znalazłam 5 wosków:
-Macintosh spice
-Kitchen spice
-Sparkling lemon
-Nature's paintbrush
-Rainwashed berry z linii Simply Home

Wszystkie z tych wosków możecie kupić na stronie Homedelight :)
Pozdrawiam Was serdecznie i do zobaczenia za tydzień! ;)
Mam nadzieję, że przez ten czas o mnie nie zapomnicie ;)



49 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Szminka Lasting Finish by Kate Rimmel nr.05

11/23/2013 Ania T.


   Te szminki towarzyszą mi już od dawna, pierwszą, którą zakupiłam był nr.22- soczysta, intensywna czerwień. Jednak nie jest to kolor, który nadaje się na każdą okazję, dlatego chciałam sobie wybrać taki odcień, który byłby elegancki, ale jednocześnie nadawał się do noszenia na co dzień. I tak w moje łapki wpadł numerek 05: połączenie delikatnej czerwieni z odcieniami maliny, chociaż w każdym świetle prezentuje się nieco inaczej ;) Jak się u mnie spisała Katarzynka? :)


OPAKOWANIE


   Czarny sztyft, czerwony napis...nie ma się co rozpisywać na temat opakowania. Najważniejszy jest fakt, że mechanizm wysuwania szminki chodzi bardzo płynnie, nie zacina się. Jeszcze nie miałam takiej sytuacji, żeby mi się "przyblokował" i nie mogłam go schować.



SKŁAD

   Na opakowani się go doszukać nie mogłam, ponieważ szminka nie miała kartonika, to również nie wiem gdzie mam go znaleźć.


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach ma dosyć przyjemny, trochę słodki. Chociaż zauważyłam, że poszczególne kolory tej samej serii szminek nieco się tymi zapachami różnią.
   Konsystencja tej szminki to trochę dziwna sprawa...pierwsze użycie nie należy do najprzyjemniejszych. Szminka jest dość twarda i ma taką "tępą" konsystencję. Trzeba się nieźle napracować, żeby równo pokryć nią usta. Ale z każdym kolejnym użyciem jest coraz lepiej. Mój numer 05 jest już tak wyrobiony, że zaraz po dotknięciu ust rozprowadza się bez problemu. Trzeba tą szminkę poużywać przez jakiś czas, a problemy z aplikacją natychmiast znikną.


DZIAŁANIE

   Wielką zaletą szminek z tej serii jest trwałość! Wytrzymują nawet kilka godzin- niestraszne im jedzenie, picie czy całusy :D To jest właśnie powód, dla którego tak bardzo lubię te szminki. Oczywiście tutaj podobnie jak z zapachem- w zależności od koloru ta trwałość się nieco różni. U mnie na ustach najdłużej utrzymuje się numer 22, oraz 20. Numer 05 jest nieco mniej trwały, jednak i tak wytrzymuje na ustach średnio 4-5 godzin, co uważam za świetny wynik ;)
   Nie ma matowego wykończenia, ale z drugiej strony też nie nadaje ustom połysku jak błyszczyk. Ja zwykle nakładam na tą szminkę cienką warstwę balsamu albo jakiegoś błyszczyka, żeby nadać im nie tylko intensywny kolor, ale również ładny blask.
   Każdy z kolorów ma świetną pigmentację, równo pokrywa usta, a kolor "w opakowaniu" jest praktycznie identyczny z kolorem, który otrzymujemy na ustach. Jak dla mnie to wielki plus, bo zdarza się czasem, że szminka ma na ustach niewiele wspólnego z tym, co w opakowaniu.
   Jedyne, co mogę zarzucić tej szmince to fakt, że nieco wysusza usta. Co prawda nie podkreśla suchych skórek ani nie zbiera się w załamaniach ust, ale po mniej więcej godzinie noszenia odczuwam nieprzyjemne uczucie suchości. Wtedy niezbędne jest nałożenie warstwy jakiegoś pielęgnacyjnego balsamu czy pomadki. Ponadto zauważyłam, że robi na ustach takie jakby "glutki"...będzie to widoczne na zdjęciu ust z dzióbkiem poniżej. Te glutki tworzą się na granicy części ust pomalowanej i niepomalowanej. Niestety, często mi się tak dzieje, niezależnie od tego jakiej szminki używam :/


KOLOR

   Tak jak już wcześniej wspomniałam, jest to połączenie czerwieni z maliną, chociaż zdecydowanie bardziej wpada w malinę. Na opakowaniu ma następującą naklejkę:


   Na dłoni wygląda tak:


   A teraz najważniejszy punkt recenzji- czyli kolor na ustach! :D Jak już wspomniałam, w zależności od światła różnie się prezentuje. W słonecznym świetle wygląda praktycznie tak samo jak na dłoni powyżej. Zdjęcia ust robiłam w sztucznym, łazienkowym świetle. I widać, że w takim światełku bardziej wpada w czerwień niż malinkę:


Tu widać te nieszczęsne "glutki", o których wspominałam przy okazji działania :/

   Szminka pasuje do każdego makijażu- zarówno eleganckiego, jak i szalonego :) Nie jest na tyle intensywna żeby ten makijaż zdominować. A kiedy nie mamy czasu na poranny make-up, to wystarczy się tylko musnąć pudrem, różem i nałożyć na usta numerek 05 i mamy elegancki look bez wysiłku! Oczywiście najlepiej prezentuje się z makijażem "klasycznym"- czarne kreski na oczach, lekko podkreślone brwi, róż na policzkach plus ta szminka...i mamy prosty, ale bardzo efektywny makijaż :)

Ah, te słit focie z rąsi :D


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   W cenie regularnej kosztuje ok. 20 zł. Teraz w Rossmanie możecie kupić ją -40% taniej :D Ale poza słynna promocją- też często zdarza się, że jest w przecenie.
   Możecie kupić te szminki zarówno w Rossmanie, Naturze jak i Hebe, a także w bardzo wielu sklepach internetowych. Więc akurat z dostępnością problemu nie ma ;)


   Mimo kilku minusów- bardzo lubię tą szminkę, podobnie jak jej "siostry" o innych numerkach :D Mam w domu już 5 szminek z tej serii i na 5 się raczej nie skończy :D


PLUSY:
-nie zacinający się mechanizm wysuwania/wsuwania szminki
-przyjemny zapach
-wspaniała trwałość! Utrzymuje się na ustach nawet kilka godzin (pomimo jedzenia czy picia)
-przyjemny zapach (aczkolwiek poszczególne numerki tymi zapachami mogą się różnić)
-kolor naklejki jest praktycznie taki sam jak kolor na ustach
-świetna pigmentacja!
-równomiernie pokrywa usta
-nie zbiera się w załamaniach i nie podkreśla suchych skórek
-cena adekwatna do trwałości
-dobra dostępność

MINUSY:
-trochę tępa konsystencja, pierwsze użycie nie należało do przyjemnych. Ale im dłużej się używa, tym lepiej się rozprowadza.
-wysusza usta (po godzinie warstwa balsamu pielęgnacyjnego jest niezbędna!)


A Wy macie jakieś szminki z tej serii?
Lubicie je?



75 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Kosmetyczny słowniczek, cz.I : komedogenny, kancerogenny, teratogenny, kosmetyki keratolityczne, micele, woda szungitowa

11/21/2013 Ania T.


   Ponieważ większość z Was uznała, że stworzenie takiego słowniczka to dobry pomysł, to postanowiłam wyjść na przeciw Waszym oczekiwaniom :) Mam nadzieję, że słowniczek Wam się przyda. Zdarza się przecież, że na różnego rodzaju blogach/portalach spotykamy się z "trudnymi" określeniami i nie wiemy zupełnie "jak to ugryźć".
Słowniczek ten powstaje dla Was.
Jeśli macie jakieś sugestie (chcecie coś dodać do danego hasła, macie jakieś pomysły na NOWE hasła, do kolejnej części słowniczka), to piszcie w komentarzach lub na maila.
Jestem otwarta na Wasze pomysły ;) 
Jeśli taka forma postów przypadnie Wam do gustu, to na pewno powstaną kolejne części.
Wszystkie części słowniczka będą umieszczone w zakładce "Tutoriale".



KOMEDOGENNY- powodujący powstawanie zaskórników, zatykający pory.
                                 Komedogenne składniki w kosmetykach:
·         Acetylated lanolin alcohol (acetylowany alkohol lanolinowy): tzw. tłusty emolient. Stosowany w produktach do pielęgnacji skóry i włosów, tworzy na ich powierzchni tłusty film, który zapobiega odparowywaniu wody. Zapobiega także elektryzowaniu się włosów.
·         Butyl stearate (stearynian butylu): tłusty emolient, stosowany w kosmetykach do skóry i włosów. Tworzy na ich powierzchni tłusty film. Wygładza skórę i włosy. Nadaje włosom połysk.
·         Caprylic/capric trigliceryde (trójgliceryd kaprylowo-kaprynowy): tłusty emolient, stosowany na włosy i skórę. Tworzy na ich powierzchni film, wygładza skórę i włosy.
·         Cocoa butter (masło kakaowe): bogate w antyoksydanty, poprawia elastyczność skóry i stymuluje produkcję kolagenu.
·         Linseed oil (olej lniany): tłoczony z nasion lnu zwyczajnego, stosowany w kosmetykach do włosów. Działa nawilżająco i wygładzająco.
·         Myristyl myristate (mirystynia mirystylu): tłusty emolient, stosowany w kosmetykach do skóry i włosów. Tworzy na ich powierzchni tłusty film. Wygładza skórę i włosy.
·         Oleic acid (kwas oleinowy): tłusty emolient, stosowany w kosmetykach do skóry i włosów. Tworzy na ich powierzchni tłusty film. Wygładza skórę i włosy.
·         Olive oil (oliwa z oliwek)
·         Peach kernal oil (olej z pestek brzoskwini)
·         Sweet almond oil (olej ze słodkich migdałów)

Źródła: 1234


KANCEROGENNY- zwiększający ryzyko zachorowania na raka, rakotwórczy.
                                 Kancerogenne składniki w kosmetykach:
·         1,4-dioxane (dioksan): rozpuszczalnik dla innych składników kosmetyków.
·         Disodium EDTA: pełni rolę stabilizatora w kosmetykach, często jest zanieczyszczony.
·         Methyl Chloroisothiazolinine
·         Oxybenzone: dodawany do kosmetyków jako filtr przeciwsłoneczny
·         Polysorbate 60 i 80: emlgatory, stabilizatory emulsji
·         Propylene Glycol, Xylene Glycol: stosowane jako rozpuszczalniki
·         Sodium Cyanide
·         Sodium Oleth Sulfate: W razie zanieczyszczenia tlenkiem etylenu (ethylene oxide) i dioksanem (dioxanem) działa silnie rakotwórczo.
·         Styrene Monomer
·         Triclosan: antyseptyk w kosmetykach, kancerogennie działa jedynie stosowany przez długi czas.


Źródła: 12


TERATOGENNY- związek działający toksycznie na zarodek lub płód.
                              Teratogenne składniki w kosmetykach:
·         1,4-dioxane (dioksan): rozpuszczalnik dla innych składników kosmetyków.
·         Parabeny (Methyl, Ethyl Propyl i Butylparaben): MOGĄ niekorzystnie wpływać na rozwój zarodka i płodu, dlatego nie zaleca stosować się ich w czasie ciąży. Przedłużają trwałość kosmetyków.
·         Sodium Cyanide
·         Stearamidopropyl Tetrasodium EDTA
Styrene Monomer



Źródła: 12


KOSMETYKI KERATOLITYCZNE- kosmetyki chemicznie złuszczające naskórek. Zwykle są to kosmetyki zawierające w swoim składzie hydroksykwasy: kwas salicylowy, trójchlorooctowy, kwas glikolowy, kwas mlekowy.


Źródło: 1


MICELE- cząsteczki występujące w emulsjach. Są zbudowane ze związków o właściwościach amfifilowych (nierozpuszczających się w dwóch różnych rozpuszczalnikach- hydrofilowym oraz hydrofobowym). Cząsteczki miceli mają dwa „końce”, jeden polarny (posiadający ładunek), drugi niepolarny (bez ładunku).  W zależności od tego, w jakim środowisku micela się znajduje, taką będzie miała budowę- w środowisku polarnym (posiadającym ładunek), polarne końce miceli ustawiają się na zewnątrz miceli, a końce niepolarne „chowają się do środka”, w przypadku środowiska niepolarnego jest na odwrót. Micele są wykorzystywane w płynach micelarnych- dzięki swoim właściwościom dobrze oczyszczają skórę z różnego rodzaju zanieczyszczeń.

Poprawki do definicji wprowadzone przez Hinatę (po tym tłumaczeniu już nikt nie będzie miał problemu ze zrozumieniem definicji micela :D):
"amfifilowość to zdolność cząsteczki do rozpuszczania się zarówno w środowisku polarnym jak i nie polarnym. Cząsteczka amfifilowa składa się z członu polarnego ( rozpuszczalnego w rozpuszczalnikach polarnych np. wodzie) oraz niepolarnego (rozpuszczającego się w rozp. niepolarnych np. tłuszczach), dzięki tej budowie rozpuszcza się w każdym rozpuszczalniku. Cząsteczki, które mają taka budowę w odpowiednio wysokich stężeniach łączą się w agregaty (skupiska) zwane micelami. W płynie do demakijażu mamy roztwór takich cząsteczek w wodzie, część polarna odpowiada za rozpuszczalność cząsteczek w bazie płynu (wodzie), natomiast niepolarna część przyłącza się do brudu na twarzy (który jest tłusty). Tworzą się micele, czyli kulki utworzone z wielu cząsteczek amfifilowych, w których wewnątrz zamknięte są nieczystości z naszej twarzy :)" 


Źródło: 1


WODA SZUNGITOWA- szungit to najstarszy na Ziemii minerał zawierający węgiel, który ma nietypową budowę molekularną i z tego względu jego cząsteczki są nazywane fullerenami. Woda szungitowa zawiera w sobie mały kamień szungitowy, a ponadto jest bogata w mikro i makroelementy, działa bakteriobójczo i przeciwbólowo, pomaga w oczyszczaniu skóry, łagodzi oparzenia a także wzmacnia stawy. Można ją kupić np. w postaci mgiełki do ciała i twarzy, która ma właściwości nawilżające i odświeżające skórę.


Źródła: 12



I jak Wam się podoba?
Jak macie jakieś sugestie-zapraszam do dyskusji! ;)


65 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Mój mężczyzna i jego...okulary od Firmoo ;)

11/19/2013 Ania T.


   Swoje pierwsze okulary Firmoo otrzymałam już prawie rok temu, pokazywałam Wam je w TYM poście. Służą mi do tej pory- nie połamały się, nie pościerały...nadal są w świetnym stanie i jestem z nich BARDZO zadowolona :)
   Kiedy dostałam maila od Tiny z Firmoo, że chcieliby mi podarować kolejną parę- nie wahałam się długo. Ponieważ ja mam 2 pary okularów, to postanowiłam tym razem sprawić niespodziankę swojemu facetowi (szczególnie, że w ciągu roku jego wada wzroku drastycznie wzrosła).
   W któryś piękny weekend usiedliśmy razem i wybieraliśmy dla niego odpowiednią parę. Nie było to łatwe, bo marudził przeokropnie...ale w końcu się udało! Firmoo ma bardzo fajną opcję- można na ich stronę wgrać swoje zdjęcie i dzięki temu dopasować sobie odpowiednią parę okularów. Na zdjęciach okulary wyglądają nieco inaczej niż w rzeczywistości, dlatego zawsze warto się pobawić i sprawdzić jak mniej więcej będą się prezentowały na naszym nosie ;)
   Paczka jak zwykle doszła BŁYSKAWICZNIE! Po tygodniu mój chłopak miał swoje okularki w ręku. Paczka była odpowiednio zabezpieczona i oprócz okularów zawierała także 2 futerały (twardy i miękki), ściereczkę do okularów oraz śrubokręt i zapasową śrubkę, w razie gdyby nauszniki się poluzowały ;)
   Okulary (podobnie jak i moja para) są dobrej jakości- porządny ale lekki plastik, nieporysowane szkła. TŻ mówi, że bardzo dobrze mu się je nosi :)

   Oto para, którą sobie wybrał:



A tak się w nich prezentuje (obawiał się, że kiedy opublikuje te zdjęcia, to mój blog "straci" na wyglądzie, ale mam nadzieję, że tak źle nie będzie) :D





   Miałam problem, żeby się przyzwyczaić do jego wyglądu w tych okularach, bo jego poprzednie były większe, ale już przywykłam. Myślę, że mu pasują, szczególnie jak ubierze się w jakąś ładną koszulę :)
   Chcecie mieć swoją własną parę? Zachęcam do skorzystania z programu first pair free :) Możecie dzięki niemu zamówić sobie dowolne okulary Firmoo, a zapłacicie tylko za przesyłkę. W razie jakichkolwiek pytań na ten temat- zapraszam do kontaktu ze mną, zamawiałam już 2 darmowe pary i wszystko przebiegło bezproblemowo!

I jak wam się podobają?
Uważacie, że mój W dobrze w nich wygląda? :D
Macie już swoje okulary od Firmoo? ;)



69 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Liftingujące serum antycellulitowe 3 w 1 Tołpa + paczuszka od Dermedic

11/16/2013 Ania T.


   Pisałam już wiele razy o tym, że nie wierzę w "cudowne" środki, które natychmiast po 1 użyciu zlikwidują cellulit a ja będę po nich wyglądała niczym Aniołek Victoria's Secret po gruntownym Photoshopie :P To serum trafiło w moje ręce na warszawskim spotkaniu blogerek w październiku, a ponieważ próbowanie nic nie kosztuje...to spróbowałam! Opakowanie jest już praktycznie na wykończeniu (starczy na jeszcze maksymalnie 1-2 użycia), dlatego postanowiłam je opisać. Czy jestem zadowolona? Przeczytajcie! ;)


OPAKOWANIE



   Miękka, pomarańczowo-biała tubka jest dodatkowo zapakowana w kartonik zawierający jak przystało na Tołpę wiele ciekawych informacji :) Mamy tutaj chociażby mini-poradnik "Jak skutecznie walczyć z cellulitem?":


  Kosmetyk wyciska się przez całkiem sporą dziurkę, która na szczęście nie dozuje za dużo produktu:



SKŁAD


   Mamy tutaj kilka ekstraktów roślinnych, chłodzący mentol, ale też parabeny- i to cały możliwy przegląd...


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach jest słodko-miętowy. Całkiem mi się podoba.
   Konsystencja jest typowo żelowa. To dość rzadki żel, który łatwo rozsmarowuje się po skórze, jednak dość długo się wchłania i na jakiś czas pozostawia po sobie lepką warstwę. Niezbyt mi to przypadło do gustu. Usprawiedliwia go jedynie fakt, że całkiem przyjemnie chłodzi ;)



DZIAŁANIE

   Serum ma:
  • liftingować i zwiększać spoistość skóry
  • redukować nadmierne centymetry do -1 cm
  • eliminować uczucie ciężkości ciała
   Które z tych obietnic zostały spełnione?
   Serum rzeczywiście świetnie liftinguje! Pod tym względem bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Skóra po jego użyciu jest mocno ujędrniona i napięta. Udało mu się nawet poprawić kształt pośladków :D Są uniesione i bardziej zaokrąglone :D (nie pytajcie jak to sprawdzałam, bo i tak nie zdradzę! :D). 
   Jeśli chodzi o redukcję nadmiernych centymetrów...hmm...tutaj będę dyskutować z obietnicą- nie zauważyłam niczego takiego. Bez ćwiczeń takie cuda są niestety nieosiągalne.
   Punktu 3 nie jestem w stanie zweryfikować, bo raczej nigdy takiego uczucia nie miałam ;)
   Zauważyłam, że zmniejsza widoczność cellulitu- oczywiście go NIE LIKWIDUJE, jednak dzięki temu, że tak dobrze napina i unosi skórę, to te brzydkie grudki nie rzucają się tak bardzo w oczy ;)
   Efekt utrzymuje się przez cały czas użytkowania serum, po jego "odstawieniu" niestety stopniowo zanika :( A szkoda, bo to co, robi z moją skórą bardzo mi się podoba :( 


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena to ok. 49.90 (wg. oficjalnej strony internetowej), czasem można dostać je w promocji. Wydajność taka sobie- przy stosowaniu raz dziennie (a producent zaleca używanie 2 razy dziennie!) starczyło na miesiąc...jakbym używała go 2 razy dziennie, to miałabym je ledwie 2 tygodnie :P Przy takiej cenie to trochę słabo.
   Można je kupić TUTAJ lub w każdej stacjonarnej drogerii, w której dostępne są kosmetyki Tołpa :)


   Serum daje naprawdę dobre efekty, jednak jak na taką kiepską wydajność, uważam, że jest trochę za drogie :( 


PLUSY:
-miękka butelka, z której łatwo wycisnąć produkt
-przyjemny zapach
-łatwo się rozsmarowuje
-przyjemnie chłodzi skórę
-bardzo dobrze liftinguje, napina i ujędrnia skórę
-poprawiło mi kształt pośladków :D
-zmniejszyło widoczność cellulitu
-ogólnodostępne

MINUSY:
-wolno się wchłania i pozostawia na skórze lepką warstwę
-nie redukuje nadmiernych centymetrów :P
-nie likwiduje cellulitu (jedynie zmniejsza jego widoczność)
-efekty dość krótko się utrzymują po jego "odstawieniu"
-cena zbyt wysoka w stosunku do kiepskiej wydajności (przy stosowaniu 2 razy dziennie, jak zaleca producent, serum starczyłoby jedynie na 2 tygodnie)


   Chciałam się Wam także pochwalić paczuszką, którą dostałam w tym tygodniu od firmy Dermedic. W zamian za recenzję płynu micelarnego Hydrain, który bardzo lubię i zużyłam już całą jego butelkę (druga czeka w kolejce), mogłam sobie wybrać dowolne produkty do testów :) Wybór padł na produkty z serii NormAcne, ze względu na to, że jestem posiadaczką cery mieszanej, której przyda się nieco "uspokoić" gruczoły łojowe.
Oto co trafiło w moje łapki:


  • Płyn micelarny NormAcne- chcę sprawdzić czy jest lepszy od Hydrain ;)
  • Zestaw do miesięcznej kuracji cery trądzikowej, tłustej i mieszanej NormAcne Curartio. W jego skład wchodzą dwa kremy- jeden na dzień (matujący), drugi na noc (normalizująco-odżywczy), żel punktowy (z którym miałam już wcześniej do czynienia i jestem z niego zadowolona) oraz żel do mycia twarzy.
   Całkiem fajna paczuszka prawda? :)
Testuję te produkty już od 6 dni i na razie jestem zadowolona, zobaczę jakie będą efekty po miesiącu kuracji ;)

Dziękuję firmie Dermedic za możliwość testowania tych produktów!




   

66 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Korektor High Definition 101 Porcelain Hean

11/13/2013 Ania T.


   W naszym dzisiejszym świecie panuje zasada, że jak coś jest tanie to koniecznie musi być złe. Ja jakoś nigdy nie podążałam tym tropem-i dobrze! Bo dzięki temu udało mi się znaleźć kilka kosmetycznych ulubieńców, którzy wcale nie byli "z wyższej półki". Myślę, że produkty polskiej firmy Hean spokojnie mogą dołączyć do tego grona. Wcześniej jakoś nie zwracałam uwagi na kolorówkę tej firmy, sama nie wiem czemu...a okazało się, że bez problemu przebija "popularną" kolorówkę, którą możemy znaleźć w każdej drogerii za dużo większe pieniądze ;) Ten korektor spodobał mi się od pierwszego użycia...zapraszam na recenzję!


OPAKOWANIE


   Solidnie wykonane, plastikowe opakowanie. Mimo, że leżakuje w kosmetyczce to napisy się nie ścierają, a sama powierzchnia tylko odrobinę rysuje.
   Wyposażony w aplikator z mięciutką gąbeczką, którą bardzo łatwo aplikuje się produkt. Nie nabiera go za dużo, dlatego też nie ma konieczności jej ciągłego wycierania o otwór opakowania.



SKŁAD

Być może był na kartoniku, ja go niestety już nie mam i nie mogę tego składu znaleźć nigdzie w internecie :(


ZAPACH/KONSYSTENCJA/KOLOR

   Producent pisze, że jest to produkt bezzapachowy i z tym się tak do końca nie zgodzę. Ja tutaj wyczuwam zapach, który kojarzy mi się z korektorem...ale takim szkolnym, stosowanym do zamazywania błędów zrobionych długopisem :D
   Korektor ma gęstą konsystencję- nie spływa z dłoni, nie tworzą się w nim żadne grudki, łatwo się go rozsmarowuje i wklepuje placami.
   Kolor 101 Porcelain jest IDEALNY dla bardzo, bardzo jasnych karnacji. Mimo, że ja taką mam to czasem i dla mnie bywa za jasny (jak przesadzę z jego ilością). 



DZIAŁANIE

   Jest to produkt rozświetlający, przystosowany do stosowania go w okolicy oczu i na niedoskonałości. Nie zawiera w sobie wielkich drobin brokatu, świecących niczym choinka na Święta. Drobinki są bardzo malutkie i ledwo widoczne- mi to się bardzo podoba, bo nie lubię kiedy moja cera nadmiernie się świeci ;)
   Kosmetyk bardzo dobrze stapia się z cerą, kiedy nie nałożymy go za dużo, łatwo się wklepuje i scala z cerą. Jednak kiedy przesadzimy z ilością, to na twarzy powstaną nam jasne placki- dlatego radzę go odpowiednio dozować ;)
   Sprawdza się zarówno pod oczami jak i do zakrywania drobnych wyprysków. Pod oczami bardzo subtelnie zakrywa cienie- nie zbiera się w zmarszczkach, nie lepi się, nie roluje ani nie waży. Daje bardzo naturalny efekt. Nie podrażnia również okolicy oczu. Jeśli chodzi o niedoskonałości- z drobnymi zaczerwienieniami i krostkami radzi sobie bez zarzutu! Zakrywa je tak, że są praktycznie niewidoczne. Gorzej radzi sobie z dużymi, dorodnymi pryszczami i podskórnymi grudkami, które są bardzo mocno czerwone- zakrywa je, ale moim zdaniem niewystarczająco. Dlatego z dużymi zmianami trądzikowymi raczej sobie nie poradzi.

Jak widać na zdjęciach- drobne zaczerwienienia w okolicy ust zostały skutecznie zatuszowane ;)


   Korektor ma specjalną formułę o przedłużonej trwałości- no i rzeczywiście! Utrzymuje się na twarzy kilka godzin (podczas gdy puder zdąży już dawno się zetrzeć i osypać, korektor dalej twardo kryje! :D). Czasem ma "gorsze" dni, wtedy trzyma się nieco krócej, ale zwykle radzi sobie nieźle.
   Jest to produkt przeznaczony dla każdego typu cery- nie zauważyłam aby wysuszał, ale z drugiej strony również nie nawilża (jak to obiecuje producent). 
   Minusem dla mnie jest to, że do wyboru są TYLKO 2 kolory- trochę ubogo ;(


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena tego korektora to 12,99 zł, uważam, że to nie jest duża cena, bo produkt jest moim zdaniem bardzo dobry. 
   Dostępny chociażby w sklepie internetowym Hean, na stoiskach Hean oraz w każdym innym sklepie/drogerii gdzie dostępne są kosmetyki tej firmy.


   Ja jestem zadowolona z działania tego korektora. Mój poprzedni ledwo radził sobie z zakrywaniem CZEGOKOLWIEK, nie mówiąc już o tym, że jego trwałość była praktycznie zerowa. Po takim bubelku, ten kosmetyk to miła odmiana ;)

PLUSY:
-wygodny, miękki aplikator
-łatwo się go rozsmarowuje i wklepuje palcami
-kolor idealny dla BARDZO jasnych karnacji
-nie zawiera w sobie ogromnych drobinek błyszczących jak choinka na Święta, a mimo to ładnie rozświetla okolicę oczu
-dobrze stapia się z cerą (jak nie przesadzi się z jego ilością)
-nie podrażnia okolicy oczu, nie zbiera się w zmarszczkach, nie roluje, nie waży
-subtelnie zakrywa cienie pod oczami
-świetnie zakrywa drobne zaczerwienienia i niedoskonałości
-ma przedłużoną trwałość (trzyma się nawet cały dzień!)
-przeznaczony dla każdego typu cery
-nie wysusza
-całkiem atrakcyjna cena

MINUSY:
-miał być bezzapachowy, ja jednak wyczuwam w nim dziwny zapach
-jest naprawdę jasny i może na twarzy tworzyć jasne placki (jak się go za dużo nałoży)
-gorzej radzi sobie z dużymi, trądzikowymi zmianami i mocno zaczerwienionymi, podskórnymi grudkami
-nie nawilża (jak obiecuje producent)
-do wyboru tylko 2 kolory :(



59 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Tutorial: Manikiur z płatkami złota

11/11/2013 Ania T.


   Nie lubię postów "bez kategorii",dlatego  mimo, że ten manikur jest banalny, to i tak postanowiłam go umieścić w dziale "tutoriale". Być może którejś z Was się spodoba :)

   Czego potrzebujemy do wykonania manikuru?

  • Lakier bazowy, najlepiej w ciemnym kolorze , u mnie lakierem bazowym jest lakier Mariza Care&Colour o numerku 42
  • Topper z płatkami brokatu- u mnie jest to matowy top coat z Wibo z serii Wow effect matte glitters z płatkami złotego brokatu. Jak ktoś ma za dużo pieniędzy to może zainwestować także w topper z płatkami PRAWDZIWEGO złota O.P.I Bond Collection o nazwie "The man with the golden gun", ale ostrzegam- ten topper kosztuje ok 120 zł :D
  • Oliwka do pielęgnacji skórek

   Wykonanie:
  • Przede wszystkim musimy pokryć płytkę paznokcia lakierem bazowym. Polecam wybierać kolory ciemniejsze: fiolety, granaty, czerwienie- na takich kolorach złoty topper prezentuje się najlepiej. 

Jak widzicie- mój lakier bazowy to głęboki fiolet :)

  • Czekamy aż lakier bazowy wyschnie (ja zawsze nakładam 2 warstwy aby kolor był bardziej intensywny). Potem nakładamy na niego jedną warstwę toppera ze złotymi drobinkami.

   Na razie jeszcze nie nakładamy oliwki na skórki, czekamy aż topper dokładnie wyschnie! 
   Ten wspaniały topper, oprócz tego, że świetnie się prezentuje na paznokciach to jeszcze nadaje im matowe wykończenie. Dzięki temu szybko schnie, a paznokcie(pozbawione błysku lakieru bazowego) wyglądają elegancko. Nie nakładamy żadnego top coatu, bo inaczej efekt matu szlag trafi ;)

Kilka zbliżeń:



  • Na zdjęciach powyżej widać, że skórki nie prezentują się zbyt efektownie. Mam na to sposób- jak tylko cały manikiur dokładnie wyschnie- nakładam na skórki gruba warstwę pielęgnacyjnego olejku. Dzięki niemu wyglądają dużo lepiej ;)


   Trwałość takiego manikiuru to 2-3 dni, uważam to za całkiem niezły wynik. Topper rozprowadza się bezproblemowo i szybko wysycha. Do tego kosztuje ok. 7 zł, co uważam za bardzo atrakcyjną cenę!

   Dla porównania- manikiur wykonany topperem "The man with the golden gun" który kosztuje 120 zł:


   Różnica nie jest gigantyczna- chyba, że bardzo dokładnie się przyjrzymy :) Uważam, że warto czasem szukać "tańszej" alternatywy dla bardzo drogich produktów, szczególnie, że tańszymi odpowiednikami możemy uzyskać równie ciekawy efekt ;)





63 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Sesa egzotyczna- olejek do włosów od Helfy.pl

11/09/2013 Ania T.


   Nie znam osoby, która nie słyszałaby o tym cudownym olejku. Sesa- "lek na całe zło"... ma zapobiegać wypadaniu, nawilżać włosy, odżywiać, nadać im blasku...które z tych obietnic sprawdziły się u mnie? Poczytajcie ;)


OPAKOWANIE


   Tubka jest twarda, olejku nie da się z niej "wycisnąć"...jednak jeśli jest w postaci płynnej, to bezproblemowo wylatuje przez otwór, który jest aplikatorem ;) (słyszałam, że w Sesy "klasycznej" otwór jest bardzo szeroki, przez co wylatuje przez niego zbyt wiele olejku, tutaj mamy wąską dziurę, przez którą wylatuje taka ilość, jaka akurat jest nam potrzebna).


SKŁAD


   Chyba nie muszę nic mówić na ten temat- 100% natury dla naszych kudełków. Cały szereg wszelkiego rodzaju olejków, ziół oraz mleka. Strzał w 10 dla fanek naturalnych kosmetyków!


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach to kwestia sporna- jednym się podoba, inni go nienawidzą. Ja mam wersję egzotyczną, podobno różni się od "klasycznej" Sesy, ale nie mnie to oceniać ponieważ wersji klasycznej nie miałam okazji powąchać. Jest bardzo mocny, ziołowy, czasem orzeźwiający, a czasem duszący- myślę, że to wszystko zależy od nastroju, w jakim akurat jesteśmy. Nie każdemu się może spodobać, mi natomiast nie przeszkadza. Nie utrzymuje się długo na włosach.
   Ze względu na zawartość olejku kokosowego, Sesa może przybrać postać stałą- wtedy należy ją przez jakiś czas potrzymać pod strumieniem ciepłej wody. Natomiast jeśli raz ją rozgrzejemy do postaci płynnej i będziemy trzymać w ciepłym miejscu, to pozostanie płynna. Po rozgrzaniu mogą się w niej znajdować małe grudki, jednak zupełnie nie przeszkadzają one w aplikacji produktu.



APLIKACJA/DZIAŁANIE

   Zanim napiszę Wam o działaniu tego produktu, chciałabym powiedzieć kilka słów o aplikacji. Producent zaleca aby aplikować olejek najpierw na skalp (skórę głowy) i masować przez 20 minut. Ja oczywiście się do tego polecenia zastosowałam, tylko mój masaż trwa zwykle około 3 minut (po 20 już by mi odpadły ręce :D). Następnie nakładałam olejek na dłoń i wcierałam w całe włosy. Wiem, że każdy kto zna się na olejowaniu powie mi, że nie potrafię tego robić, bo używam zbyt wiele olejku, a wystarczy tylko łyżeczka...bla, bla, bla. Niestety-dla moich włosów łyżeczka to zdecydowanie ZA MAŁO. Mam bardzo grube włosy, które wchłaniają olej niczym gąbka. Kiedy nakładam go małą ilość to nawet nie są nim porządnie pokryte...aby naolejować całe włosy wraz ze skalpem potrzebuję 3-krotnie nałożyć na dłoń taką ilość olejku jaką widzicie na zdjęciu powyżej, a następnie rozprowadzić ją na włosach. Dopiero wtedy widzę jakiekolwiek efekty olejowania. Włosy olejuję zawsze NA SUCHO, następnie trzymam pod ręcznikiem. Nie nakładam oleju na noc, z obawy, że zabrudzę poduszkę. Trzymam go minimum 3-4 godziny, następnie zmywam szamponem. 
   Jeśli chodzi o działanie, to muszę stwierdzić, że ten olejek się u mnie sprawdził...jednak nie w 100%. Nie wszystkie obietnice producenta zostały spełnione. 
  • Odżywienie i nawilżenie włosów: olejuję włosy już od dłuższego czasu, praktycznie każdy olejek je świetnie odżywiał- Sesa nie jest tutaj wyjątkiem. Włosy są błyszczące (czego mój aparat oczywiście nie złapał -.-), ładnie wyglądają...niestety, końcówki jak się łamały, tak dalej się łamią :( Tak wyglądają moje włosy po ponad 3 miesiącach stosowania Sesy (dodam, że za zdrowy wygląd chwaliła je nawet fryzjerka):
Końcówki niestety musiałam podciąć :(

    • Wpływ na porost włosów: tutaj nie zauważyłam jakiejś wielkiej różnicy- włosy rosły mi tak samo szybko jak zwykle, jednak pojawiła się spora ilość baby hair.
Baby hair na głowie meeeej! :)
  • Eliminacja łupieżu: po kilku nieudanych eksperymentach z różnymi szamponami zmagałam się z łupieżem. Nie jakimś ogromnym, nie sypało mi się z głowy, jednak trochę mi to przeszkadzało. Po kilku pierwszych użyciach Sesy, czułam mrowienie skóry głowy, uczucie to ustało po około miesiącu stosowania Sesy. Wraz z ustaniem mrowienia-zauważyłam poprawę stanu skóry skalpu. 
  • Zahamowanie wypadania włosów: przyznam szczerze, że jak zaczęłam używać Sesę, to miałam ogromną nadzieję na to, że pomoże mi z problemem wypadających włosów. Naczytałam się na różnych blogach, że Sesa pomogła zahamować wypadanie włosów, dlatego też bardzo liczyłam, że i u mnie się sprawdzi. Niestety- tutaj mnie zawiodła :( Zupełnie nie zahamowała wypadania, nawet go nie zminimalizowała :( Co więcej- podczas jej zmywania zauważyłam, że wypada mi dużo więcej włosów niż w przypadku spłukiwania zwykłej maski czy odżywki. Nie wiem czemu tak się dzieje :( Być może stosowałam ją zbyt rzadko (regularnie raz w tygodniu przez ponad 3 miesiące).
   Warto wspomnieć, że olejek ten jest przeznaczony do każdego rodzaju włosów i mogą go stosować także kobiety w ciąży.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   100 ml tego olejku kosztuje 25 zł (plus koszty wysyłki, bo jest niedostępna stacjonarnie). Dodam, że taka buteleczka starczyła mi na PONAD 3 miesiące, a zostało mi jeszcze olejku na ok 2-3 sesje olejowania. Przypominam, że ja na jeden taki zabieg zużywam tego olejku całkiem sporo, więc jak ktoś stosuje metodę z łyżeczką, to 100 ml starczy mu na o wieeeeele dłużej.
   Sesę możecie kupić chociażby na Helfy.pl, stacjonarnie nigdzie jej nie widziałam- chyba, że na jakiś targach kosmetycznych.  


   Ogólnie oceniam ten produkt na duży plus- olejki działają na moje włosy bardzo dobrze i Sesa nie jest wyjątkiem. Fankom olejowania nie muszę jej polecać, bo znają ją już od dawna ;)


PLUSY:
-skład, skład i jeszcze raz skład :)
-bardzo dobrze odżywia i nawilża włosy, nadaje im pięknego blasku
-nie powoduje szybszego wzrostu włosów, ale wzmaga przyrost baby hair
-nawilża skórę głowy, pomagając tym samym w walce z łupieżem
-nadaje się do każdego rodzaju włosów, a także dla kobiet w ciąży
-bardzo wydajna!

MINUSY:
-ze względu na zawartość olejku kokosowego może się zestalić, wtedy trzeba włożyć butelkę pod ciepłą wodę (niezbyt wygodne rozwiązanie)
-nie zlikwidowała łamliwych końcówek
-nie zahamowała wypadania włosów :(
-niedostępna stacjonarnie :(
-zapach- nie każdemu musi się spodobać. Mi osobiście nie przeszkadza.




   Olejek Sesa dostałam do testów w ramach współpracy ze sklepem Helfy.pl. Fakt, że dostałam ten produkt za darmo, nie wpłynął na moją opinię.





62 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Mały gest...a cieszy!

11/08/2013 Ania T.


   Pamiętacie jak pisałam Wam o warszawskim spotkaniu blogerek? Cel spotkania był szczytny-chcieliśmy wesprzeć koty z Kociego Azylu.  Oprócz wpisowego w postaci karmy i koców/ręczników, kupowałyśmy także losy, a za zebrane pieniądze nasza organizatorka Iza dokupiła jeszcze więcej karmy!
   Łączne zebraliśmy mnóstwo karmy dla kotów mieszkających w Kocim Azylu. Oto jak prezentuje się całość, wpisowej i zakupionej z pieniędzy za losy, karmy:

Karma "wpisowa"...i zebrane koce/ręczniki

Karma zakupiona z pieniędzy z losów


   Dzisiaj poczułam się bardzo wzruszona, bowiem Pani Irena- właścicielka Azylu wysłała nam śliczne podziękowanie:

Bardzo, bardzo serdecznie dziękuję za taki mały gest :)
Uważam, że trzeba pomagać zwierzętom- one same o siebie nie zadbają, tylko my, ludzie możemy zapewnić im godne życie i dać miłość.
Mam nadzieję, że kocim przyjaciołom smakowała zebrana przez nas karma :)
Powiem Wam w sekrecie, że kolejne planowane spotkanie również będzie połączone ze zbiórką na szczytny cel, ale więcej szczegółów nie zdradzę ;)

A Was moi drodzy czytelnicy proszę- nie zamykajcie się na cierpienie zwierząt!
Takie spotkanie może zorganizować KAŻDY, karma naprawdę nie jest niebotycznie droga, a jak każda osoba obecna na spotkaniu przyniesie jej chociaż trochę, to uzbieracie jej całą górę!
Zachęcam Was do pomagania- to niewiele kosztuje a daje mnóstwo satysfakcji!
Oprócz tego polecam Wam odwiedzić stronę Kociego Azylu- może ktoś z Was znajdzie tam kotka, którego zechce adoptować i dać mu kochający dom :)
POZDRAWIAM!



50 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Orzechowo-morelowy peeling do twarzy Soraya So Pretty

11/07/2013 Ania T.


   W tym miesiącu chyba będę wam pokazywała samych ulubieńców, bo właśnie mam zamiar opisać kolejny produkt, który pokochałam zarówno ja, jak i moja cera :) Ten uroczo wyglądający peeling dostałam na blogerskim spotkaniu w Krakowie i już od pierwszego użycia byłam w nim zakochana!


OPAKOWANIE


   Podoba mi się jego dziewczęcy design- serduszka, róż...wszystko co kobietki lubią najbardziej :D Zestaw takich ładnie zaprojektowanych kosmetyków może być świetnym prezentem dla młodej dziewczyny!
   Tubka jest bardzo miękka, aplikacje jest więc bezproblemowa. Otwór, przez który peeling "wychodzi" na zewnątrz nie jest zbyt szeroki, dzięki temu wyciskamy tyle produktu, ile akurat potrzebujemy.



SKŁAD


   Skład niestety nie zachwyca :( Jak pewnie widzicie jest dość długi i skomplikowany..ale ma swoje plusy! Za drobinki peelingujące robią tutaj łupinki orzecha, co nieco ten produkt "ratuje".


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Ten peeling nie tylko ładnie wygląda, ale też bardzo przyjemnie pachnie! Czuję tutaj słodko pachnącą morelę. Zapach ten przez jakiś czas utrzymuje się na skórze po wykonaniu peelingu.
   Peeling ma konsystencję nieco przypominającą żel, jednak jest bardziej zbity. Nie "rozlewa" się po dłoniach, nie spływa- jest odpowiednio gęsty. Drobinki są widoczne gołym okiem- są małe, ale dość ostre.




DZIAŁANIE

   Tak jak już wspomniałam wyżej, peeling ten posiada małe, ale dość ostre drobiny. Nadaje się raczej dla fanów mocnych zdzieraków, bo drobiny naprawdę porządnie trą skórę. Po jego użyciu bywa, że mam zaczerwienioną twarz. Moc peelingu jest najlepiej odczuwalna, gdy wykonuję go na suchej skórze, na mokro drobiny są nieco łagodniejsze. Mimo to nie polecam go osobom z bardzo wrażliwą lub naczynkową cerą- będzie dla nich za mocny.
   Bardzo dobrze radzi sobie z oczyszczaniem skóry i zdzieraniem martwego naskórka. Po jego użyciu buzia jest wygładzona, promienna i oczyszczona z nadmiaru sebum oraz innych zanieczyszczeń. Świetnie sprawdza się do oczyszczania przetłuszczającej się strefy T.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena to ok 12 zł. Myślę, że nie jest wygórowana- peeling jest dość wydajny, bo niewielka jego ilość wystarczy na pokrycie twarzy. Mam go już od  ponad miesiąca, używam regularnie i nadal zostało mi ok. połowy opakowania.
   Dostępny w każdej drogerii, w której możecie kupić inne kosmetyki formy Soraya.


PLUSY:
-piękny design opakowania
-miękka tubka, z której łatwo wyciska się produkt
-śliczny, morelowy zapach
-mocno i dobrze zdziera
-oczyszcza i wygładza skórę
-cena
-wydajny
-ogólnodostępny

MINUSY:
-bardzo dłuuuugi skład, który wcale mi się nie podoba
-mocno zdziera, ale bywa, że mam po nim zaczerwienioną twarz
-nie nadaje się dla osób z wrażliwą lub naczynkową cerą



73 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!