Testuję: Masło do ciała Honeymania The Body Shop

8/23/2013 Ania T.


   Dzisiejsza recenzja będzie nietypowa, ale mam nadzieję, że się wam spodoba ;) Zapraszam do czytania!

Moją inspiracją do napisania tej notki była Aswertyna, kochana, przyznam ci, że podziwiam cię za taką wyobraźnię :D


   Malutka pszczółka przetarła zmęczone czoło i westchnęła:
-Uff! Praca na dzisiaj skończona!- strzepała resztki pyłku kwiatowego, które osiadły na jej tylnych nogach.
Spełniła swoje dzisiejsze zadanie- zebrała mnóstwo pyłku, który zmieszała z nektarem i dostarczyła do swojego ula. Dzięki temu inne pszczoły nie będą głodne i będą miały siłę aby wyprodukować dużo słodziutkiego miodku. Dzielna mała pszczoła mogła wreszcie odpocząć po ciężkim dniu pracy.
Położyła się w swoim wygodnym łóżeczku, złożyła skrzydełka i po chwili już głośno chrapała.
Nagle obudził ją dziwny hałas i rozbłysk światła...otworzyła oczy, aby sprawdzić co się dzieje...i zamarła! Na ulem pochylał się jakiś gigant w dziwnym ubraniu i zabierał pszczołom ich miód!
-Tak być nie może!- pomyślała sobie i postanowiła śledzić olbrzyma, aby dowiedzieć co się dzieje z cennym, pszczelim eliksirem.
Dłuuuugo leciała, aż w końcu znalazła się w dziwnym miejscu. Było tam dużo ogromnych maszyn, które produkowały gęstą, białą substancję o bardzo przyjemnym zapachu. Do tej substancji dodawano miód!
-A cóż to takiego?- zastanawiała się pszczoła, podleciała jeszcze bliżej, aby dokładnie się temu specyfikowi przyjrzeć.

    Ujrzała śliczne, żółte opakowanie, o pojemności 50 ml. Na nakrętce znajdował się plaster miodu! Dokładnie takie same plastry były w jej ulu, zanim ten olbrzym je zabrał! Zastanawiała się jakim cudem udało się je zmniejszyć i spłaszczyć na tyle, aby zmieściły się na tej małej nakrętce...




   Na nakrętce widniały, srebrne napisy, pszczółka przyjrzała się uważnie i odczytała na głos:
-Honeymania...pierwsze słyszę- cicho wybzyczała.


   
    Później przyjrzała się składowi...czytała, czytała, czytała, bowiem był tak długi, że wydawał się nie mieć końca. Ale jakoś udało się jej znaleźć tam cenny miód! Szkoda tylko, że był tak odległy w tym nieszczęsnym składzie :(


  
   Ledwo skończyła czytanie, a plastikowe słoiczki z dziwną zawartością zostały spakowane do ciężarówek i wysłane w świat. Pszczółka długo się nie zastanawiała, przysiadła na tablicy rejestracyjnej jednego z aut i razem z żółtymi opakowaniami wyruszyła w podróż. Opakowania trafiły do sklepów The Body Shop w całej Polsce. Kosztowały 20 zł/ 50 ml. 
Nasza bohaterka schowała się za jednym z masełek i czekała co się stanie dalej. 
Klika godzin później po opakowanie Honeymanii sięgnęła pewna kobieta. Odkręciła nakrętkę, powąchała...i zaczęła się zachwycać!
-Cóż za przepiękny zapach! Taki słodki, trochę kwiatowy, bardzo mocny i wyrazisty!- pszczółka słuchała jej jak zaklęta...po chwili klientka wzięła odrobinę masła do ciała (tak, teraz pszczółka już wiedziała co to za dziwna zawartość!) i rozsmarowała je na ręku:
-A jaka konsystencja! Masło jest zbite, ale rozsmarowuje się bez problemu. Jest cięższe niż inne masła z tej firmy, jakie miałam okazję testować, trochę dłużej się wchłania, ale nie zostawia po sobie tłustej warstwy. Mam wrażenie, że będzie idealne dla mnie!-




Po tych wszystkich zachwytach powędrowała do kasy, zapłaciła za masełko i wyszła ze sklepu. Pszczółka pognała za nią ile sił w skrzydełkach. Leciała aż do samego domu kobiety. Tam przycupnęła na kwiatku, który znalazła na oknie i uważnie obserwowała.
Wieczorem kobieta wyszła z kąpieli, trzymając w rękach znajome, żółte pudełeczko. Po odkręceniu nakrętki, zaczęła się smarować lekko żółtym masełkiem. Ten rytuał powtarzała codziennie, przez kilka dni, a pszczółka cały czas na to patrzyła, zajadając sobie słodki, kwiatowy pyłek.
Po tym czasie kobieta zaczęła wreszcie zauważać działanie Honeymanii, każdą zmianę głośno komentowała, dzięki czemu pszczoła wiedziała do czego służy to dziwne, zbite masło.
-Ale mam gładką i miękką skórę!- mówiła kobieta po każdym użyciu, po kilku dniach stwierdziła także, że stan jej skóry oraz jej nawilżenie zdecydowanie się poprawiły. Gęste i treściwe masło pomogło jej zwalczyć suchą skórę i dobrze ją odżywiło. Chwaliła je także za to, że nie pozostawia tłustej warstwy. Dodatkowo pszczółka, za każdym razem gdy dziewczyna użyła masła, czuła piękny, słodki zapach, który długo utrzymywał się na skórze. 
Za każdym razem gdy kobieta nabierała i rozsmarowywała produkt na skórze, masła z opakowania ubywało. Ale mimo to było go na tyle dużo, że starczyło na kilka użyć, bo niewielka ilość wystarczyła aby pokryć nim całe ciało.
Obserwując kobietę przez dłuższy czas, pszczółka zauważyła, że ta bardzo polubiła masełko, a miodek, który został użyty do jego produkcji nie został zmarnowany. Zadowolona odleciała w stronę swojego ula, aby opowiedzieć innym pszczołom o tym, w jak wspaniały sposób można wykorzystać owoc ich pracy- miód. 


Jeśli podoba wam się moja recenzja to zachęcam do zagłosowania na nią w aplikacji The Body Shop ;)


post signature

55 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Różany peeling do ust Pat&Rub

8/21/2013 Ania T.


   O tym peelingu dużo się naczytałam, już pierwszy artykuł na jego temat bardzo mnie zaciekawił. Do tej pory widziałam tylko peelingi do ciała, a te do ust robiłam sobie sama w domu z miodu i cukru. Szukałam go w sklepach, ale jak zobaczyłam cenę to padłam. Na pomoc przyszła mi pani Marta oraz firma Pat&Rub, która przybyła na warszawskie spotkanie blogerek i podarowała mi ten peeling :) Przyznam szczerze, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i stał się jednym z najczęściej używanych przeze mnie kosmetyków ;)


OPAKOWANIE

   Peeling jest zapakowany w różowy kartonik o bardzo prostym designie, napisy głoszą, że jest to produkt w 100% naturalny, tak też opowiadała nam pani Marta ;)



   
   Dodatkowo na kartoniku widnieje informacja, że peeling został wyróżniony w plebiscycie magazynu "Uroda" w 2012 roku. Jakoś mnie to nie dziwi...ale o tym później ;)

   Sam kosmetyk jest umieszczony w plastikowym, małym słoiczku, z czarną nakrętką.



SKŁAD


   Skład rzeczywiście cieszy oczy. Ksylitol to cukier uzyskiwany z brzozy- bezpieczny dla osób z cukrzycą, nie wywołuje próchnicy, a także jest mniej kaloryczny od zwykłego cukru. Dodatkowo mamy tutaj pielęgnacyjne olejki, oraz fantastycznie pachnący olejek różany. 


ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Czym może pachnieć kosmetyk różany jak nie różą? :D Zapach olejku z róży damasceńskiej jest bardzo wyczuwalny, ale nie jest duszący, ponieważ po spłukaniu (lub zlizaniu) peelingu się ulatnia. A jak smakuje...oh! No po prostu bajka! Niczym najlepsza różana konfitura!
   Jeśli chodzi o konsystencję- tutaj sprawa jest ciekawa. W pudełeczku peeling jest twardy i zbity, ale nie ma żadnego problemu, aby nabrać go na palec i rozsmarować na ustach. Nie jest także tłusty, mimo zawartości olejków.





DZIAŁANIE

   O jego działaniu mogłabym pisać poematy :D Oprócz tego, że pięknie pachnie i jest smaczny (o czym już wspominałam), spełnia także wzorowo swoją podstawową funkcję- czyli peelingowanie ;) Kiedy budzę się rano, często mam zdarte usta, pełne suchych skórek. Smaruje je różnymi pomadkami i balsamami, które czasem pomagają, ale kiedy usta są naprawdę suche- to ten peeling jest dla nich jedynym ratunkiem!
   Momentalnie zdziera każdą, nawet najmniejszą suchą skórkę, nie podrażniając przy tym ust. Po jego spłukaniu (choć ja go zwykle zlizuje), usta są gładkie, pozbawione suchych zadziorów i przygotowane na pomalowanie każdą pomadką ;) Mało tego- po peelingowaniu każda ze szminek trzyma się na ustach dłużej i nie zbiera się tak bardzo w załamaniach jak przed. Nie musimy się także martwić o podkreślanie suchych skórek bo...po prostu ich nie ma! 
   Oprócz peelingowania pielęgnuje także usta, ale jest to raczej krótkotrwały efekt, który nie zastąpi nam porządnego, tłustego mazidła do ust. Ale mimo to uznaję go za zadowalający ;) 


Efekt "przed" i "po" peelingowaniu produktem Pat&Rub. Na zdjęciu po lewej wyraźnie widać suche skórki, z kolei po prawej widzimy jak peeling świetnie sobie z nimi poradził ;)


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

    Cena to jego największa wada- 49 zł za malutki słoiczek to POWALAJĄCA kwota. Owszem, produkt jest bardzo wydajny, ale mimo to 49 zł to dużo, nawet bardzo. A w Sephorze widziałam te peelingi jeszcze droższe (mają niezły narzut)...przyznam szczerze, że bardzo lubię ten peeling, ale za tyle pieniędzy ponownie go nie kupię. 
    Peeling możecie kupić na stronie Pat&Rub, ale także w Sephorze- choć tam zakupów nie polecam, bo każdy z produktów jest co najmniej o jakieś 20-30 zł droższy niż na stronie P&R, więc nawet jak doliczymy przesyłkę, to bardziej nam się opłaci ten peeling kupić poprzez sklep internetowy niż stacjonarnie ;)


PLUSY:
-świetnie radzi sobie z suchymi skórkami, wygładzając przy tym usta
-dzięki niemu pomadki i szminki lepiej i dłużej trzymają się na ustach
-ma właściwości pielęgnacyjne (choć moim zdaniem niewystarczające)
-przepięknie pachnie <3 i przy okazji jest bardzo smaczny (i nie tuczy tak bardzo jak zwykły cukier!)
-naturalny skład
-wydajny
-nie podrażnia ust podczas peelingowania

MINUSY
-cena z kosmosu...


post signature

57 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Shiny Box sierpień 2013

8/18/2013 Ania T.


   Ostatniego Shiny Boxa zamawiałam w maju...przyznam szczerze, że jakoś mnie nie ciągnęło do niego przez ostatnie miesiące. Kiedy przyglądałam się zawartości pudełek czerwcowych czy lipcowych, wcale nie żałowałam, że nie znalazły się w mojej kolekcji. Z kolei pudełko sierpniowe skusiło mnie tym, że miało w nim być aż 5 pełnowymiarowych produktów (plus kosmetyczny prezent)! Pomyślałam sobie: "a co, raz się żyje!". Bałam się rozczarowania, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie! Pudełeczko jest moim zdaniem bardzo udane! Mimo, że nie załapałam się na dodatkowy produkt, który miał być rozlosowany wśród 250 osób, które zamówią pudełko, to i tak jestem zadowolona ;)



Oto jak prezentuje się zawartość pudełka. Aż miło popatrzeć, takie jest wypchane!



Czas na analizę zawartości i podsumowanie wartości pudełeczka.
Czy było warto dać za nie 49 zł?
A może przepłaciłam?
Przekonajmy się!



Co pudełeczko zawierało w środku?

1. Koncentrat antycellulitowy chłodzący Marion (produkt pełnowymiarowy)
Ten produkt już jest w fazie testów :D Zużyłam jak na razie 1 ampułkę, która starczyła mi na 2 użycia (na uda, pośladki i brzuch). Rozczarował mnie fakt, że WCALE nie chłodzi, no trudno, zobaczymy co zdziała przez te 10 dni (liczę na to, że każda ampułka starczy na 2 użycia), ale cudów się nie spodziewam.


Cena według SB: 13 zł/ 5 x 6,5 ml 
Cena rzeczywista: na Allegro można go znaleźć za 8 zł, w niektórych drogeriach internetowych za 10 zł, SB nieco zawyżył cenę.


2. Maska nawadniająca Hydrain 3 Hialuro Dermedic (produkt pełnowymiarowy)
Z tej serii mam płyn micelarny, który bardzo lubię. Jednak moja cera nie jest wyjątkowo wysuszona (a właśnie do takiej skóry przystosowana jest ta maska), dlatego trafi ona do mojej mamy ;)


Cena według SB: 25 zł/ 50 g
Cena rzeczywista: wizaż.pl podaje dokładnie taką samą cenę, w internetowych aptekach różni się ona dosłownie groszami. Także przyjmujemy, że jej rzeczywista wartość to 25 zł/ 50 g, czyli tak, jak podaje Shiny Box ;)


3. Serum na zniszczone końcówki włosów Indola (produkt pełnowymiarowy)
W ostatnich miesiącach przybyło mi wiele takich produktów, mam jedwab z Green Pharmacy oraz serum na końcówki od Dove...to serum Indola będzie musiało poczekać na swoją kolej, ale ponieważ jest to produkt profesjonalny, to stawiam mu poprzeczkę bardzo wysoko ;)


Cena według SB: 39 zł/50 ml
Cena rzeczywista: już w pierwszym znalezionym w Google sklepie internetowym to serum jest dostępne w cenie 32,99 zł/50 ml.


4. Płyn micelarny do mycia i demakijażu 3 w 1 Bielenda (produkt pełnowymiarowy)
Kiedy skończy mi się micel od Dermedic, zastąpię go Bielendą. Oby się dobrze spisała! Od dawna nie używam do demakijażu nic innego oprócz płynów micelarnych, dlatego ucieszyłam się z obecności tego micelka w pudełku.


Cena według SB: 13 zł/200 ml
Cena rzeczywista: na Ceneo.pl można go dostać już od 10,90 zł/200 ml.


5. Odżywczy krem do pielęgnacji dłoni i paznokci DeBa BIO Vital (produkt pełnowymiarowy)
Ta firma jest dla mnie kompletną nowością, tym bardziej cieszę się, że będę mogła przetestować ten krem. Podoba mi się jego prześliczna, bardzo mięciutka tubka, ciasteczkowy zapach oraz fakt, że jego składniki mają certyfikat BIO. 


Cena według SB: 12 zł/75 ml
Cena rzeczywista: w internecie znalazłam go w dokładnie takiej samej cenie, czyli 12 zł/75 ml


6. Organiczny peeling do każdego rodzaju cery BioPlasis
Firma także jest dla mnie zupełnie nowa, szkoda, że to tylko mała próbeczka, bo raczej po 1 użyciu nie wyrobie sobie o tym peelingu porządnej opinii.


Cena według SB: 45 zł/60 ml, próbka ma 3 ml, więc wychodzi 2,25 zł/3 ml
Cena rzeczywista: na niezawodnym Ceneo znalazłam go za 36 zł/60 ml czyli 1,80/3 ml


Podsumowując:
Całkowita wartość pudełka według SB: 104,25 zł. Zdecydowanie przewyższa kwotę 49 zł jaką zapłaciłam za to pudełko.
Rzeczywista wartość pudełka: 90,69 zł. Shiny Box tradycyjnie trochę zawyżył ceny produktów, ale mimo to muszę przyznać, że wartość pudełka mnie bardzo zaskoczyła.

Czy warto było?
Moim zdaniem to jedno z bardziej udanych pudełek Shiny Box. O niebo przewyższa sierpniowego Glossy Boxa, którego oglądałam na innych blogach. Duży plus za zawartość pełnowymiarowego produktu BIO (krem do rąk) oraz organicznego peelingu, mimo, że to tylko próbka. Bardzo ucieszyła mnie obecność aż 5 pełnowymiarowych produktów, każdy z nich przetestuje z radością. Jak Shiny dalej utrzyma taki wysoki poziom pudełek, to kto wie- może wreszcie zdecyduje się na co miesięczną subskrypcję ;)


I jak wam się podoba sierpniowe pudełko?
Macie już swoje? ;)


post signature

47 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Trochę prywaty- moja relacja z koncertu System of a Down! :)

8/14/2013 Ania T.


   Dziś dla odmiany trochę prywaty- przeżyłam najlepszy koncert w moim życiu i koniecznie muszę się podzielić z wami moją relacją :)
 
UWAGA! 
Ten tekst jest tylko i wyłącznie moją własną, prywatną opinią na temat koncertu. Umieszczam w nim zdjęcia i filmy zrobione/nakręcone swoim telefonem komórkowym. Nie są to żadne PROFESJONALNE foty, nie widać na nich całego zespołu, ani sceny z bliska, ponieważ miałam miejsce na trybunach a nie przy samej scenie. Proszę się powstrzymać od komentarzy w stylu "beznadziejne zdjęcia"- jak chcecie sobie obejrzeć profesjonalne relacje, to pod koniec tego posta zamieszczę wam linki do artykułów z rożnych portali ;)

   Od kiedy na Facebooku ujrzałam post o tym, że Live Nation sprowadza do Polski System of a Down, wiedziałam, że bilet MUSI być mój! W końcu ostatni raz grali w Polsce...15 lat temu. Byli wtedy supportem dla Slayera, niestety ich muzyka chyba nie przypadła Slayerowym fanom do gustu, ponieważ zostali obrzuceni różnymi przedmiotami. Trochę niemiło... tym bardziej się ucieszyłam kiedy jednak postanowili dać Polsce drugą szansę (choć przyznam, że trochę im to zajęło :D). Co z tego, że koncert miał się odbyć w Łodzi, czyli mieście, którego zupełnie nie znam, co z tego, że było mało biletów, że kosztowały "swoje"...i tak wiedziałam, że pojadę na ten koncert i już!

   Kiedy już dokładnie wiedziałam kiedy ma ruszyć sprzedaż biletów, wiedziałam, że tego dnia muszę być w pełnej gotowości! Jaka była moja rozpacz, kiedy okazało się, że akurat wtedy mam zajęcia na uczelni! Ale ponieważ zawsze znajduje jakieś wyjście z sytuacji...to kupnem biletu zajął się mój ukochany TŻ :D Pół godziny przed rozpoczęciem sprzedaży zadręczałam go telefonami (bo jeszcze spał!), że ma włączać kompa i natychmiast wchodzić na Live Nation aby zakupić mój wymarzony bilet. Przyznam, że spisał się na medal (złoty!). Zarezerwował mi miejsca zaraz obok znajomej, która również się na ten koncert wybierała, wszystko opłacił...i miałam pewne miejsce! Byłam w ogromnym szoku, kiedy dowiedziałam się, że pierwsza pula biletów została wykupiona w 10 minut!

"My precious..." :D

   Możecie stwierdzić, że jestem leszczem, bo kupiłam bilet na trybunę...ale ze swoimi gabarytami raczej miałabym marne szanse na płycie, nie mówiąc już o Golden Circle :D Poza tym wolałam sobie obejrzeć koncert w spokoju, nie obawiając się o swoje życie i zdrowie :D

   Kiedy wymarzony bilet już przyszedł, zostało mi tylko czekanie na koncert...dni mijały, a ja odliczałam. Powoli zbliżał się TEN czas, więc szybko sprawdziłam połączenia z Katowic do Łodzi, zorganizowałam sobie nocleg (dziękuję ciociu, dziękuję wujku! Uwielbiam swoją rodzinę!) i jazda! Oprócz mnie w pociągu jechało mnóstwo ludzi poubieranych na czarno, w koszulkach zespołu itp.- od razu wiedziałam, że nie zgubię się po drodze, wystarczyło tylko podążać za tłumem ;)

   Umówiłam się ze znajomymi, że na Atlas Arenę pojedziemy razem i tak zrobiłyśmy. Przed wejściem oczywiście niemiłosierny tłok, ale dało się wyczuć niesamowitą atmosferę, ludzie byli bardzo podekscytowani... ale nie ma się co dziwić, w końcu dla wielu z nich miało się niedługo spełnić jedno z marzeń! Mogli zobaczyć ukochany zespół na żywo!

    Wejście było od 18:00, wielkie brawa dla ochroniarzy i całej obsługi, bo załatwili to bardzo sprawnie! Bez przepychanek, bez awantur...po 5 minutach byłyśmy w środku. Pozwiedzałyśmy arenę i zostało nam tylko czekanie na COKOLWIEK. Support wychodził dopiero o 19:30, natomiast koncert głównej gwiazdy wieczoru był zaplanowany na 20:45. Ponudziłyśmy się, poplotkowałyśmy aż w końcu nadeszła ta 19:30... Supportem był zespół z UK, niejacy Hawk Eyes...przyznam szczerze, że nagłośnienie było tak beznadziejne, że nie zrozumiałam ani jednego słowa (no dobra, może oprócz "fuck"), które śpiewał wokalista, za to instrumenty dawały tak po uszach, że zupełnie zagłuszały śpiew. Osoby odpowiedzialne za dźwięk trochę nawaliły.

    Ale-support supportem, z każdą minutą coraz bardziej zbliżał się moment, kiedy na scenie pojawi się SYSTEM!!! 20:20, 20:30...napięcie rośnie...20:40...zaczynamy się zakładać jakim kawałkiem zaczną, no i czy pojawią się punktualnie. W końcu! Wybiła 20:45, światła zgasły, na scenę wkroczył zespół, nagle scena rozbłysła a tłum oszalał! KONCERT SIĘ ZACZĄŁ! Było nam trochę smutno, bo żadna z nas nie trafiła z pierwszą piosenką :D Ja stawiałam na "Toxicity", ale zaczęli od "Aerials" :) Atmosfery tego koncertu po prostu nie da się opisać! Ludzie bawili się świetnie, przy spokojniejszych kawałkach wyciągali zapalniczki i machali nimi nad głowami, przy tych mocniejszych był istny szał, przy "Spiders" utworzyli nawet pajęczynę z papieru toaletowego :D Pogo na płycie i GC, uniesione pięści, skaczący ludzie...coś niesamowitego! Przyznam szczerze, że oglądanie go z trybun wcale nie było takie złe, ponieważ dobrze widziałam scenę, nikt mi nie zasłaniał no i miałam swobodę ruchu, co w gigantycznym tłumie na GC oraz płycie było CUDEM. Ale niektórzy jeżdżą na koncerty tylko dla pogo, takich ludzi naprawdę podziwiam i szanuję, bo ja sama bym chyba się obawiała o swoje życie w takiej sytuacji :D 
Dla zainteresowanych wklejam znalezioną w internecie setlistę, znajdziecie ją TUTAJ.
Ja najbardziej byłam zachwycona moim ukochanym kawałkiem czyli "Question", bardzo się cieszę, że go zagrali :)

   Tutaj kilka fot z mojego cudownego telefonu :D

Tak było ok. 18:30- ludzie dopiero się zbierali...


S.O.A.D już na scenie- widać malutkiego Serja po środku :D

Oświetleniowcy nie próżnują ;)

Wielka płachta z nazwą zespołu odsłoniła się dopiero pod sam koniec ;)

A teraz czas na FILMIKI!
Udało mi się nagrać tylko 2 piosenki, niestety filmy okazały się tak duże, że zapełniły moją kartę SD w telefonie :(  Nie przejmujcie się trzęsącym się obrazem, bo skakałam tam jak oszalała, za to dźwięk jest całkiem przyzwoity ;)

Oto "B.Y.O.B":


A tutaj "Chop Suey":


   Sam koncert był NIEZIEMSKI, ale nie obyło się bez kilku wpadek...przede wszystkim przeszkadzał mi brak telebimów. Nie było ANI JEDNEGO! Szkoda, bo mimo, że dobrze widziałam scenę, to samych artystów z bliska nie dane mi było zobaczyć. Poza tym przeszkadzało mi też nagłośnienie- było o niebo lepiej niż na supporcie, przynajmniej było słychać co śpiewają, ale bywały momenty kiedy instrumenty zupełnie zagłuszały wokalistę, szczególnie kiedy coś mówił. Ale przy takiej atmosferze te wszystkie minusy wcale nie były takie istotne ;) 

   Na koniec podsyłam kilka linków do artykułów, gdzie znajdują się lepsze foty i bardziej "profesjonalne" relacje. Ja pisałam od serducha ;)


Do powiedzenia mam tylko tyle:
DZIĘKUJĘ S.O.A.D ZA CUDOWNY KONCERT!
DZIĘKUJĘ LIVE NATION ZA TO, ŻE ICH SPROWADZILIŚCIE!
DZIĘKUJĘ LUDZIOM ZA CUDOWNĄ ATMOSFERĘ!


post signature

26 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Męskie testy: Dezodorant Nivea Fresh Active

8/10/2013 Ania T.


   Dawno nie było tutaj nic dla przedstawicieli płci przeciwnej :) Dziś pokażę wam ulubiony antyperspirant mojego TŻ, bardzo dokładnie go wypytałam o opinię na jego temat, więc poznacie wszystkie jego plusy i minusy, sama także miałam okazję go przetestować na sobie :)


OPAKOWANIE

   Metalowa butelka z atomizerem i o typowo męskim designie.


   Atomizer jest bardzo prosty w obsłudze, nie zacina się.



SKŁAD



ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach jest bardzo męski, ale jednocześnie świeży. Utrzymuje się długo, dłużej niż "damskie" dezodoranty- wypróbowałam to na sobie i widzę różnicę :D Bardzo go lubię i czasem podkradam go swojemu mężczyźnie :D
   Konsystencja- typowa dla dezodorantu. Co tu dużo mówić- psikasz, wylatuje pachnąca mgiełka, a ty czujesz się świeżo ;)

DZIAŁANIE

   Głównym zadaniem antyperspirantów jest ochrona przed potem, mają dawać długotrwałe uczucie świeżości, ten obiecuje nawet 48 godzinną ochronę...


   Oczywiście nie wierzcie w takie obietnice, żaden dezodorant nie da wam tak długotrwałej ochrony. Ale spokojnie chroni przez jakieś 6-8 godzin, przy czym po takim czasie dalej czuć jego świeży zapach.
    Trzeba uważać z aplikacją, kiedy zbyt dużo i zbyt blisko się psiknie, może zostawiać nieestetyczne białe i kruszące się ślady pod pachami. Jednak nie zauważyłam aby zostawiał podobne ślady na ubraniach, nawet jeśli są to kolorowe koszule. 
    Nie podrażnia skóry pod pachami (nawet kobiecej, która jest delikatniejsza :D) , jednak po aplikacji odczuwa się dość przyjemny chłodek, który daje dodatkowe uczucie odświeżenia.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Cena to ok. 12 zł- w zależności od sklepu, gdzie go kupujemy, czasem można znaleźć go w promocji.
   Kupimy go w każdej drogerii i sklepie gdzie dostępne są męskie kosmetyki.


PLUSY:
-wygodna aplikacja
-ładny zapach, który dość długo się utrzymuje
-chroni przed poceniem się przez ok 6-8 godzin
-nie podrażnia skóry pod pachami
-nie zostawia śladów na ubraniach
-dostępność

MINUSY:
-może zostawiać białe ślady pod pachami
-nie chroni 48 godzin (co za bujda!)


post signature

25 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Jak wszyscy, to wszyscy...czyli 50 faktów o mnie!

8/06/2013 Ania T.


   Lubię poznawać bliżej blogerki, do których często zaglądam. Dlatego bardzo spodobał mi się ten TAG ;) Mimo, że nie jestem ich wielką fanką i na tym blogu pojawiły się jedynie 2 (które też miały wam nieco przybliżyć moją osobę), to dla tego postanowiłam zrobić kolejny wyjątek ;)
   Mam nadzieję, że dzięki niemu lepiej mnie poznacie, a może nawet stwierdzicie, że fajna ze mnie babka :D
ZAPRASZAM!


1. W domu mam 2 zwierzaki: jeża oraz chomika.
2. Lubię gotować, a szczególnie potrawy "eksperymentalne". Inspiruje mnie kuchnia orientalna oraz włoska, lubię też owoce morza ;)
3. Od niemal 2,5 roku jestem w szczęśliwym związku.
4. Niedawno obroniłam licencjat. Specjalizacja: biotechnologia środowiska ;)
5. Nie cierpię zapachu grapefruita.
6. Nie jestem jedynaczką- mam 18 letniego brata.
7. Lubię (i chyba umiem) śpiewać.
8. Najlepsze wakacje swojego życia spędziłam we włoskim Rimini.
9. Nie oglądam horrorów. Przyczyna jest bardzo prosta- boję się ich :D
10. Nie umiem robić wzorków na paznokciach, jeszcze nigdy nie wyszedł mi żaden, który można pokazać publicznie :D
11. Kolekcjonuję woski Yankee Candle, jedno pudełeczko Shiny Box jest już nimi zapełnione po brzegi.
12. Uwielbiam czytać książki, zawsze po przeczytaniu dobrej lektury mam ochotę na więcej i zastanawiam się co ja bym zrobiła na miejscu głównego bohatera, albo jak napisałabym zakończenie, gdybym to ja była jej autorem.
13. Najbardziej lubię czytać książki fantasy, może to dlatego, że wtedy najlepiej pracuje moja wyobraźnia ;)
14. Jestem uzależniona od seriali, mam kilka swoich ulubionych m.in: True Blood, Supernatural, Game of Thrones czy The Walking Dead. 
15. Od 4 miesięcy mam stały aparat na zębach.
16. Nie lubię jeść warzyw oraz owoców. Fuj, fuj!
17. Naturalnie jestem ciemną brunetką, obecnie mam na głowie brązowo-blond ombre ;)
18. Moim ulubionym kolorem na paznokciach jest róż (we wszystkich możliwych odcieniach).
19. Nie boję się odważnych kolorów- lubię jaskrawe lakiery do paznokci, ubrania oraz szminki w zdecydowanych odcieniach.
20. Mam bardzo bladą cerę, ciężko się opalam i mam wieczne problemy z dopasowaniem odcienia podkładu czy pudru.
21. Moje ulubione kwiaty to lilie ;) Przepięknie pachną.
22. Nie znoszę chodzić w butach na obcasie- zawsze boli mnie po nich kręgosłup. Trampki rządzą!
23. Zawsze marzyłam o tym żeby mieć psa, ale warunki nigdy mi na to nie pozwalały.
24. Najbardziej w ludziach denerwuje mnie HIPOKRYZJA- jeśli ktoś mówi, ze coś jest złe, a potem sam to robi...to we mnie się gotuje. Ludzie, używajcie czasem mózgu!
25. Lubię pływać- mam nawet ukończony kurs młodszego ratownika ;)
26. W przyszłości chciałabym zamieszkać w Australii albo w USA, mam nadzieję, że kiedyś mi się uda ;)
27. Cały czas nie mam prawa jazdy, egzaminatorzy mnie widać nie lubią, bo zawsze oblewają mnie za jakieś głupoty (patrz- najechanie na linię, której NIE MA na drodze bo jest zasypana śniegiem :D)
28. Na śniadanie uwielbiam jeść kaszki "Mleczny start" z Biedronki oraz mleko z płatkami Gold Flakes. Mniam!
29. Jestem uzależniona od wody Żywiec Zdrój Smako-Łyk. Moje ulubione smaki to: malina, wiśnia i truskawka :)
30. Od lat jestem wierna zapachowi DKNY Be Delicious, oprócz niego na mojej półce znajduje się także Chloe, Lacoste Inspiration oraz Elizabeth Arden Green Tea Cherry Blossom.
31. Nie umiem używać cieni do powiek. W domu mam tylko 1 paletkę, której używam sporadycznie.
32. Nie uznaję solarium, dziewczyny, które od niego są aż brązowe nazywam pieszczotliwie "skwarkami".
33. Jestem bardzo kontaktowym człowiekiem, nie mam problemów z nawiązywaniem nowych znajomości ;)
34. Lubię grać w gry komputerowe :) W wolnych chwilach gram ze swoim TŻ w Heroes 6. Zwykle gram mrocznymi elfami :D
35. Nienawidzę sztuczności: gigantyczne tipsy, sztuczne włosy, solarka, tona tapety...brrrr, to nie dla mnie.
36. Lubię słuchać muzyki rockowej, kiedy w radiu leci Rihanna czy inna Doda-natychmiast wyłączam. Nie trawię ich. Lubię kiedy tekst piosenki ma sens ;)
37. Nie lubię chodzić do kina na filmy 3D, od tych tragicznych okularów strasznie bolą oczy.
38. Lubię jeść jogurty (np. Monte :D), ogólnie w mojej diecie króluje nabiał.
39. Nigdy nie założyłabym naturalnego futra!
40. Moją ulubioną porą roku jest lato- nie tylko dlatego, że są wakacje, ale przede wszystkim dlatego, że jest CIEPŁO! Jestem ciepłolubnym stworzeniem, w zimie zawsze chodzę zmarznięta.
41. Lubię pić owocową herbatkę, szczególnie malinową i o smaku owoców leśnych ;)
42. Mam takie ciemne oczy, że niektórym wydaje się, że są czarne.
43. Lubię czasem wpaść na jakiegoś fast-fooda, tak wiem, to niezdrowe, ale bywają dni, że nie mogę się powstrzymać :D
44. Nie cierpię oglądać westernów, są dla mnie potwornie nudne.
45. Uwielbiam filmy Tima Burtona i Quentina Tarantino! Gnijącą pannę młodą obejrzałam już chyba z 5 razy, z kolei Django Unchained 3 razy :)
46. Bardzo nie lubię sportów drużynowych- jak w gimnazjum czy liceum kazali mi grać w siatkówkę, to udawałam, że nie mam stroju :P
47. Mam nadzieję, że kiedyś będę pracować w laboratorium kosmetycznym. Kto wie? Może założę własne :D Do odważnych świat należy!
48. Moja ksywka "nuneczka" wzięła się jeszcze z czasów gimnazjum. Dla ciekawych "nunca" po hiszpańsku oznacza "nigdy" ;)
49. Uwielbiam piercing i tatuaże, bardzo podobają mi się wytatuowani faceci. Mrrr :D Sama mam 3 kolczyki w uszach, miałam także kolczyk w pępku i karku, ale niestety oba musiałam usunąć :(
50. Mam wadę wzroku, jestem ślepa :D Co prawa to tylko -1,75, ale jak ściągnę okulary czy soczewki, cały obraz przed oczami mi się rozmazuje :(

Kto doczytał do końca? Przyznać się!
Nie gryzę :D




post signature

45 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Suchy szampon tropical Batiste

8/04/2013 Ania T.


   Jakiś czas temu pokazywałam wam moje małe zakupy, wśród których był między innymi ten szampon. Nigdy nie byłam przekonana do tego typu wynalazków, kiedyś kupiłam sobie suchy szampon firmy Syoss i okazał się totalną porażką (bubel nad bublami, nie polecam!), dlatego do Batiste też podeszłam z wielką ostrożnością i nie spodziewałam się po nim cudów. Jak się sprawdził?


OPAKOWANIE

    Opakowanie jest typowe dla produktów w sprayu, np. lakierów- metalowa butelka z atomizerem, która przyciąga wzrok pięknym, kolorowym wzorem. Koło takiego uroczego opakowania trudno przejść obojętnie, a każdy szampon z tej firmy ma inny, ciekawy i ładny wzór. 


   Szampon aplikuje się wygodnym atomizerem, który się nie zacina i jest prosty w obsłudze.



SKŁAD


   Za nadanie włosom świeżości odpowiada skrobia otrzymywana z ryżu (Rice Starch), po rozczesaniu włosów szczotką, wchłania nadmiar łoju i sprawia, że włosy nabierają objętości.


ZAPACH/KONSYSTENCJA/APLIKACJA

   Zapach jest piękny- kokos połączony z tropikalnymi owocami, wyczuwalny podczas aplikacji, szkoda tylko, że nie utrzymuje się na włosach :(


   Ciężko tutaj mówić o jakiejkolwiek konsystencji- jest to po prostu spray, który rozpyla się w postaci mgiełki.
   Aplikacja jest prosta, ale trzeba pamiętać aby przestrzegać paru zasad. Postaram się wam wszystko krok po kroku opisać :)
1. Unosimy włosy u nasady
2. Kierujemy atomizer w miejsce, w którym chcemy spryskać włosy
3. Psikamy włosy u nasady z odległości 30 CM (!), to ważne, ponieważ jeśli spryskamy je zbyt blisko, to spray pozostawia białe, nieestetyczne ślady (które potem można wyczesać szczotką):


4. W taki sam sposób spryskujemy całe włosy
5. Po spryskaniu układamy je i stylizujemy (polecam do tego okrągłą szczotkę)


DZIAŁANIE

   Suchy szampon to alternatywa dla mycia włosów np. w momencie gdy nie mamy dostępu do bieżącej wody. Jednak pamiętajmy, że nie zastąpi nam tradycyjnego szamponu. Rzeczywiście odświeża włosy, nawet kiedy są bardzo przetłuszczone, to pochłania nadmiar łoju i nadaje im objętości. Jest to dobry sposób w momencie kiedy chcemy wyjść na zakupy a nie zdążymy umyć głowy.
   Niestety, efekt nie utrzymuje się długo- świeżość włosów przez kilka godzin, z kolei objętość ok. godzinę. Dlatego nie możemy go używać zamiast zwykłego szamponu. 
    Ułatwia układanie włosów, po spryskaniu są podatne na stylizację, nie ma problemu żeby ułożyć je na szczotce, ale nie utrwala fryzury, do tego niezbędny będzie lakier.
     Nie zauważyłam żadnych efektów pielęgnacyjnych- nie wzmacnia ani nie odżywia włosów, ale nie ma się co dziwić, bo nie jest to produkt przeznaczony do tego celu. Warto chyba jednak zaznaczyć, że nie przesuszył moich włosów. 
    Zobaczcie jak wygląda efekt przed i po użyciu tego szamponu:


-Włosy oklapnięte, ciężkie


-Włosy mają większą objętość, są odświeżone i puszyste


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Szampon możemy kupić w dwóch wariantach pojemnościowych: 200 ml oraz 50 ml (wariant "mini", idealny na podróż), pierwsza wersja (w zależności od rodzaju szamponu) kosztuje od 15 do 17 zł, za mniejszą pojemność zapłacimy 8 zł. Jestem też zadowolona z jego wydajności- mój poprzedni suchy szampon o takiej samej pojemności skończył się...po 2 użyciach. Tego używałam już kilka razy i nadal zostało go sporo :) 
    Ja swój kupiłam w sklepie internetowym Minti Shop, ale z tego co wiem można je także kupić stacjonarnie m.in. w drogerii Marionnaud. 


PLUSY:
-piękne i przyciągające wzrok opakowanie
-wygodna aplikacja, dzięki niezacinającemu się atomizerowi
-ładny zapach 
-nadaje włosom objętości i świeżości
-pochłania nadmiar łoju
-ułatwia układanie i stylizację włosów (ale nie utrwala fryzury tak jak lakier czy żel do włosów)
-nie przesusza włosów
-jak na suchy szampon, jest całkiem wydajny

MINUSY:
-zapach nie utrzymuje się długo na włosach
-odświeża włosy i nadaje im objętości, ale jest to krótkotrwały efekt
-może zostawiać białe ślady (ale tylko jeśli nieodpowiednio go zaaplikujemy)


Miałyście już go?
Co o nim myślicie?


  post signature

28 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Denko czerwcowo-lipcowe :)

8/03/2013 Ania T.


  W czerwcu nie pokazywałam wam denka, bo zużytych produktów było tak mało, że to aż wstyd... dlatego denko jest łączone, bo w lipcu udało mi się nadrobić zaległości w zużywaniu kosmetyków :)

Oto całość:



WŁOSY:


W ciągu tych 2 miesięcy najwięcej "zeszło" produktów typowo do włosów.
1. Łopianowa maska do włosów Receptury Babuszki Agafii: uległam szałowi na rosyjskie kosmetyki, stąd zakup tej maski. Początkowo byłam nią zachwycona- nie obciążała włosów, po jej użyciu były bardziej puszyste, lekkie...ale przy dłuższym użytkowaniu stwierdziłam, że nie daje zupełnie ŻADNYCH efektów. Ani nie wzmocniła włosów, ani ich nie nawilżyła...rozczarowała mnie, dlatego nie kupię ponownie.
2. Lakier do włosów Wellaflex: ja lakierów do włosów nie używam, bo są tak sztywne, że nawet najmocniejszy specyfik ich nie utrwali. Został zużyty przez babcie- nie narzekała na niego, do tego był w miarę tani, dlatego pewnie kupię go dla niej ponownie.
3. Szampon do włosów Sleek Line Repair: profesjonalny szampon z jedwabiem. Zapach miał OBŁĘDNY, ale bardzo obciążał mi włosy, babcia również się na to skarżyła...w końcu zużył go dziadek :D Ze względu na tą dość poważną wadę- nie kupię ponownie.
4. Maska do włosów Dove Nourishing Oil Care: lubiłam w niej to, że ma wygodną tubkę, z której łatwo wydobyć produkt. Wygładzała i odżywiała włosy bez ich obciążania. Świetny produkt, polecam! Chętnie kupię ponownie!
5. Próbka nawilżającej maski do włosów i skóry głowy J Beverly Hills: zapach kompletnie nie przypadł mi do gustu, próbka starczyła tylko na 1 użycie, więc efektu nie jestem w stanie ocenić. Ale ze względu na brzydki zapach i cenę z kosmosu (57 zł za 300 ml) nie kupię pełnowymiarowego opakowania.
6. Próbka szamponu do włosów farbowanych J Beverly Hills: jego zapach również mi się nie spodobał, dobrze się pienił, ale ciężko określić jego głębsze działanie po małej próbce. Mam pełnowymiarową wersję szamponu z innej serii, który pachnie obłędnie! Tego raczej nie kupię, ale jeśli ten drugi się sprawdzi, to będę się nad nim zastanawiać.
7. Próbka odżywki do włosów farbowanych J Beverly Hills: miałam z nią ten sam problem co z szamponem- dziwny zapach zupełnie nie przypadł mi do gustu... jednak podobnie jak z szamponem, mam pełnowymiarową wersję innej odżywki, której zapach bardziej mi odpowiada. Tamtą być może kupię jak się sprawdzi, tej niestety nie kupię ponownie. 


CIAŁO


1. Zmywacz do paznokci Sensique o zapachu kiwi: nie był to najlepszy zmywacz jaki miałam, mimo, że pachniał dość ładnie (jak na zmywacz), to wysuszał płytkę paznokcia i w przypadku niektórych lakierów musiałam się nieźle naszorować, aby dobrze je zmyć. Mimo, że jest tani, to nie kupię ponownie.
2. Peeling winogronowy do ciała beBeauty: pachniał całkiem przyjemnie, nie zostawiał tłustej warstwy, był tani, no i zwierał w sobie naturalne, winogronowe drobiny. Ale był tak beznadziejnie słabym zdzierakiem, że na pewno nie kupię ponownie. A ja na złość została mi jeszcze wersja z mango...
3. Żel pod prysznic Original Source pomarańcza i lukrecja: za ciężki na lato, ale uwielbiam tą firmę, więc na pewno kupię inne wersje zapachowe!
4. Regenerujący balsam do ciała Nivea: ten balsam zużyła babcia, nie narzekała na niego, ale już ma inny w zapasie. Nie wiem czy kupię ponownie.
5. Masło do ciała winna brzoskwinia The Body Shop: jego zapach to po prostu BAJKA! Mogłabym go wąchać godzinami! Nieźle nawilżał i był wydajny, chętnie kupiłabym ponownie, gdyby nie kosmiczna cena.
6. Próbki kremu na szyję i dekolt BANDI: to tylko próbki, ale szału raczej nie zrobiły. Przynajmniej babcia, która ich używała nie była nimi na tyle zachwycona, żeby wydać 90 zł na pełnowymiarowe opakowanie. Bardzo lubię firmę BANDI, ale tego specyfiku w 50 ml opakowaniu raczej nie kupię.
7. Próbki balsamu do ciała FM Group: ależ on pięknie pachniał! Kupiłabym go dla samego zapachu! Szkoda tylko, że nie mam dostępu do FM :(


TWARZ:


1. Tonik ogórkowy Ziaja: już kolejny, który zużyłam i na pewno nie ostatni :) Uwielbiam go i na pewno kupię ponownie!
2. Próbki kremu nawilżającego BANDI: te próbki zużyła babcia, ale ja sama również miałam styczność z tym kremem w przeszłości. Dobrze nawilża skórę i osoby, które takiego nawilżenia szukają, na pewno nie będą zawiedzione. Moja skóra jednak potrzebuję trochę innej pielęgnacji- a dokładniej mówiąc nawilżenia połączonego z działaniem antybakteryjnym, więc mimo, że ten krem nie jest zły to nie kupię ponownie. 

Ufff, no to się uporałam z denkiem :D
Miałyście któryś z tych produktów?
Jakie są wasze opinie na ich temat?



post signature

57 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!