Testuję: Lakier do paznokci Baltic Sand nr 3 (niebieski) Lovely

7/26/2013 Ania T.


   O moich perypetiach związanych z dostępnością tego lakieru pisałam wam TUTAJ. Wątpię, żeby od czasu opublikowania tej notki coś się zmieniło, w żadnym Rossmanie od tego czasu nie byłam aby to sprawdzić :P Ważne, że mam go w swoich łapkach...a efekt jaki daje na paznokciach jest POWALAJĄCY! Z resztą sami zobaczycie ;)


OPAKOWANIE

   Zwyczajna, szklana buteleczka bez żadnych etykietek, napisów czy udziwnień.



ZAPACH/KONSYSTENCJA/APLIKACJA

   Zapach charakterystyczny dla lakieru do paznokci, każdy chyba wie jak pachnie lakier, więc nie ma się co tutaj rozpisywać ;)
   Spodziewałam się gęstej, ciężkiej do "rozsmarowywania" na paznokciach konsystencji, jednak lakier jest bardzo prosty w użytkowaniu, bez problemu rozprowadza się po paznokciach, nie rozlewając się po skórkach.
   Pędzelek jest dość szeroki, ale w żadnym stopniu nie utrudnia to aplikacji, a wręcz ją ułatwia. Dzięki niemu możemy równiutko pomalować pazurki, nie brudząc przy tym skórek.



DZIAŁANIE/KOLOR

   Aby zapewnić idealne krycie należy nałożyć 2 warstwy tego lakieru. 
   Lakier nie smuży, równo rozprowadza się po paznokciach, a dzięki szerokiemu pędzelkowi możemy szybko pokryć cały paznokieć. 
   Trwałość jest raczej kiepska, już 2 dnia od pomalowania zaczął mi odpryskiwać, co prawda tylko na 2 palcach prawej ręki, ale odpryski to odpryski :P
   Za to ma duży plus za schnięcie, nie trwało dłużej niż 5 minut, można powiedzieć, że wysycha błyskawicznie, co bardzo mi się podoba. Nie ma bowiem nic gorszego od długo schnącego lakieru!
   Ważną cechą jest także jego proste zmywanie- nałożony na bazę peel-off schodzi zupełnie bezproblemowo, natomiast zmywany wacikiem nasączonym zmywaczem także nie sprawia większych problemów, no może poza tym, że drobinki brokatu trochę za mocno trzymają się paznokcia. Ale w porównaniu do innych brokatowych lakierów, chociażby Jolly Jewels, jego zmywanie jest banalne :)
   Jeśli chodzi o kolor...jest po prostu piękny! Do tego dochodzi także nietypowa, piaskowo-brokatowa faktura. Sam lakier ma błyszcząco-metaliczny niebieski kolorek, dodatkowo zatopione są w nim niebieskie brokatowe płatki. Po dotknięciu paznokcia czujemy lekką chropowatość, charakterystyczną dla lakierów piaskowych. Pięknie prezentuje się pod światło. Efekt mi się bardzo podoba, ten lakier na pewno będzie często gościł na moich paznokciach!









A tak wygląda "w cieniu":


Piękny, prawda?
Wybaczcie lekką nieostrość niektórych zdjęć, ale mój aparat coś ostatnio szaleje :/


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Za jedną buteleczkę tego cudeńka zapłacicie ok. 9 zł (kosztuje dokładniej mówiąc 8 zł z jakimiś tam groszami, ale nie pamiętam dokładnie ile :D).
   Co do dostępności: TEORETYCZNIE jest w każdym Rossmanie, w którym znajduje się stoisko Lovely, PRAKTYCZNIE z kolei przelatałam za nim pół Śląska i znalazłam dopiero w 5 Rossmanie z kolei. Słabo.


PLUSY:
-wygodny pędzelek
-odpowiednia konsystencja: nie rozlewa się po skórkach i łatwo rozprowadza się po płytce paznokcia
-niska cena
-szybkie schnięcie
-nie smuży
-dość bezproblemowe zmywanie (jak na brokatowy lakier)
-przepiękny kolorek, daje śliczny efekt na paznokciach (metaliczno-brokatowy)

MINUSY:
-FATALNA dostępność !!!
-słaba trwałość (odpryskuje po 2 dniach)

post signature

52 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Maska eksfoliująca z keratoliną BANDI

7/22/2013 Ania T.


   W domu mam całą ogromną kolekcję maseczek i masek do twarzy: nawilżające, matujące, ściągające... do wyboru, do koloru! Jednak ta maska z Bandi wyróżnia się spośród innych. Lubię jej aplikację i to, że starcza na więcej niż 1 raz ;) Udało mi się ją wygrać do testów na profilu Bandi, nie był to mój pierwszy kontakt z kosmetykami tej firmy. Wcześniej miałam już okazję używać kremu do twarzy oraz kilku próbek, których działanie mogłam zaobserwować już po 1 użyciu! Muszę szczerze przyznać,że to solidna firma i warto zainwestować w ich kosmetyki :) Przejdźmy do recenzji!


OPAKOWANIE

   Maska jest zapakowana w kartonik, który zabezpiecza opakowanie przed uszkodzeniami.



   Po otwarciu kartonika, ukazuje nam się kolejne zabezpieczenie, które ma za zadanie utrzymać tubkę w jednym miejscu. Ponieważ Bandi prowadzi sprzedaż internetową, uważam to za ogromny plus, ponieważ opakowanie nie uszkodzi się w transporcie ;)



   Sama tubka z maską zrobiona jest z solidnego plastiku, charakteryzuje się bardzo prostym designem. Zamykana plastikową zakrętką. Pod światło jesteśmy w stanie zobaczyć ile produktu nam ubyło.



SKŁAD


   Mamy tu masło shea oraz wyciąg z magnolii, nie ma z kolei tak znienawidzonych przez wszystkich parabenów :) 


ZAPACH/KONSYSTENCJA/APLIKACJA

   Maska ma dość dziwny zapach, ciężki do określenia, ale jest na tyle delikatny, że zupełnie nie przeszkadza podczas aplikacji. 
   Jej konsystencja przypomina krem do twarzy, dość gęsty i treściwy, w białym kolorze. Po rozsmarowaniu na twarzy nie zasycha (dla mnie ogromny plus!) i wygląda na niemal niewidoczną, nie to co glinki, w których zawsze wyglądam jak kosmita :D



Maska po rozsmarowaniu- niczym krem do twarzy :)

   Aplikacja jest bardzo higieniczna dzięki aplikatorowi :) Całe opakowanie to tubka typu "airless", co zapewnia, że w naszym kosmetyku nie rozwiną się żadne paskudne bakterie :) Aplikator nakłada dokładnie tyle maski, ile chcemy, więc nie musimy się martwić, że na twarzy będziemy mieć jej nadmiar. Kolejny plusik dla produktu Bandi.



DZIAŁANIE

   Jak już wcześniej wspomniałam, maska ma konsystencję i wygląd kremu- efekty po jej użyciu są także podobne do tych, które daje krem. Po zmyciu jej ciepłą wodą, na twarzy zostaje warstewka, nie tłusta, ale sprawiająca, że skóra jest miękka i miła w dotyku.
   Nie zapobiega "świeceniu" się strefy T, mimo, że jest przystosowana do cery tłustej i mieszanej. Oczywiście zaraz po jej użyciu wszystkie przetłuszczające się miejsca na twarzy wyglądają perfekcyjnie, ale ten efekt nie utrzymuje się długo :(
   Po użyciu tej maski skóra wygląda na odżywioną i świetnie nawilżoną, dawno żadna maska nie zapewniła mi tak dobrego, odżywczego efektu.
   Ma także działanie złuszczające, które zapewnia nam promienną cerę po zmyciu maski :) Przeciwdziała także powstawaniu wyprysków- rzeczywiście zauważyłam, że pojedyncze wypryski, które mam na twarzy po jej użyciu zostały wysuszone i są mniej zaczerwienione. 
   Jestem bardzo zadowolona z tej maski, w końcu to "Proffesional Line", po jej użyciu miałam się poczuć jak po wyjściu z najlepszego salonu kosmetycznego :D Nie zawiodła mnie!


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Maska kosztuje 52 zł/ 75 ml. Dla mnie cena dość spora, ale z drugiej strony działa świetnie, a poza tym jest wydajna. 
    Jeśli jesteście zainteresowani kupnem, to zapraszam do sklepu internetowego Bandi gdzie możecie ją nabyć z dostawą do domu :D


PLUSY:
-świetne zabezpieczenie opakowania
-tubka typu "airless", co sprawia, że aplikacja jest higieniczna i wygodna
-maska nie zasycha na twarzy i łatwo ją potem spłukać, po rozsmarowaniu jest prawie niewidoczna, wygląda jak krem
-nawilża i odżywia cerę, a także sprawia, że wygląda zdrowo i promiennie
-pomaga wysuszyć wypryski, które już znajdują się na twarzy
-pozostawia po zmyciu nietłustą warstwę, która sprawia, że skóra po dotknięciu jest bardzo miękka i miła
-wydajna

MINUSY:
-wysoka cena
-dostępność (raczej internet, choć być może uda wam się ją także dostać w niektórych salonach kosmetycznych)
-nie matuje strefy T
-dziwny zapach


A teraz mam do Was pytanie moi czytelnicy!
Jak pewnie niektórzy zauważyli zwiększyłam znacznie rozmiar zdjęć na blogu...
Wolicie jak są takie duże, czy podobały wam się mniejsze?
Liczę na waszą opinię, bo to Wam ma się podobać mój blog!


   post signature

18 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Małe lakierowo-kosmetyczne zakupy :) I narzekanie na Rossmana :D

7/19/2013 Ania T.


   Od dłuższego czasu chodziły mi po głowie lakiery "piaskowe". Z tego co się orientuje można je spotkać pod różnymi nazwami, dostępne są "teksturowe", które zawierają jedynie małe, chropowate drobinki, oraz "piaski", takie jak np. te z najnowszej kolekcji Lovely Baltic Sands, które oprócz chropowatych drobinek mają także brokat.
   Oprócz tego odkryłam świetną lakierową nowość- w swojej ofercie ma je chociażby Sally Hansen czy Barry M. Są to toppery, zawierające posypkę w postaci długich, cieniutkich paseczków w różnych kolorach. Nadają charakteru każdemu manikiurowi!
   Oczywiście nie byłabym sobą, jakbym się nie wyposażyła w te lakiery :D Pierwszych zakupów dokonałam w sklepie internetowym Minti Shop, w weekend była zniżka -20% na wszystkie produkty Barry M, dlatego do koszyka trafił teksturowy lakier Barry M w kolorze Ridley Road, kolejny lakier Barry M- nowość z serii Confetti Nails w kolorze Dolly Mixture, oraz duża butla suchego szamponu Batiste o zapachu Tropical (tak na wypróbowanie).


   Ostatnie spotkanie z suchym szamponem firmy Syoss skończyło się totalną porażką, skończył się po 2 użyciach i zostawiał biały proszek na włosach. Chciałam wypróbować Batiste, bo robi ostatnio szał na blogach- zobaczę jak się u mnie sprawdzi, może dzięki niemu się wreszcie przekonam do tego typu produktów ;) 
   Jeśli chodzi o lakiery- ich nigdy za wiele, nigdy nie miałam żadnych lakierów piaskowych, podobnie jak takich o fakturze podobnej do lakieru Confetti. Pomalowałam sobie nimi paznokcie na próbę, przyznam, że efekt bardzo mi się spodobał ;) Zrobiłam dla was zbliżenia, abyście mogli lepiej obejrzeć kolory lakierów w buteleczce:

Barry M Confetti Nails- z żółtymi, pomarańczowymi i błękitnymi "paseczkami"


Barry M Texture, kolor Ridley Road. Piaskowe drobinki są widoczne dopiero po pomalowaniu paznokci.


   Moje kolejne zakupy odbyły się w Rossmanie :D Oczywiście kupiłam lakiery do paznokci, a co innego mogłabym kupić? :D Zanim jednak przejdę do prezentacji, to muszę trochę ponarzekać. Powiem tyle- daję OGROMNEGO minusa firmie (lub osobie), która odpowiada za wyposażenie stoisk Lovely, nie tylko na Śląsku, ale także na Mazowszu! Od kiedy zobaczyłam lakiery Baltic Sands u dziewczyn, które otrzymują Wibo Boxa, miałam na nie wielką ochotę. Przeszłam najpierw 2 Rossmany, które znajdują się w centrum Katowic- w żadnym z nich nawet nie było stanowiska Lovely. Następny w kolejności był Rossman w Dąbrowie Górniczej, tam stanowisko było, ale tak przebrane, że żadnego lakieru z tej serii tam nie uświadczyłam. Identyczna sytuacja spotkała mnie w Silesii (to chyba żart, żeby w największym centrum handlowym w Katowicach nie było lakierów, które firma reklamuje jako hit sezonu!). Zdesperowana poprosiłam o pomoc mamę, która mieszka w Grodzisku Mazowieckim- jak na złość, stanowiska Lovely tam nie było. Lakierów szukała nawet przyjaciółka z Warszawy, w 3 Warszawskich Rossmanach ich nie dostała. NO PO PROSTU ŻAL!
Udało mi się je dorwać w Czeladzi, w centrum handlowym M1. Oczywiście nie dostałam wszystkich 3 kolorów, które chciałam. Żółty został już dawno temu wykupiony, ja miałam szczęście, bo udało mi się dostać 2 pozostałe odcienie- czerwony i niebieski. Ale teraz UWAGA, kolejny absurd. Sklep był świeżo po dostawie a na stanie znajdowały się...PO 3 SZTUKI KAŻDEGO Z KOLORÓW (oprócz żółtego)! Myślałam, że umrę ze śmiechu jak to zobaczyłam. Ja kupiłam 4 sztuki (2 dla mnie, 2 dla przyjaciółki), więc na sklepie została 1 sztuka czerwieni i 1 sztuka niebieskiego. Nie wiem czy to Wibo odpowiada za dystrybucję tych lakierów po całej Polsce, czy jest to jakaś firma zewnętrzna, ale osoba, która się tym zajmuje powinna zostać zwolniona w trybie natychmiastowym. Jestem w stanie zrozumieć, że te lakiery są HITEM, ale skoro jest na nie popyt, to chyba najwyższy czas pomyśleć nad tym, żeby do sklepów sprowadzać więcej sztuk niż tylko 3, albo w ogóle zacząć je sprowadzić tam, gdzie ich nie ma ;) 
UFFFF, już się wyżaliłam, to mogę pokazywać moje zdobycze :) 



Niebieski...


Czerwony

No i jak wam się podobają moje zdobycze?
Który lakier podoba wam się najbardziej?
A może macie ochotę na recenzję szamponu Batsite? ;)



post signature

68 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Yankee Candle Q3- jesienna kolekcja 2013

7/17/2013 Ania T.


   Odkąd odkryłam Yankee Candle stałam się od nich uzależniona. Jak tylko wychodzi jakaś nowa kolekcja, od razu  kupuje woski z tej serii (w letniej przegapiłam 1 zapach i teraz bardzo nad tym ubolewam). Nie inaczej było z najnowszą jesienną kolekcją Q3. Do mojego wirtualnego koszyka wpadły 4 woski o typowo jesiennych zapachach :)


W skład jesiennej kolekcji wchodzą następujące zapachy: Vanilla Chai, Salted Caramel, Lake Sunset i November Rain.

Każdy pachnie inaczej i ma w sobie coś charakterystycznego. Ja zrobiłam swój osobisty ranking, pamiętajcie, że to są tylko moje odczucia na temat tych zapachów, może się okazać, że te, które mi się nie spodobają, dla was okażą się piękne ;) 


MIEJSCE 1

Zwycięzcą okazał się November Rain!
Co pisze o nim producent?
"odurzający, lekko męski i nastrojowy niczym deszczowy jesienny dzień, z głęboko wodnistymi nutami liści, ciepłego bursztynu i ostrego, świeżego powietrza"
Co myślę ja?
Powiem szczerze- nic dodać, nic ująć! Ten zapach idealnie oddaje klimat jesiennej ulewy, a właściwie zapachu, który po tej ulewie się unosi. Mokra ziemia, liście, ostre powietrze- wszystko przeplecione ciepłymi nutami. Po prostu cudo! Jednocześnie pachnie niczym eleganckie, ostre, męskie perfumy, kiedy go palę, czuje się jakby obok leżał mój ukochany. 
Polecam! Spodoba się zarówno kobietom jak i płci przeciwnej ;)



MIEJSCE 2

Na drugim miejscu podium znalazł się Lake Sunset.
Co pisze o nim producent?
"W tym nastrojowym, relaksująco piżmowym zapachu zaklęto piękno złoto-różowych promieni zachodzącego słońca, zatapiających się w wodach jeziora"
Co myślę ja?
Nie mam pojęcia jak pachnie zachodzące słońce :P Wiem jednak, że ten zapach jest bardzo przyjemny- najmniej intensywny z całej serii Q3, co nie znaczy, że go nie czuć podczas palenia. Jest dość świeży, ale wyczuwam w nim piżmową nutę. Bardzo przyjemny, nadaje się nie tylko na jesienne wieczory ;)



MIEJSCE 3

Kolejne miejsce zajął zapach Vanilla Chai.
Co pisze o nim producent?
"Idealny na chwilę błogiego, jesienno-zimowego relaksu- zapach okraszony mocnymi, herbacianymi nutami imbiru, cynamonu i wanilii"
Co myślę ja?
Ten zapach znalazł się na 3 miejscu nie dlatego, że mi się nie podoba...po prostu jest za ciężki na lato (w końcu to kolekcja jesienna, ale ponieważ testowałam ją latem, to tylko stwierdzam fakt). Na jesienne wieczory przy kubku gorącej herbaty będzie idealny! Wyczuwam tutaj trochę imbiru, cynamonu, ale dominują...goździki. Mimo, że w opisie ich nie ma. Ja bardzo lubię goździki, ich zapach kojarzy mi się ze Świętami :) Polecam szczególnie fanom zapachów korzennych ;)



MIEJSCE 4

Poza podium został wosk Salted Caramel
Co pisze o nim producent?
"Wyrafinowana słodkość palonego cukru i kremowo waniliowego karmelu z nutami morskiej soli"
Co myślę ja?
Po raz kolejny przekonałam się, że "kulinarne" zapachy YC nie są dla mnie (Vanilla Cupcake było moim pierwszy niewypałem)...ten wosk po prostu ŚMIERDZI (przynajmniej dla mnie). W opakowaniu pachnie niczym karmelowe ciasteczko, ale po zapaleniu zgasiłam go natychmiast. Jest bardzo mocny, intensywny, aż głowa od niego boli. Zapach jest słodki, z nutą goryczy, ale ta mieszanka okazała się zabójcza dla mojego nosa. Muszę go komuś oddać, bo nie jestem w stanie go znieść...



A wy macie już zapachy z nowej kolekcji?
Który spodobał wam się najbardziej?


post signature

46 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Błoto algowe Bingo Spa od Naturica.pl

7/16/2013 Ania T.


   Walki z cellulitem ciąg dalszy...miałam nadzieję, że to błotko mi w tym pomoże. Niestety nie sprawdziło się do końca...


OPAKOWANIE

   Duży, plastikowy słój, podobny do tego, w którym zamknięty był peeling algowy. Widać dokładnie ile produktu ubyło.


   Również ma plastikowe zabezpieczenie, które zapobiega wylaniu się produktu.



SKŁAD


Zawiera algi, oraz błoto z Morza Martwego, zgodnie z tym, co na opakowaniu napisał producent:



ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Zapach tego błotka jest bardzo trudny do określenia, słodki, trochę chemiczny...ale nie jestem w stanie do niczego go porównać. Nie utrzymuje się na skórze zbyt długo po posmarowaniu. Może to i lepiej, bo niezbyt przypadł mi do gustu.
   Blotko jest dość gęste, ma szaro-bury kolor, ale łatwo nabrać je palcami i rozsmarować po ciele. Zawiera w sobie drobniutkie, czarne ziarenka, które bardzo delikatnie masują podczas aplikacji. Po posmarowaniu pokrywa ciało warstewką, która nie jest lepka i szybko się wchłania.







DZIAŁANIE

   Błoto algowe jest przeznaczone do walki z cellulitem, ale także trądzikiem, rozstępami czy łojotokiem. 
   Jeśli chodzi o walkę z cellulitem- niestety się nie sprawdziło. Pomaga co prawda ujędrnić, nawilżyć i nieco napiąć skórę, ale cellulitu nie zwalczyło. 
   Dużo lepiej sprawdziło się przy okazji walki z trądzikiem. Testowałam je na swoim bracie, który akurat jest w okresie dojrzewania, więc zmaga się z trądzikiem. Już po pierwszej aplikacji wypryski stały się mniej "zaognione" i opuchnięte. Ja również miałam problem z wypryskami, pojawiły mi się...na udach. Nie wiem zupełnie od czego, ale przy regularnym stosowaniu błota w tym miejscu, wypryski zniknęły. 
   Nie stosowałam go ani na rozstępy, ani na twarz, gdzie występuje u mnie nadmiar sebum, dlatego też nie wiem jak się sprawdza w tej dziedzinie.


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Za pół kilo błotka zapłacimy niecałe 25 zł. Możecie je kupić w sklepie internetowym Naturica.pl lub innych sklepach, gdzie dostępne są kosmetyki firmy Bingo Spa.


   Dziękuję bardzo sklepowi Naturica.pl za możliwość przetestowania tego produktu. Fakt, że otrzymałam go w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię.

kosmetyki kolagenowe


PLUSY:
-plastikowe zabezpieczenie, które chroni produkt przed wylaniem
-konsystencja jest gęsta, błotko nie spływa, ale szybko się wchłania
-delikatnie masujące drobinki
-ujędrnia, nawilża i napina skórę
-świetnie radzi sobie z wypryskami i zmianami trądzikowymi
-atrakcyjna cena jak za 500 g produktu

MINUSY:
-dziwny, chemiczny zapach (na szczęście nie utrzymuje się na skórze)
-nie zlikwidowało cellulitu


Chciałam się też przy okazji pochwalić wam, że udało mi się OBRONIĆ LICENJAT!
I to nie byle jak, bo na 5 :D
Musiałam zrobić sobie chwilę przerwy od blogowania, żeby móc należycie celebrować ten sukces :D
Ale teraz do was wracam!


post signature

32 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Odchudzające algi do ciała w peelingu Bingo SPA od Naturica.pl

7/11/2013 Ania T.


   Chyba stałam się peelingo-maniaczką, bo na tym blogu dominują recenzje peelingów :D Ale to dobrze, przynajmniej jestem wam w stanie pokazać, które z nich są warte zakupu ;) Bardzo lubię kiedy peeling okazuje się być MOCNYM zdzierakiem, delikatne peelingi nadają się do twarzy, ale na pewno nie do ciała. Ten od Bingo Spa okazał się bardzo mocny...ale o tym przeczytacie sobie dalej ;)


OPAKOWANIE

   Duży, plastikowy słoik z zieloną nakrętką. Mieści w sobie dość sporo peelingu, bo aż 600 g (listonosz się nieźle nadźwigał :D).


   Dodatkowym plusem jest plastikowe zabezpieczenie pod nakrętką. Dzięki temu peeling się nie wysypuje i nie "zbiera" wody (zaraz się dowiecie, czemu takie ważne jest aby go nie moczyć).



SKŁAD



ZAPACH/KONSYSTENCJA

   Olejek miętowy widoczny w składzie powyżej, nadaje mu świeży, mocno miętowy zapach. Świetnie orzeźwia w lato, choć jest trochę chemiczny.
   Konsystencja to jednocześnie jego wada i zaleta. Peeling ma postać soli. Tak-soli. Takiej jak sole do kąpieli, tylko z drobniejszymi kryształkami. W kosmetyku znajdują się 2 rodzaje kryształków- większe "grudkowate" i mniejsze, podobne do soli kuchennej. Jest sypki, przez co dużo kryształków "ucieka" z rąk podczas aplikacji. Producent niby zaleca nakładać go na gąbkę, ale ponieważ nie mam gąbki to robię to rękami. Po peelingowaniu calutka wanna jest pełna soli, a dużo peelingu idzie tak naprawdę do wyrzucenia, bo przecież nie jestem w stanie tego zebrać z powrotem. Swoją drogą zastanawiam się jak niby miałabym nałożyć ten peeling na gąbkę? Wysypać go na nią? Wtedy straciłabym pewnie o połowę więcej niż aplikując go dłonią.  Jeśli chodzi o zalety- kryształki świetnie peelingują, ale o tym już poczytacie sobie przy okazji działania ;)

Wyraźnie widać mniejsze i większe kryształki...

Peeling na dłoni


DZIAŁANIE

   Jak już wspomniałam wyżej, ten peeling to rewelacyjny zdzierak. Mocno trze skórę, ścierając cały, niepotrzebny, martwy naskórek. Przy okazji masuje, co poprawia krążenie. Jeden z lepszych zdzieraków jaki miałam! Ale radzę z nim uważać przy bardzo wrażliwej skórze, ponieważ nie zawiera żadnych olejków, które zmniejszają tarcie, to może podrażniać (choć u mnie to nie wystąpiło).
   Mimo, że nie jest produktem płynnym, to mam wrażenie jakby po jego użyciu na skórze pozostawała ochronna warstewka. Nie żadna tłusta, nie wchłaniająca się warstwa, tylko bardzo delikatny, praktycznie niewyczuwalny film. 
   Dzięki dobremu zdzieraniu i masażowi, bardzo dobrze ujędrnia i napina skórę. Oczywiście nie zlikwidował cellulitu, ale wierzę, że przy odpowiedniej dawce ćwiczeń (tak, znów zaczęłam ćwiczyć) i pomocy ze strony balsamów antycellulitowych pomoże mi w tej walce.
   Właściwie ostatnią rzeczą jaką mogę o nim napisać to fakt, że ze względu na swoją konsystencję szybko łapie wodę- przez to zbija się w grudki, które potem trzeba rozbijać paluchem. Nie podoba mi się to i uważam to za wadę. Przecież na co dzień stoi w łazience, gdzie jest wilgotno :/ Na szczęście plastikowe zabezpieczenie chroni go przed zawilgoceniem, ale biada temu, komu do niego dostanie się choć odrobina wody :P


CENA/DOSTĘPNOŚĆ

   Można go dostać między innymi w sklepie internetowym Naturica.pl i pewnie wielu innych sklepach, które oferują produkty Bingo Spa. 
   Cena to niecałe 22 zł- jak za ponad pół kilo peelingu to niezbyt dużo, szkoda tylko, że tak dużo się go marnuje podczas aplikacji :/


   Dziękuję bardzo firmie Naturica.pl za możliwość przetestowania tego produktu, fakt, że otrzymałam go w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię.

kosmetyki kolagenowe


PLUSY:
-duża pojemność, przy stosunkowo niskiej cenie
-rewelacyjnie peelinguje i mocno zdziera
-ujędrnia i napina skórę
-przyjemny, orzeźwiający zapach

MINUSY:
-okropna aplikacja: kryształki wysypują się z ręki, przez co bardzo dużo peelingu ląduje w odpływie i się marnuje
-chłonie wodę niczym gąbka, trzeba za każdym razem pamiętać aby zamknąć plastikowe zabezpieczenie
-może być za ostry do wrażliwej skóry




Wybaczcie mi te przerwy w blogowaniu, jutro mam obronę pracy licencjackiej, więc całe dnie pochłania mi nauka. Trzymajcie kciuki!
Do tego komputer szwankuje, nie wiem jak długo jeszcze pociągnie. Jakbym któregoś dnia zniknęła bez słowa, to oznacza, ze zupełnie padł i nie nadaje się do niczego :P
Mam nadzieję, że uda mi się załatwić jakiś komputer zastępczy, bo nie chcę stracić  z wami kontaktu :)

post signature

47 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Coś innego...JEŻOWEGO! :)

7/08/2013 Ania T.


   Żeby was wiecznie nie zanudzać recenzjami dziś będzie inny post. Przedstawię wam szczególnego członka mojej rodziny.
   Zamieszkała u mnie 2 lata temu, w moje urodziny. Dostałam ją (oczywiście po wcześniejszym uzgodnieniu) na urodziny od mojego TŻ :) Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia i do tej pory darzę ogromną miłością.
   O kim mowa? O mojej jeżycy pigmejskiej! Wabi się Pulpecina. Początkowo chciałam mieć pana jeża, miał się nazywać Pulpet, ale ponieważ trafiła mi się jeżynka to została Pulpecinką :D

Pierwsze zdjęcie jakie jej zrobiłam po przyjeździe do mnie :)

Ciekawska mordeczka :)

   Pulpecina to dziwny jeż. Daleko jej do tych wszystkich przyjacielskich jeżyków, które możemy oglądać w internecie. Jest indywidualistką, nie lubi jak jej ktoś zakłóca sen (a śpi przez caaaalutki dzień, czasem nawet noc, mimo, że to zwierzak nocny). Kiedy ktoś obcy próbuje jej dotknąć lub co gorsza wziąć na ręce, zaraz syczy i fuka. Do mnie na szczęście już się przyzwyczaiła, mogę bez przeszkód ją tulić, choć czasem potrafi pokłuć jak jej się coś nie spodoba :)

Tylko zobaczcie jaka jest groźna! :D

   Jej największą pasją jest jedzenie! Podczas gdy je, można z nią robić WSZYSTKO, daje się nawet drapać za uszkiem, co w "normalnych" warunkach jest niedopuszczalne. Jej ulubiony przysmak to robaki wszelkiej maści (najczęściej mączniaki), ale i kocimi ciasteczkami nie pogardzi ;)


   Ponieważ jeż, jak każde inne zwierze, czasem się brudzi i trochę śmierdzi, to należy ją kąpać. Początkowo Pulpecina nienawidziła kąpieli, gryzła, szarpała się...ale teraz podczas wkładania do wody jest całkiem spokojna. Najbardziej lubi drapanie szczoteczką do zębów za uszkiem :)


   Po kąpieli zawijamy ją w mięciutki, ciepły ręczniczek, gdzie siedzi dopóki nie będzie sucha. Trzeba dbać o to, aby się nie przeziębiła (jeże muszą mieć stałą temperaturę otoczenia, minimum 22-23 stopnie, a najlepiej ok. 25), dlatego też siedzi ciasno zawinięta i przytulona :)


   Pulpecina bardzo lubi biegać w kołowrotku, codziennie w nocy słyszę jak szura w nim swoimi malutkimi łapkami :) Biega niczym maratończyk!


   Żeby zachować piękne igiełki i mięciutką skórkę, jeż także musi mieć SPA od czasu do czasu :) Z pomocą przychodzi mi oliwka dla dzieci. Po kąpieli jeża należy nią dokładnie wysmarować, aby prezentował się niczym Miss Świata Jeży.


   Pulpecina jest prawdziwym obieżyświatem! Uwielbia wychodzić ze mną na spacerki! Biega po trawce, ciekawsko niuchając noskiem i poznając świat. Zawsze jest zła kiedy musimy wracać do domu!



   Mimo tego, że jest dość fochliwym i mało towarzyskim zwierzątkiem, to kocham ją z całego serduszka! W życiu nie pozwoliła bym nikomu jej skrzywdzić. Dbam o nią niczym o własną córkę :)
Pulpecina serdecznie pozdrawia wszystkich czytelników!



post signature

56 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!