Metamorfoza z Domi :>

4/30/2013 Ania T.

Nowa ja...

   Jakiś czas temu wygrałam na fanpage'u Domi totalną metamorfozę. Przyznam szczerze, że się trochę tego obawiałam, bo na co dzień nie maluje się praktycznie wcale-trochę pudru, różu i jestem gotowa do wyjścia. Domi postanowiła trochę zaszaleć i zrobiła mi makijaż w odcieniach złotego różu, fioletu i brązu :) Kąciki zostały podkreślone białym cieniem, a usta przepięknym odcieniem pomadki Lasting Finish Rimmela. Po więcej szczegółów i dokładne kolory kosmetyków użyte w tej metamorfozie zapraszam was na bloga Domi :) Rónica jest kolosalna, ale mimo tego, że fanką make-upu u siebie nie jestem to efekt końcowy bardzo mi się podoba!

Oto fotki przed i po :D
Oczywiście zapożyczone za zgodą autorki ;)



No i zbliżenie na oczy :)

Dziękuję bardzo Domi!
A was serdecznie zapraszam na jej bloga, gdzie możecie obejrzeć inne makijaże :)

Jak wam się podoba moja metamorfoza? 

81 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Tutorial: Prosty mani-lakier Lovely Naturalist nr 5 + Topper Essence mrs and mr glitter

4/26/2013 Ania T.

Tutorial: Prosty mani-lakier Lovely Naturalist nr 5 + Topper Essence mrs and mr glitter

   Nie wiedziałam do jakiego działu wstawić ten post, więc postanowiłam umieścić go w "tutorialach". Mani jest naprawdę bardzo prosty, każdy może zrobić sobie identyczny w domu ;) Ja mistrzynią pięknych wzorów i zdobień nie jestem, dlatego tym bardziej jestem zadowolona z efektu. Nie jest to manikiur na miarę wybitnej artystki, ale mam nadzieję, że się spodoba ;)

Do wykonania mani użyłam:


-jako podkład: Eveline diamentowa odżywka do paznokci
-jako lakier bazowy: Lovely Must Have Naturalist nr.5
-jako top: Nail Art Special Effect Topper Essence "mrs and mr glitter"

Wykonanie:
-najpierw nakładamy podkład, w moim przypadku jest to odżywka od Eveline, ale każdy lakier podkładowy się do tego nada
-po wyschnięciu podkładu nakładamy lakier, ja wybrałam delikatną perłę od Lovely
-ostatni etap to nałożenie toppera, błyszczące drobinki nakładamy według własnego uznania, u mnie na paznokciach panuje chaos :D

Jak widzicie jest to banalne! Ale tak jak mówiłam, żadna ze mnie mistrzyni manikiuru, ale uważam, że efekt nie jest zły :)

A teraz milion zdjęć :D








Dopiero po zrobieniu fot tego mani przeszukałam internet i okazało się, że podobne krążą już po internecie...
Wcześniej o tym nie wiedziałam, ale jakby ktoś z was już wcześniej się zetknął z takim samym, to pragnę poinformować, że nie został znikąd ściągnięty :D 

Jak Wam się podoba? :)








87 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Matująca baza pod makijaż do cery tłustej i mieszanej Mariza

4/25/2013 Ania T.


   Mam nadzieję, że nie obrazicie się na mnie za nadmiar Marizowych postów :D To już kolejny z tej serii, tym razem pod lupę wzięłam matującą bazę pod makijaż. Ze względu na mój okropnie świecący się nos postanowiłam wybrać własnie ten produkt podczas nawiązywania współpracy, licząc na to, że zapewni mi długotrwały mat i sprawi, że makijaż będzie trzymał się dłuuuuugo... Jesteście ciekawi czy jej się to udało? ;)

OPAKOWANIE
   Baza jest zamknięta w solidnej, szklanej buteleczce, idealnie przezroczystej (właśnie dlatego tak ciężko było mi zrobić wyraźne zdjęcia napisów :D):



   
   Bazę bezproblemowo wyciskamy, dzięki pompce. Ta z kolei jest plastikowa (ale dobrze zrobiona, bez obawy, że się połamie), nie ma także tendencji do zacinania się czy zapychania, nawet jeśli nie używamy produktu przez jakiś czas.


ZAPACH/KONSYSTENCJA:
   Ciężko jest mi określić jej zapach... nie jest tak do końca jego pozbawiona, ale nie wiem do czego go porównać. Najważniejsze, że nie jest drażniący dla nosa.
   Ma lekką, żelową konsystencję i jest zupełnie przezroczysta (więc pasuje do każdego koloru cery). W dotyku jest śliska i przypomina dobrze wszystkim znane silikonowe bazy. Bezproblemowo rozprowadza się po twarzy, nie zostawiając smug.


DZIAŁANIE
  •    Jej głównym zadaniem jest zapewnienie cerze idealnego matu. Rzeczywiście-błyszczenie zaraz po jej aplikacji jest wyraźnie zredukowane, jednak pożądany efekt osiągam dopiero po nałożeniu nań pudru (również matującego). 
  •    Mat w chłodne, pozbawione słońca dni utrzymuje się bardzo długo! Kiedy na ulicach leżał jeszcze śnieg (a było to całkiem niedawno) a temperatura sięgała ledwie kilka stopni powyżej zera, miałam spokój ze świeceniem się w okolicy nosa na jakieś 5-6 godzin (co jak dla mnie jest rewelacyjnym wynikiem!). Niestety, w dni kiedy słońce praży jak szalone, ten czas się skraca i wynosi ok 3-4 godziny.
  •    Najbardziej bałam się tego, że będzie mnie zapychać. Tak się na szczęście nie stało! Przy jeż używaniu ani jeden por nie ucierpiał i nie został zatkany :D
  •    Myślę, że warto zaznaczyć, że ta baza nie wysusza i nie podrażnia. Po jej użyciu skóra zachowuje się zupełnie "normalnie", nie jest wysuszona, nie mam efektu ściągnięcia skóry czy podrażnień- praktycznie nie czuję jej na twarzy.
  •    Ze względu na swoją "śliską" konsystencję ułatwia nakładanie podkładu, ten rozsmarowuje się na niej bez problemu. 
  •    Nie radzi sobie natomiast z maskowaniem zaczerwienień i niedoskonałości. Ze względu na to, że jest zupełnie przezroczysta, to przy większych problemach skórnych nie mamy co liczyć na ich zakrycie. W takich wypadkach konieczny będzie dobry podkład, puder czy korektor.


   Efekty działania bazy możecie ocenić, klikając na poniższe fotki (z góry przepraszam za moja zbolałą minę, 3 dni temu założyli mi aparat na zęby i cierpię straszliwe bólowe katusze :D)


DOSTĘPNOŚĆ/CENA
   Baza jest dostępna praktycznie w każdym katalogu Marizy, możecie ją zamówić chociażby przez  stronę-składając zamówienie u konsultantki, albo rejestrując się jako klient bezpośredni (i kupować z 30% zniżką). Cena moim zdaniem jest bardzo zachęcająca, 28,80 zł to pieniądze, które warto wydać na ten produkt. Szczególnie porównując tą cenę do innych baz, które potrafią kosztować więcej a dają porównywalne efekty.

   Bardzo dziękuję Sandrze i firmie Mariza za możliwość przetestowania tego kosmetyku. Fakt, że otrzymałam go w ramach współpracy w żaden sposób nie wpłynął na moją opinię. 


PLUSY:
-wygodna aplikacja, dzięki pompce
-bezbarwna, dzięki czemu pasuje do każdego odcienia cery
-dzięki "śliskiej" konsystencji bezproblemowo się rozprowadza po twarzy, ułatwia także rozprowadzanie podkładu
-matuje (w chłodne, bezsłoneczne dni dłużej i lepiej niż w pełnym, prażącym słońcu)
-nie zatyka porów
-nie wysusza skóry i jej nie podrażnia
-cena atrakcyjna w porównaniu do baz innych firm

MINUSY:
-już wyżej wspomniane krótsze matowienie w bardzo ciepłe i słoneczne dni, w porównaniu do dni "zimnych"
-nie zakrywa zaczerwienień i niedoskonałości
-mat idealny uzyskuję tylko w połączeniu z pudrem (choć po samej bazie też jest niezły, co możecie zobaczyć na zdjęciach porównawczych)




51 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Kokosowa terapia do włosów Orientana

4/20/2013 Ania T.


   Od pewnego czasu stałam się bardzo zagorzałą zwolenniczką olejowania włosów. Na mojej głowie lądowały już rożne olejki,  większość z nich się u mnie sprawdziła :) Od firmy Orientana dostałam spory zestaw kosmetyków, w którego skład wchodziła także ta buteleczka z kokosową zawartością.
Jak sprawdziła się na moich włosach?

OPAKOWANIE
  Kokosowa terapia jest zamknięta w miękkiej, schludnej i porządnie zrobionej buteleczce z przezroczystego plastiku:

  Kosmetyk bardzo łatwo jest "wycisnąć", ponieważ tak jak już wspomniałam, buteleczka jest miękka. Olejek w formie płynnej dozuje nam wygodna nakrętka z małą dziurką, zamykana na "klik":


   Nie musimy się także martwić o to, że olejek nam się wyleje kiedy skończymy go używać. Po pierwsze gwarantuje nam to jego konsystencja (o której za chwilę), a po drugie ma specjalną, plastikową zatyczkę, która zabezpiecza nas przed takim nieszczęściem. Przed użyciem wystarczy ją po prostu wyjąć, a po włożyć z powrotem:


   Małym minusikiem jest fakt, że etykieta zaczęła mi się w nieestetyczny sposób odklejać. To wszytko wina tego, że wsadzam butelkę pod wodę. Niby nic, ale producent mógł zainwestować w bardziej wodoodporny materiał :D



ZAPACH/KONSYSTENCJA/APLIKACJA:
   Oleje, których używam do włosów zwykle nie mają jakiegoś konkretnego zapachu. Po prostu pachną jak zwykły olej np do smażenia, czasem tylko wyczuwam inne, delikatne aromaty. Myślałam, że tak będzie i w tym przypadku...ale nie. Kokosowa terapia do włosów pachnie NIEZIEMSKO. Bardzo, ale to bardzo intensywnie wyczuwalny jest zapach kokosa Mając go przez cały dzień na włosach cały czas czuję wokół ten aromat, a babcia się śmieje ze mnie, że pachnę niczym Rafaello. Po zmyciu utrzymuje się jakiś czas na włosach, ale niestety nie jest już aż tak mocno pachnący :(
   Jego konsystencja to chyba najciekawsza rzecz jaką chciałabym wam pokazać. Otóż naturalnie występujący olejek kokosowy ma postać STAŁĄ. Tak, stałą! Przed użyciem buteleczkę z naszą terapią należy ogrzać-albo w dłoniach albo pod strumieniem ciepłej wody, żeby zamienić go w postać płynną ;)

Stała postać olejku

Płynna postać olejku

   O aplikacji już pisałam wyżej. Po ogrzaniu olejku wylewamy jego pożądaną ilość na dłoń i wcieramy we włosy, pozostawiamy na kilka godzin (ja włosy olejuje zwykle w soboty, kiedy nie wychodzę "do ludzi", wtedy trzymam olejek na głowie przez cały dzień. Można go wcierać również na noc, ale jak tego nie robię, ponieważ boję się ubrudzić pościeli).


DZIAŁANIE:
   Oprócz olejku kokosowego terapia zawiera w sobie szereg innych, naturalnych olejków i ekstraktów, między innymi: sok z miodli indyjskiej, ekstrakt z wąrkotki azjatyckiej, ekstrakt owoców amla, ekstrakt z migdałecznika, ekstrakt z lawsonii, ferment mleczny czy olejek ze skórki cytryny. Nie jestem zbyt dobra w analizowaniu składów, ale lubię takie mieszanki do włosów-wcześniej wcierałam w nie olejek Alterry, który też ma w sobie zmieszane oleje z różnych roślin.
  Wszystkie te składniki mają za zadanie odżywić, nawilżyć i wzmocnić włosy. Oczekiwałam po tej terapii naprawdę wiele, biorąc pod uwagę fakt, że moje włosy są rozjaśniane a końcówki się rozdwajają, do tego są już po kilku farbowaniach. Powiem szczerze, że moje oczekiwania zostały spełnione. Może nie w 100%, ale i tak jestem zadowolona. Krótko wypunktuje wszystkie efekty, jakie zaobserwowałam na włosach po jej stosowaniu:
  • włosy po zmyciu jej z głowy są niestety splątane, ciężko je rozczesać, dlatego niezbędna jest odżywka w sprayu, która to ułatwia. Po wyschnięciu są za to gładkie i się nie puszą.
  • bezproblemowo zmywa się z głowy- ja używam do tego szamponu dla dzieci
  • po umyciu i wysuszeniu  włosy wyglądają fantastycznie. Są bardzo miękkie w dotyku, błyszczące i wyraźnie bardziej odżywione. Do tego delikatnie pachną kokosem.
  • nie zlikwidował całkowicie rozdwajających się końcówek, ale jest ich dużo mniej niż wcześniej
  • jeśli chodzi o wzmocnienie-nie wcieram go bezpośrednio w skalp, więc nie zapobiegł wypadaniu włosów, ale ta część, w którą go wcieram (czyli włosy od połowy głowy, które zostały potraktowane rozjaśniaczem) wyglądają zdrowo i są mocne.
UWAGA!
Nie poleca się stosowana olejku kokosowego na włosy o wysokiej porowatości.
Nie wiecie czy wasze włosy takie są?
Odsyłam do ciekawego wpisu na pewnym blogu o TUTAJ.


DOSTĘPNOŚĆ/CENA:
  Kokosową terapię do włosów możecie nabyć TUTAJ, albo w wybranych sklepach stacjonarnych, których listę znajdziecie TU. Cena to ok 20 zł (w internecie, w drogeriach bywa droższa). Myślę, że nie jest ona wygórowana, szczególnie, że produkt jest wydajny (po prawie 2 miesiącach regularnego stosowania nadal została mi ok. połowa butelki).

   Bardzo dziękuję firmie Orientana za możliwość przetestowania tego produktu. Fakt, że otrzymałam go w ramach współpracy nie wpłynął w żaden sposób na moją opinię. 


PLUSY:
-łatwo wydobyć produkt z opakowania (miękka buteleczka, nakrętka z dozownikiem)
-przepięknie pachnie (!!!)
-nadaje włosom połysk, pielęgnuje je i odżywia
-włosy po użyciu są miękkie w dotyku
-zredukował rozdwajanie się końcówek
-cena adekwatna do wydajności
-włosy przy regularnym stosowaniu wyglądają na mocne i zdrowe

MINUSY:
-NIE NADAJE SIĘ DLA WŁOSÓW WYSOKOPOROWATYCH
-przed użyciem należy go rozgrzać i doprowadzić do postaci płynnej (nie jest to niby wielki problem, ale nie nadaje się dla leniwych :D)
-etykieta odrywa się pod wpływem wody
-włosy po zmyciu są splątane, trudno je rozczesać (ale po zastosowaniu odżywki ułatwiającej rozczesywanie i wyschnięciu są już gładkie i błyszczące)


59 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Nuneczka i Bloglovin ;)

4/16/2013 Ania T.




   Też bardzo nie podoba mi się fakt, że Google Reader ma zniknąć-nadal nie wierzę, że to prawda, ale jak to mówią: "przezorny zawsze ubezpieczony". Zdecydowałam się na Bloglovin. Chcecie, to możecie mnie klikać :D 
Zachęcam Was do tego, nie chcę stracić moich kochanych czytelników ;)

Jak możecie "follow'ać" mojego bloga?
Wystarczy kliknąć na TĄ ikonkę NA PASKU BOCZNYM:




16 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Puder mineralny matujący jasny beż Mariza

4/14/2013 Ania T.


   Moja cera mieszana, z tendencją do przetłuszczania i świecenia się w "strefie T" (czoło-nos-broda) potrzebuje matu. Jeśli chodzi o kremy matujące, to podchodzę do nich dosyć sceptycznie-jeśli stosuje się ich za wiele, to uzyskuje się efekt odwrotny, bo skóra zaczyna nagle wydzielać więcej sebum. Dlatego wolę ją nawilżać, a mat zostawiam odpowiednim kosmetykom kolorowym ;)
   Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z pudrem sypkim, a tym bardziej mineralnym, a te produkty od dawna mnie ciekawiły. Tym bardziej się ucieszyłam, kiedy mogłam sobie taki produkt wybrać w ramach współpracy z Sandrą-konsultantką firmy Mariza.

OPAKOWANIE
   Puder jest zamknięty w plastikowym, przezroczystym opakowaniu z czarną nakrętką. Nie wiem czemu, ale wszystkie opakowania Marizy są jakieś takie niedopracowane. Napisy się ścierają, powierzchnie rysują...jest to jednak pewien minus, szczególnie dla osób drobiazgowych, które zwracają na takie rzeczy uwagę. Ja co prawda nie stawiam wyglądu opakowania na 1 miejscu, dla mnie ważniejsze jest działanie, ale uznałam, że warto o tym wspomnieć.


   Cały "zestaw" składa się z wieczka, puszku oraz pojemniczku z "sitkiem", który zawiera puder. 



ZAPACH/KONSYSTENCJA/APLIKACJA:
   Puder jest praktycznie pozbawiony zapachu, nie ma "babcinego" aromatu charakterystycznego dla niektórych pudrów, dlatego nadaje się nawet dla wrażliwych nosów. Jeśli chodzi o "konsystencję" to nie wiem czy w przypadku pudru jest to właściwe słowo :D Jak każdy widzi-jest to puder sypki i chyba więcej nie trzeba dodawać ;)
   To, co na początku sprawiało mi wiele problemów, to aplikacja. Do zestawu dołączony jest puszek, jednak ja już dawno zrezygnowałam z nakładania pudru taką metodą-za bardzo podkreślała mi ona suche skórki i bywało, że puder nie rozprowadzał się równomiernie. Puszku mimo to nie wyrzuciłam, leży sobie na siteczku, zabezpieczając puder przed rozsypaniem się. Zainwestowałam natomiast w pędzel do pudru, który obecnie służy mi do jego aplikacji.

Pędzel do pudru

   Każdy ma inną metodę aplikacji-jedne dziewczyny radzą, aby wysypać odrobinę pudru na wieczko i stamtąd pobierać go pędzelkiem, inne, żeby trochę postukać w dno, aż wyleci nam tyle pudru ile chcemy. Ja natomiast najzwyczajniej w świecie przykładam pędzelek do dziur i przechylam opakowanie :D Nie jest to może idealna metoda, bo zazwyczaj potem jestem cała w resztkach pudrowego pyłku, ale dla mnie jest najwygodniejsza ;)

Pędzel z nałożonym pudrem

DZIAŁANIE
  •    Głównym zadaniem pudrów mineralnych, które są specjalnie przeznaczone do cery tłustej i mieszanej jest matowienie. Ten kosmetyk spełnia to zadanie nienagannie, a w połączeniu z matującą bazą jest jeszcze lepszy. Wystarczy porównać zdjęcia przed i po (przy okazji pooglądacie sobie mój nosek):



  •    Mat zarówno z bazą jak i bez utrzymuje się przez około 3-4 godziny, nie jest to może jakiś spektakularny wynik, ale i tak sprawdził się pod tym względem lepiej niż niektóre inne pudry, które miałam do tej pory. Najgorzej jest jak zwykle z nosem, ale już w strefach, gdzie skóra jest mniej tłusta-utrzymuje się dłużej.
  •    Bez problemu rozprowadza się zarówno po bazie pod makijaż jak i po kremie czy dowolnym podkładzie. 
  • Nie podkreśla suchych skórek, co jak dla mnie jest ogromnym plusem. Zmagam się z nimi już od bardzo dawna i nie ukrywam, że nie wyglądają one zbyt estetycznie. 
  •   Nie wysusza, nie podrażnia skóry i nie zatyka porów. Jest bardzo lekki i praktycznie nie czuć go na buzi. 
  • Wyrównuje koloryt cery, szczególnie, że odcień jest idealnie dopasowany do mojej cery (jasny beż). Do wyboru są jeszcze 2 inne odcienie (naturalny i ciemny beż), dlatego każda dziewczyna będzie mogła sobie dopasować kolor dla siebie. W skórę wtapia się idealnie i  nie widać go na twarzy.
  • Niestety-nie radzi sobie z ukrywaniem "większych" niedoskonałości-małe przebarwienia czy krostki ukryje bez problemu, ale z popękanymi naczynkami czy większymi pryszczami sobie nie daje rady bez podkładu silnie kryjącego.
DOSTĘPNOŚĆ/CENA/WYDAJNOŚĆ:
   Puder możecie kupić na TEJ stronie (rejestrując się jako klient bezpośredni i kupując z 30% zniżką) albo u konsultantek Marizy. Cena jest zachęcająca jak na produkt tego typu-24,40 zł za 4 g pudru. Wiem ile potrafią kosztować kosmetyki mineralne, dlatego cena wydaje się atrakcyjna. 

   Dodam, że jest bardzo wydajny-mam go już ponad miesiąc i używam codziennie a zostało mi jeszcze ponad pół opakowania. To wszystko dzięki temu, że wystarczy niewielka ilość, aby pokryć całą twarz.

   Bardzo dziękuję Sandrze i firmie Mariza za możliwość przetestowania tego produktu, fakt, że dostałam go w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię.


PLUSY:
-łatwa aplikacja (na wiele różnych sposobów)
-praktycznie bezzapachowy
-matuje bez zarzutu (choć efekt nie utrzymuje się przez cały dzień)
-nadaje się zarówno na krem, jak i na bazę czy dowolny podkład
-idealnie stapia się z cerą
-nie podkreśla suchych skórek
-nie wysusza skóry i nie zatyka porów
-atrakcyjna cena w stosunku do dobrej wydajności

MINUSY:
-dostępność (strona internetowa lub konsultantki)
-mało trwałe opakowanie (ścieranie napisów, rysy)
-nie radzi sobie z zakrywaniem większych niedoskonałości (dobry,kryjący podkład jest niezbędny)
-trochę się osypuje podczas aplikacji





50 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Potrójna pomadka do ust Triple Core Fashionista Pink Oriflame

4/13/2013 Ania T.


   Od niedawna stałam się wielką fanką wszelkiego rodzaju szminek-cała moja kolekcja to odcienie różu oraz czerwieni, bo te kolory należą do moich ulubionych. W marcowym Shiny Boxie dostałam pomadkę do ust Triple Core w idealnie dopasowanym dla mnie odcieniu-Fashionista Pink. Pomadka ostatnio często gościła na moich ustach, jednak ma pewne wady, które sprawiają, że nie stała się moją szminką numer 1...

OPAKOWANIE:
   Pierwsze co mi się rzuciło w oczy i od razu spodobało to jej urocze opakowanie-bardzo wiosenne, w różowe kwiaty z rajskim ptakiem. Każda z pomadek tej serii ma inny wzór, równie uroczy:


   Pomadka jest wysuwana, wystarczy delikatnie przekręcić. Nie zacina się i z łatwością ją schować z powrotem. 


ZAPACH/KONSYSTENCJA:
   Pachnie bardzo przyjemnie, "szminkowo". Ma konsystencje, która sprawia, że bardzo łatwo rozprowadza się ją na ustach. Od razu po przyłożeniu do warg zaczyna "mięknąć" dzięki czemu już po jednej warstwie możemy cieszyć się intensywnym kolorem. 

Na ręku jest tylko 1 warstwa szminki


KOLOR:
   Kolor to niewątpliwie jej największa zaleta, zakochałam się w nim od razu. Odcień jaki posiadam to Fashionista Pink:


   Dla mnie to mieszanka intensywnego różu z fuksją- na zdjęciach fuksja nie jest zbyt widoczna, natomiast na co dzień zdecydowanie bardziej rzuca się w oczy. Ja lubię nakładać kilka warstw, wtedy kolor jest bardzo intensywny. Oto jak wygląda na moich usteczkach:



Buziaczek dla Was :*


WŁAŚCIWOŚCI:
   Jak już wspomniałam wyżej, pomadka nawet po jednej warstwie daje ładny i dość intensywny kolorek, ja zawsze nakładam ich kilka żeby był jeszcze bardziej widoczny i rzucający się w oczy ;) Ma 3 "warstwy"-każda z nich ma inne właściwości, ale razem dają niesamowity efekt! Zewnętrzna nadaje kolor, środkowa nabłyszcza i daje ustom połysk a środkowa odpowiada za nawilżenie. Rzeczywiście- pomadka świetnie nawilża usta i nie osadza się w załamaniach ust dzięki swojej konsystencji. Można by było rzec, że jest rewelacyjna...gdyby nie jej trwałość :/ Wytrzymuje maksymalnie 2 godziny, nawet jeśli nałożę wcześniej podkład na usta. To jej największy minus, bo nie lubię poprawiać makijażu co chwila i gdyby nie to, na pewno stała by się bezkonkurencyjnym ulubieńcem.

CENA/DOSTĘPNOŚĆ:
   Możecie ją dostać u każdej konsultantki Oriflame, a ich jest naprawdę wiele, więc z pewnością jakąś uda wam się znaleźć. Co do ceny- w regularnej dostaniecie ją za ok 30 zł, co moim zdaniem jest totalną przesadą, natomiast w ostatni katalogu była dostępna za 9,90 zł i za tyle pieniędzy pewnie kupiłabym ją ponownie.

PLUSY:
-śliczne opakowanie
-nie zacina się podczas wysuwania
-konsystencja sprawia, że idealnie i bezproblemowo się rozprowadza
-intensywny kolor nawet po 1 warstwie
-nawilża, a nie wysusza usta
-nie osadza się w załamaniach ust

MINUSY:
-w cenie regularnej jest droga-30 zł, radzę szukać promocji
-fatalna trwałość :/
   









   

70 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Kremowy peeling do twarzy papaja i żeń-szeń Orientana

4/10/2013 Ania T.


   Wczoraj było o peelingu do ciała, to dziś będzie do twarzy :D Dostałam ten peeling w ramach współpracy z firmą Orientana i jak tylko wzięłam go w swoje rączki to poszedł w ruch! Czy się sprawdził...o tym poczytacie poniżej ;)
OPAKOWANIE
   Peeling jest zamknięty w uroczym kartoniku, podobnym trochę do tego, który pokazywałam wam przy okazji recenzji kremu do twarzy tej firmy. Tylko, że jego design jest nieco bardziej wesoły i kolorowy (idealny na wiosnę! :D).
Widok z góry

Jeden bok...

...i drugi bok :D

   Kiedy otworzyłam kartonik, moim oczom ukazał się przezroczysty, plastikowy słoiczek, z wieczkiem przyozdobionym kolorową, ale minimalistyczną naklejką. Zauważyłam, że te opakowania są charakterystyczne dla kosmetyków Orientany. Dla mnie są dużym plusem, bo dokładnie wiem ile produktu zużyłam, do tego są solidnie wykonane. Oczywiście peeling był zabezpieczony folią ochronną, którą ja zerwałam, bo mi przeszkadzała :D


ZAPACH I KONSYSTENCJA:
   Peeling pachnie bardzo intensywnie, egzotycznie- dobrze wyczuwalna jest egzotyczna nuta papai, ale czuć także lekką ostrość zapachu żeń-szenia. Na początku zapach mnie trochę drażnił, bo naprawdę jest mocny, ale podczas nakładania na buzię staje się delikatniejszy i bardzo, ale to bardzo przyjemny. Myślę, że warto dodać, że uzyskany jest on dzięki naturalnym ekstraktom a nie sztucznym aromatom ;)
   Jego konsystencja, jak sama nazwa mówi, jest kremowa. Produkt jest bardzo przyjemny w dotyku, mogę powiedzieć, że "aksamitny"-bez problemu można go nałożyć na palec i rozprowadzić po całej twarzy. W środku znajdują się zmielone ziarna orzecha i moreli, które służą za peelingujące drobinki, działa także jako peeling enzymatyczny, ponieważ zawiera naturalny enzym z papai- papainę.



DZIAŁANIE
   Producent obiecuje bardzo wiele: złuszczanie, pielęgnację skóry, wybielanie przebarwień, odżywienie, zapobieganie starzeniu, miękkość skóry...aż głowa może zaboleć od nadmiaru szczęścia ;) Ja po prawie dwóch miesiącach stosowania dokładnie zweryfikowałam wszystkie obietnice! Oto krótka lista tego, co rzeczywiście uda nam się osiągnąć po stosowaniu tego peelingu, a które obietnice można włożyć między bajki:
  • naskórek jest idealnie złuszczony, dzieje się tak dzięki drobinkom peelingującym oraz papainie, które dokładnie usuwają martwe komórki. Buzia po jego użyciu jest bardzo gładka, miękka i promienna.
  • zaraz po jego użyciu rzeczywiście zauważyłam wyrównanie kolorytu cery, niestety ten efekt nie utrzymuje się zbyt długo (max 2 dni), co trochę mnie zasmuciło :(
  • masło shea zawarte w tym kosmetyku i nadające mu kremową konsystencję, ma za zadanie łagodzenie podrażnień-niestety podczas peelingu, drobinki  podrażniają skórę. Mimo swoich małych rozmiarów, trą bardzo mocno, przez co zawsze szczypie mnie potem twarz. Jednak skóra nie jest zaczerwieniona, a nieprzyjemny efekt szczypania natychmiast łagodzi nawilżający krem.
  • cera po tym zabiegu jest dogłębnie oczyszczona, drobinki radzą sobie nawet z moimi zatkanymi porami, co jak dla mnie jest rewelacyjnym efektem! Przy regularnym stosowaniu zauważyłam poprawę stanu moich porów, szczególnie tych na nosie-nie są już tak widoczne i "zapchane" :)
  • zapobieganie starzeniu to niestety kwestia, której nie jestem w stanie ocenić, bo nie posiadam żadnych zmarszczek (za młoda na to jestem :D), dlatego pozostawię ją bez komentarza
  • niewątpliwie nadaje skórze blasku, po jego użyciu wydaje się świeża i bardzo zdrowa. A jak nałoży się na nią krem, to wchłania się błyskawicznie!
Krótko podsumowując: pomoże nam usunąć martwy naskórek, nieco przy tym podrażniając twarz. Ale dzięki temu nasza cera będzie piękna i promienna. Pomaga wyrównać jej koloryt, ale tylko krótkotrwale. Za to rewelacyjnie oczyszcza i pomaga pozbyć się zatkanych porów. 


DOSTĘPNOŚĆ/CENA/WYDAJNOŚĆ:
   Peeling można dostać w sklepie internetowym Orientany, albo szukać w dobrych, stacjonarnych drogeriach lista TUTAJ. Cena to 24 zł. Znów możecie uważać, że to "za drogo"...ale wiecie co wam powiem? Ten peeling jest tak mega wydajny, że chyba nigdy się nie skończy. Z jednej strony to jego ogromna zaleta, bo mogę stosować go wiele razy bez strachu, że nagle go zabraknie...ale jego ważność to JEDYNIE 3 MIESIĄCE po otwarciu! Nie ma takiej możliwości, żeby (nawet tak małe opakowanie jak to) zużyć w 3 miesiące. Dlatego połową musiałam się podzielić :) No cóż, 3 miesiące to malutko, ale przynajmniej mam pewność, że kosmetyk naprawdę jest naturalny.

   Dziękuję bardzo firmie Orientana za możliwość przetestowania tego peelingu, na pewno chętnie do niego wrócę! Fakt, że otrzymałam go w ramach współpracy nie wpłynął w żaden sposób na moją opinię.

PLUSY:
-ładne, estetyczne i solidne opakowanie
-przepiękny, bardzo egzotyczny zapach (choć ostrzegam, że dla niektórych może być za mocny), w którym nie ma absolutnie żadnej chemii
-działanie, działanie i jeszcze raz działanie! Oczyszcza, złuszcza, wyrównuje koloryt (choć krótkotrwale) i pozostawia skórę miękką oraz promienną
-bardzo przyjemna, kremowa konsystencja
-wydajny

MINUSY:
-drobinki podrażniają skórę (nie jest zaczerwieniona, ale szczypiąca), po jego użyciu polecam zastosowanie kremu łagodzącego lub nawilżającego
-bardzo krótka data ważności ;(
-dostępny tylko on-line lub w wybranych sklepach






61 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Brzoskwiniowy peeling do ciała Mariza

4/09/2013 Ania T.

Testuję: Brzoskwiniowy peeling do ciała Mariza

   Peelingi do ciała to jedne z moich ulubionych kosmetyków, w ekspresowym tempie wygładzają ciało i przywracają skórze miękkość. Niezastąpione przed randką :D
   W moje ręce niedawno trafił peeling od firmy Mariza o zapachu soczystych brzoskwinek, od ponad miesiąca rozpieszcza moje ciało i zmysły.
   
OPAKOWANIE:
   Zamknięty w solidnym, plastikowym opakowaniu. Pod nakrętką znajduje się zabezpieczająca folia, a sam plastik jest przezroczysty więc możemy dokładnie stwierdzić ile produktu nam ubyło:
   Zwykle nie czepiam się opakowań, bo to nie one są dla mnie najważniejsze w kosmetyku, jednak tutaj niestety musiałam wytknąć pewne niedociągnięcia. Pierwszy raz mi się zdarzyło, żeby podczas użytkowania kosmetyku tak bardzo odchodziła z niego etykieta. Nie jest to może jakaś ogromna wada, bo zawsze można ją odkleić, ale nie wygląda to zbyt estetycznie:

KONSYSTENCJA:
   Peeling ma zbitą konsystencję, przypominającą trochę galaretkę. Nabiera się go bez żadnego problemu, a w środku ma mnóstwo cukrowych drobinek:


ZAPACH:
   Bardzo mi przypadł do gustu jego zapach. Przypomina typowy, świeży sok brzoskwiniowy (kto pije Tymbarka, ten wie o co chodzi :D). Niestety, na skórze nie utrzymuje się dość długo, a podczas kąpieli staje się trochę "chemiczny".
DZIAŁANIE:
   Jeśli chodzi o działanie, to sprawia się bez zarzutu! Drobinki świetnie sobie radzą ze złuszczaniem martwego naskórka. Skóra po jego użyciu jest gładka i miękka, a balsamy wszelkiego rodzaju dużo lepiej się wchłaniają. Zauważyłam też, że lekko natłuszcza skórę, dzięki czemu po zabiegu nie jest sucha czy złuszczona. Nie pozostawia jednak absolutnie żadnej, okropnej, tłustej warstwy, którą potem ciężko jest zmyć. Po spłukaniu nie ma po nim śladu na skórze ;) Cukier peelingujący jest dość drobny, ale ściera bardzo dobrze, do tego nie podrażnia skóry w jakimś znaczącym stopniu. Kiedy nakładamy go na zbyt mokrą skórę, to zaczyna się szybko rozpuszczać, dlatego ja przed aplikacją lekko osuszam miejsce, które mam zamiar speelingować ;)
DOSTĘPNOŚĆ/CENA/WYDAJNOŚĆ:
   Z dostępnością jest pewien problem, ponieważ można go dostać jedynie u konsultantek Marizy (z tego co się orientuje możliwe, że jest też dostępny w jakiś małych, lokalnych sklepikach), możecie go także nabyć zostając klientem bezpośrednim (wystarczy się zarejestrować na stonie, podenej niżej), ale za to występuje chyba w każdym katalogu, więc bez problemu można zamówić. Cena to 19,90 zł, biorąc pod uwagę jego wydajność (po ponad miesiącu regularnego używania 1-2 razy w tygodniu zostało mi ponad pół opakowania) wydaje się rozsądna, choć moim zdaniem mogłaby być trochę niższa :D
   Ogólnie rzec biorąc-jestem zadowolona z tego kosmetyku, bo sprawdził się jako peeling, a do tego ma bardzo przyjemny i orzeźwiający zapach.

PLUSY:
-ładny zapach, który niestety długo nie utrzymuje się na skórze
-dobrze ściera martwy naskórek
-natłuszcza skórę, nie pozostawiając przy tym tłustej warstwy
-idealna do nabierania konsystencja
-wydajny

MINUSY:
-dostępność (konsultantki, malutkie, lokalne sklepiki, zostanie klientem bezpośrednim)
-cena (mogłaby być trochę niższa)
-drobne niedociągnięcia przy opakowaniu (odklejające się etykiety, które nie wyglądają estetycznie)
-podczas prysznica, zapach staje się trochę chemiczny (ale nadal jest przyjemny!)



  Dziękuję bardzo Sandrze, za możliwość wypróbowana tego peelingu, fakt, że otrzymałam go w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię. Jeśli chcecie zapoznać się z nowym katalogiem lub zamówić kosmetyki kliknijcie w poniższy banner:

Poza tym, Mariza przygotowała dla Was specjalną ofertę, zostając konsultantką i składając zamówienie za co najmniej 100 zł, możecie zgarnąć nagrodę gwarantowaną. Jeśli wasze zamówienie przekroczy 200 zł, macie szanse na wygranie bonu do SPA ;) (klik w banner):









61 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!