Moje nabytki-blogerskie lakiery :)

2/28/2013 Ania T.

Nail Obsession od Wibo

   Od kiedy tylko usłyszałam o tym, że Wibo przy współpracy z blogerkami wydaje limitowaną edycję lakierów do paznokci, od razu wiedziałam, że muszę mieć choć jeden z nich... tak się złożyło, że spodobało mi się więcej kolorów i w ostateczności w moim koszyku znalazło się ich aż 5 :D 
  Lakiery z tej serii mają imitować lakiery żelowe, wszystkie odcienie jakie zakupiłam mają błyszczące drobinki, jednak zmywa się je bezproblemowo. Największym minusem jest POTWORNIE długi czas oczekiwania aż lakier wyschnie, tutaj Wibo się nie postarało...
Jednak ze względu na przepiękne kolory jestem w stanie to wybaczyć ;)
  Do mojej lakierowej kolekcji dołączyły (od lewej):
  • Mint Sorbet od Siouxie, śliczna mięta z drobinkami
  • Mary Rose od Jamapi , intensywny róż z opalizującymi drobinkami
  • Flirt od Amethyst, różowo-fioletowy, również ma drobinki. Jak dla mnie chyba najładniejszy z całej kolekcji (bez obrazy dla innych kolorów :D), właśnie mam go na paznokciach i jest ZACHWYCAJĄCY!
  • Blue Lake od Gosi, śliczny błękit 
  • Roziskrzone Niebo od Miratell, opalizujący fiolet
   Wszystkie z nich mają piękne, bardzo głębokie kolory i fantastycznie prezentują się na paznokciach. Już wspomniałam, że jak na razie moim faworytem jest Flirt, ale kto wie, może w niedługim czasie się to zmieni ;)
A czy wy macie już swoje blogerskie lakiery w kolekcji?
Który najbardziej wam się podoba? 



78 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Kadzidełka Meiko Eiju od Zen Style

2/27/2013 Ania T.


   Pokazywałam wam jakiś czas temu moją pachnącą przesyłkę od Zen Style, dzisiaj chciałabym wam opisać ostatnie pełnowymiarowe opakowanie kadzidełek jakie otrzymałam w ramach tej współpracy. 
   Kadzidełka, które otrzymałam są z serii Quality Collection, myślę, że nazwa kolekcji jest nieprzypadkowa, ponieważ naprawdę charakteryzują się wysoką jakością ;)
   Zapach, który otrzymałam to Meiko Eiju Spicy Amber:
   Jest to wspaniała mieszanka cynamonu, ambry oraz ziół. Pachną tak samo intensywnie w pudełku jak i po zapaleniu. Dominującą nutą jest cynamon, który osobiście uwielbiam i jest jednym z moich ukochanych aromatów (mogłabym go wąchać codziennie!).
   Podobnie jak wcześniej prezentowane kadzidełka Morning Star, te również mają formę patyczków:
  Kolor ciemnobrązowy, dość krótkie, ale zaskakująco długo się palą (nawet do 20 min!). Niestety, nie mają dołączonej podstawki, ale z tym akurat nie miałam problemu, ponieważ wykorzystałam tą, która była dołączona do zestawu Morning Star, oraz niezawodną, drewnianą podstawkę na kadzidła ze sklepu indyjskiego:
Kadzidło przed zapaleniem
   Jak już wspomniałam wcześniej- kadzidełka pachną głównie cynamonem. Jest to aromat przeznaczony dla osób, które lubują się raczej w ciężkich, orientalnych zapachach. Mi przywodzi na myśl zapach mojego ukochanego i wychwalanego już tutaj sklepu indyjskiego. Mimo, że to kadzidełka japońskie, to mi kojarzą się z Indiami. Oczywiście nie jest to żaden minus, uwielbiam orientalną kulturę wszelkiego rodzaju, a takie mocne zapachy są jak dla mnie jej nieodłączną częścią. Polecam wszystkim, którzy czasami lubią przenosić się myślami do egzotycznych krain i którym nie przeszkadzają mocne, wyraziste zapachy.
   Jakby ktoś był zainteresowany kupnem, to zapraszam TU, za 13 zł dostaniecie 20 sztuk tych aromatycznych patyczków, które umilą wam każdy wieczór ;) 

   Dziękuję firmie Zen Style za możliwość przetestowania tych wszystkich cudowności, fakt, że otrzymałam te produkty w ramach współpracy nie wpłynął na moją opinię. Jak tylko wykończę moje wielkie zapachowe zapasy to z pewnością wyposażę się w kilka kadzidełek z tego sklepu ;)



52 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Piękna z natury: masło shea

2/23/2013 Ania T.

Masło Shea

   Czy twoja skóra potrzebuje natychmiastowego natłuszczenia i nawilżenia? Żadne balsamy i kremy sobie z tym nie radzą, a do tego masz wrażenie, że po ich użyciu skóra wcale nie wygląda ani trochę lepiej? A może zmagasz się z problemem suchych ust? Znam coś, co pomoże zwalczyć ci problem z suchością raz na zawsze, a dodatkowo wspaniale odżywi i zregeneruje skórę!
   Nazwa masło shea na pewno jest wszystkim świetnie znana, zauważyłam, że ostatnio jest to jeden z najpopularniejszych składników kremów, balsamów a nawet masek do włosów. Po co jednak traktować się chemią jak można korzystać z tego, co naturalne? Poznajcie bliżej dzisiejszego bohatera cyklu! ;)


  • Co to jest masło shea?
   Tak naprawdę masło shea wcale nie jest masłem! Jest to bowiem olej, który uzyskuje się z nasion Afrykańskiego drzewa masłosza Parka (Butyrospermum Parkii). Po przetworzeniu go, otrzymujemy zbitą bryłę jasnego koloru. Inna nazwa z jaką możecie się spotkać to masło karite. 
Nierafinowane masło shea, postać żółtych grudek

  Masło shea możemy dostać w dwóch postaciach- rafinowane i nierafinowane. To nierafinowane, to masło shea w swojej najczystszej postaci, zachowuje wszystkie korzystne dla skóry właściwości- zawiera więcej witamin,składników odżywczych i czynników absorbujących promieniowanie UV. Proces rafinacji usuwa z masła niezbędne kwasy tłuszczowe, białka i minerały. Jednak takie masło jest czysto białe i pozbawione charakterystycznego (moim zdaniem dość nieprzyjemnego) zapachu, jakim cechuje się to nierafinowane. 


  • W jakim celu się je stosuje?
   Przede wszystkim świetnie nawilża i natłuszcza skórę. Jest bogate w witaminy A, E i F, co pozwala rozluźnić mięśnie. Masło poprawia elastyczność skóry, zawiera także naturalny filtr przeciwsłoneczny. Nie ma żadnych właściwości alergizujących. Ponadto wygładza skórę i pomaga w walce ze zmarszczkami.
Może być stosowany nawet to tak delikatnych obszarów twarzy jak skóra pod oczami. 
Aplikujemy bezpośrednio na skórę, w kontakcie z ciepłem rozpływa się i bez problemu rozsmarowuje.

  • Mój naturalny test
   Masło stosowałam na USTA i SKÓRKI PRZY PAZNOKCIACH: Mam bardzo suche usta, niestety większość pomadek sobie z nimi nie radzi, lub dają bardzo krótkotrwały efekt. Natomiast jeśli chodzi o skórki przy paznokciach, to zawsze miałam z nimi problem. Były przesuszone, brzydko odstawały i ciężko było je wyciąć, nawet cążkami. 

 Jak używam masła shea?
USTA: nabieram niewielką ilość na palec i delikatnie wmasowuję w usta. Stosuję 1-2 razy dziennie. 

SKÓRKI: podobnie jak w przypadku ust, nabieram trochę masła na palec i wcieram w skórki przy paznokciach, czekam chwilę aż masło się wchłonie i mogę spokojnie wracać do domowych obowiązków!

   Efekty:
USTA: po zastosowaniu masła są wyraźnie bardziej nawilżone, zniknęły szpecące je suche skórki. Widzę też, że lepiej rozprowadzają się po nich szminki czy błyszczyki. Jak tylko czuję,  że robią się przesuszone, od razu nakładam masełko, pomaga natychmiast! Koi uczucie szczypania, które towarzyszy suchej skórze. Pomogło mi także w gojeniu pękających kącików.

SKÓRKI: od razu po wtarciu tego masła, skórki są nawilżone, błyszczą prawie jak po użyciu odżywki pielęgnacyjnej. Po kilku użyciach zauważyłam ogromną zmianę-stały się odżywione, przestały "odstawać", nabrały estetycznego wyglądu i zrobiły się miękkie. Bez problemu mogę je odsunąć nawet paznokciem i cieszyć się ładnie wyglądającymi dłońmi. 

   Gdzie kupić?
   Swoje masło dostałam dzięki sklepowi Blisko Natury, za co serdecznie dziękuję! :)

Właśnie tam możecie je nabyć w cenie 7 zł i 6 groszy :D To naprawdę niewielka cena za 50 gram, biorąc pod uwagę fakt szerokie spektrum wykorzystania tego produktu. Zachęcam was do wypróbowania, bo naprawdę warto.
Fakt, że otrzymałam ten produkt jako bezpłatną "próbkę" w żaden sposób nie wpłynął na moją opinię, ja jestem nim po prostu oczarowana, bo czyni cuda! ;)
 
   

   

91 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Wyśniona,wymarzona,pachnąca...Chloe.

2/19/2013 Ania T.

Eau de parfum CHLOE...

   Od kiedy tylko przypadkowo powąchałam te perfumy, będąc w koleżanką w Douglasie, ich zapach krążył po mojej głowie i śnił mi się po nocach. Postanowiłam sobie, że muszę dokonać jakiejś zmiany w swoim życiu- zawsze byłam wierna tylko i wyłącznie 2 zapachom, nic nie wskazywało na to, ze cokolwiek ma się zmienić w tej kwestii...no i nagle przyszła ONA. CHLOE. Zepchnęła moje zielone jabłuszko od DKNY i Lacoste Inspiration na dalszy plan. 
   Była moim wymarzonym Bożonarodzeniowym prezentem, jednak nie znalazłam jej pod swoją choinką... na pomoc przyszło mi , jak zwykle niezawodne, Allegro. Po niecałych 3 dniach od złożenia zamówienia moja mała, kochana dziewczynka była już w moich troskliwych łapkach. Teraz zajmuje zaszczytne miejsce na półce w moim pokoju, a DKNY i Lacostowy krokodylek starają się z całych sił wybaczyć mi tą zdradę :)
   Co mnie tak w niej urzekło? Flakon? Zapach? A może połączenie obu tych czynników?
Rozłożę wam Chloe na czynniki pierwsze, aby choć trochę podzielić się z wami magią tego wyjątkowego zapachu.

Nuty zapachowe:
  • głowa: liczi, frezja, peonia
  • serce: róża, magnolia, lilia
  • baza: ambra, drzewo cedrowe
   Te perfumy skupiają w sobie niemal wszystkie zapachy, które kocham: liczi, frezja, róża, magnolia, lilia... zawsze kiedy czuję chociaż jeden z nich, automatycznie się uśmiecham. Tutaj dostajemy piękną mieszankę ich wszystkich razem- przeplatają się wzajemnie, delikatnie drażniąc nasz nos. Na samym początku zapach jest bardzo lekki, przywodzący na myśl wiosenną mgiełkę-dominuje głównie frezja. Potem, kiedy wjedzie w kontakt z ciepłą skórą, zaczynają się rozwijać nowe, zaskakujące aromaty. Na prowadzenie wychodzi szlachetny, różany aromat, to on przewodzi całej tej miksturze, jednak wprawny nos wyczuje nieco mocniejszą bazę (ambrę i cedr), która nadaje mu wyrazistości. 
   Uwielbiam ten zapach także dlatego, że jest bardzo trwały, wyczuwam go na skórze nawet pod koniec dnia, a na ubraniach potrafi się trzymać nawet przez 3. Kocham wracać po całym, męczącym dniu z uczelni, rzucać się na łóżko i wąchać żakiet, który wydziela słodką woń Chloe...

Flakon:
   Bardzo prosty, szklany, z ozdobną, kremową tasiemką. Mi się podoba, lubię taki minimalizm bez udziwnień, ale czytałam opinie, że wielu osobom się nie podoba. Wkleję parę zdjęć, to sami ocenicie jego piękno (tudzież jego brak):



   Cena:
   Jest to jeden z czynników, który odstraszał mnie bardzo skutecznie przed zakupem...w Douglasie można dostać te perfumy w zawrotnej cenie prawie 400 zł!!! Mimo całej miłości do Chloe i piękna jej aromatu, nie zapłaciłabym za nie tak wielkiej kwoty. Na Allegro udało mi się znaleźć te perfumy dużo taniej, dlatego warto czasem dobrze poszukać aby nie przepłacać :)

Dla kogo się nadają?
   Myślę, że są raczej przeznaczone dla starszych kobiet. Ja sama nie jestem już nastolatką, ale wiem jakie nuty zapachowe preferowałam będąc w takim wieku. Młode osoby zwykle wybierają orzeźwiające, cytrusowe zapachy. Chloe to głównie kwiaty, na mocnej bazie, dlatego raczej podpasują bardziej dojrzałym i poważnym osobom. Mi kojarzą się z luksusem- biznesswoman, w wysokich czarnych szpilach, która siedząc w samolocie i lecąc na zagraniczną delegację, wyjmuje z torebki flakon Chloe i dyskretnie psika sobie nadgarstki. 
Dalsze interpretacje pozostawiam Wam...wybierzcie się do Douglasa lub Sephory i sprawdźcie, czy Chloe to też wasz ulubieniec! ;) (ewentualnie zaopatrzcie się w archiwalnego Glossyboxa z listopada 2012, gdzie dołączona była 4ml próbka) 



94 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Kadzidełka japońskie Morning Star green tea i mimosa Zen Style

2/18/2013 Ania T.


   Niedawno pokazałam wam post, w którym prezentowałam cudowności jakie otrzymałam od firmy Zen Style. Jestem fanką wszelkich zapachów, kadzidełek i olejków, dlatego paczka bardzo mnie ucieszyła i oczywiście kadzidełka poszły w ruch już pierwszego dnia od otrzymania przesyłki ;)
 Dzisiaj chciałabym przybliżyć wam kadzidełka z serii Morning Star o zapachu zielonej herbaty oraz mimozy.

  W każdym opakowaniu znajdziemy po 50 pachnących patyczków.

   Kadzidełka różnią się między sobą kolorami- zielona herbata jest zielona (jak to nazwa wskazuje :D) natomiast mimoza żółta. Kadzidełka są wąskie, dość krótkie, ale mimo to palą się zaskakująco długo, ok. 15-20 minut.
   Nie mają cienkiego, drewnianego patyczka jak typowe kadzidła, które pewnie każdy z was kojarzy, jednak nie ma żadnego problemu z ich paleniem. Do zestawu dołączona jest śliczna ceramiczna podstawka z dziurką, w której umieszczamy kadzidełko:
   Niestety, podstawka nie zabezpiecza przed spadającym popiołem, ale z pomocą przyszła mi moja drewniana podstawka ze słoniem, kupiona w moim ukochanym indyjskim sklepie za całe 3 złote :D
Tak prezentuje się kadzidełko (przed i po zapaleniu):
Przed zapaleniem

Po zapaleniu

   Myślę, że to na co wszyscy czekają to ocena zapachu. W opakowaniu oba zapachy są świeże, mogę nawet stwierdzić, że mimoza jest nieco "lżejsza" niż zielona herbata. Wszystko zmienia się po zapaleniu. Z kadzidełka unosi się pachnący dym, który zupełnie nie przypomina aromatu, który czuliśmy w opakowaniu. Zapach staje się ciężki, bardzo intensywny- fani kadzidełek z pewnością wiedzą o czym mówię. Można jednak wyczuć różnicę pomiędzy mimozą a herbatą- podobnie jak to było z zapachem w pudełku, podczas dymienia mimoza również jest bardziej delikatna. Oba warianty kadzidełek bardzo przypadły mi do gustu, ponieważ oprócz tego, że roznoszą pięknie pachnący dym po całym pokoju to ich zapach jest długo wyczuwalny (czuję go nawet następnego dnia od zapalenia!). Polecam szczególnie osobom lubiącym orientalne klimaty w stylu Indyjskim czy Japońskim. 
   Za 50 sztuk pachnących patyczków zapłacicie 12-16 złotych (niektóre zapachy są w promocji), dla mnie to atrakcyjna cena, biorąc pod uwagę intensywność aromatu a także jego długotrwałość. Kadzidełka możecie kupić TU.




54 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Podkład Astor Lift Me Up

2/17/2013 Ania T.


   Przeglądając moją statystykę, zauważyłam, że wiele osób trafiło na mojego bloga właśnie dzięki wpisaniu hasła "Astor Lift Me Up". Postanowiłam wyjść na przeciw waszym oczekiwaniom i zrecenzować dla was ten produkt. 
   Jakiś czas temu udało mi się wygrać go na profilu firmy Astor więc najwyższy czas aby podzielić się swoją opinią popartą ponad miesięcznymi testami :) 
   
   Podoba mi się jego opakowanie, prosta, szklana buteleczka- dosyć mocna i trwała, przetrwała kilka podróży pociągiem:
   Wydobywanie podkładu z buteleczki ułatwia wygodna pompka, pomaga na wyciśnięcie odpowiedniej ilości produktu-aby pokryć nim całą twarz wystarczą 3-4 naciśnięcia pompki. Ponadto aplikator nie zacina się ani nie zatyka, więc użytkowanie jej to sama przyjemność ;)
   Astor idealnie trafił w moje gusta kolorystyczne. Wybrałam sobie najjaśniejszy odcień w ofercie (101 Rose Beige) i to był strzał w dziesiątkę!

   W opakowaniu wygląda na ciemny, jednak to tylko pozory! Jeszcze nigdy nie miałam tak idealnie dopasowanego do cery podkładu. Jest stworzony dla osób o bardzo jasnej, wręcz bladej cerze (sama wliczam się do tej grupy). 
   Prezentując go na ręku specjalnie nie roztarłam dokładnie granic abyście mogli zobaczyć jak dobrze stapia się ze skórą. Na twarzy nie zostawia  maski, nie roluje się i ma całkiem przyzwoitą trwałość (do kilku godzin). Ma także funkcję matującą, jednak efekt nie utrzymuje się długo. Rozprowadza się bezproblemowo i nie smuży się. Dodatkowo bardzo dobrze zakrywa niedoskonałości i wyrównuje koloryt cery. 
   Polecam go fanom świetlistego makijażu, zawiera w sobie rozświetlające drobinki, dzięki czemu cera wygląda świeżo. Jeśli ktoś nie lubi się "świecić" wystarczy nałożyć na podkład warstwę pudru, wtedy drobinki dają jedynie dyskretny blask i nie rzucają się tak bardzo w oczy.
Oto jak podkład prezentuje się na twarzy:
   Jak widzicie nieźle poradził sobie z zaczerwieniami w okolicy mojego nosa, dodatkowo dobrze go zmatowił. Cera po jego użyciu wygląda na "bladą", jednak musicie mi uwierzyć na słowo, że w dziennym świetle nie jest to tak bardzo widoczne.
  Jednak, jak to każdy kosmetyk, ma też swoje wady- ja, jako posiadaczka cery mieszanej, z kłopotliwą strefą T, potrzebuję dobrego matu. Wspomniałam już wcześniej, że ten podkład matuje tylko krótkotrwale, dlatego puder jest dla mnie niezbędnym dodatkiem. Ponadto podkreśla suche skórki, co niestety jest dużą wadą w momencie kiedy nie mam czasu na gruntowne poprawki makijażu. Na szczęście gruba warstwa tłustego kremu oraz bazy pod podkład pomaga rozwiązać ten problem. Ponieważ nie jestem jeszcze w wieku, kiedy potrzebny byłby lifting, dlatego tego działania nie ocenię (ale mogę powiedzieć, że żadnego takiego efektu nie zaobserwowałam) ;) 
   Możecie go znaleźć w każdej drogerii oraz sklepie, który ma w ofercie produkty Astor. Dodatkowo często występuje w promocji, więc możecie mieć go w całkiem atrakcyjnej cenie (ok.40 zł). 
   Ja jestem z  niego zadowolona i obecnie jest to mój podkład numer jeden. Polecam przede wszystkim dziewczynom o bladej cerze, które mają problem ze znalezieniem produktu idealnego dla koloru swojej buzi ;)

PLUSY:
-eleganckie opakowanie
-wyrównuje koloryt cery i dobrze zakrywa niedoskonałości
-odcień idealny dla osób o bladej cerze
-nie roluje się
-rozświetlające drobinki dają delikatny blask i "odświeżają" cerę
-nie pozostawia efektu maski

MINUSY:
-krótkotrwale matuje
-podkreśla suche skórki
-nie zauważyłam efektu liftingującego (możliwe, że osoba w bardziej zaawansowanym wieku lepiej mogłaby ocenić to działanie)

UWAGA! Post ten jest stary, ale widzę, że nadal cieszy się sporym powodzeniem :) Przepraszam za słabą jakość zdjęć, powstawały zanim jeszcze dorobiłam się lustrzanki. Recenzja też uległa przedawnieniu, znalazłam inny, moim zdaniem dużo lepszy podkład. Moją opinię na jego temat znajdziecie tutaj. Zapraszam :)



45 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Błyszczyk Venita X-treme gloss, porównanie 2 kolorów

2/14/2013 Ania T.


    Do tych błyszczyków mam wyjątkowe szczęście, jeden z nich otrzymałam w ramach współpracy z firmą Venita, drugi natomiast udało mi się wygrać w konkursie blogowym u mentoski. Ciemniejszy kolor powędrował do mamy, róż zostawiłam dla siebie...ale jakiś czas temu okazało się, że przez przypadek oba z nich wylądowały w maminej torebce (a byłam przekonana, że mój X-treme gloss gdzieś przepadł). I tym sposobem recenzja pojawia się dopiero dziś, kiedy to udało mi się ustalić miejsce przebywania obu kosmetyków :D
    Jak już wspomniałam, porównam ze sobą 2 kolory tych błyszczyków, nie podam wam niestety numerków, bo etykietki, na których były zawarte informacje na ten temat zwyczajnie się odkleiły... dlatego będę używać nazwy "ciemny" i "różowy"-fotka poniżej pomoże wam się połapać o co w tym chodzi :D
Ten "ciemny" był prezentem dla mojej mamy, "różowy otrzymałam w ramach współpracy.

   Błyszczyki mają podłużne opakowania z aplikatorem zakończonym miękką gąbeczką na końcu. To co mi się w nich nie podoba, to fakt, że napisy bardzo szybko się ścierają podczas noszenia np w torebce i po jakimś czasie opakowanie wygląda po prostu nieestetycznie (klik w zdjęcie aby powiększyć):
Błyszczyk, który dostała mama, czyli "ciemny" ma opakowanie w lepszym stanie, ponieważ nie trzyma go w torebce.

   Jestem zadowolona z działania tego produktu- dobrze pokrywa usta (choć "róż" lubi osiadać w zmarszczkach i załamaniach ust), pięknie je nabłyszcza i co najważniejsze nie wysusza. Minusem jest niestety jego trwałość, trzyma się maksymalnie godzinę, dlatego często muszę poprawiać makijaż ust kiedy go używam. Mama zauważyła ten sam problem.
    
Porównanie obu kolorów:

"Ciemny"
   Kolor w buteleczce to ciemna, intensywna czerwień z drobinkami. Na ustach nie jest już  tak bardzo intensywny. Dla mnie akurat nie jest to minusem, bo jeśli chodzi o czerwienie na ustach to zdecydowanie preferuję te "szminkowe" a nie błyszczyki. 
   Na usta zostały nałożone 3 warstwy X-treme gloss, możecie zauważyć widoczne drobinki i delikatny kolor (w porównaniu do tego w opakowaniu). Jak widać dobrze nabłyszcza usta.

"Różowy"
Na zdjęciu wygląda trochę jak pomarańcz, ale to wina łazienkowego światła :D
   Ten kolorek, w przeciwieństwie do zaprezentowanego wyżej nie ma żadnych drobinek. Kolor to jasny róż, niemal niewidoczny na ustach.
   Podobnie jak jego poprzednik dobrze nabłyszcza usta i ich nie wysusza, jednak bardziej osadza się w załamaniach ust (czego nie zobaczycie na zdjęciach). 

    Oba kolory przypadły mi do gustu, a z szerokiej gamy kolorystycznej tych produktów, każdy znajdzie odcień dla siebie :) Dodatkowo cena jest bardzo zachęcająca- za taki błyszczyk zapłacicie ok. 7,50 zł. Niestety, jak to już wspomniałam przy okazji recenzji innych produktów Venity, są to kosmetyki ciężko dostępne. Ja nie widziałam ich w żadnym Rossmanie czy Naturze, a firma nie posiada sklepu internetowego. Jeśli jesteście zainteresowani kupnem to polecam wyszukiwarkę sklepów, która pomoże wam zlokalizować miejsca w waszej okolicy, gdzie możecie kupić produkty Venity :)

PLUSY:
-ładnie nabłyszcza i nie wysusza ust
-atrakcyjna cena
-kolory są delikatne (dla mnie to akurat jest plus)
-duży wybór odcieni
-dobrze pokrywa usta

MINUSY:
-słaba trwałość
-napisy z opakowania szybko się ścierają i wygląda ono nieestetycznie
-ciężko dostępny :( (a szkoda!)









26 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję z Malinką: Peeling antycellulitowy z kawą Joanna Naturia

2/12/2013 Ania T.

Testuję z Malinką: Peeling antycellulitowy z kawą Joanna Naturia

   Już jakiś czas temu otrzymałam od Malinki peeling z kawą od firmy Joanna. Długo zwlekałam z jego recenzją...nie dlatego, że jestem leniwa czy nierzetelna. Powód był prosty. W paczce dostałam 2 peelingi do ciała, oba o niemal identycznym zapachu, a nie mam w zwyczaju otwierać i używać kilku kosmetyków na raz (szczególnie jeśli są to praktycznie takie same kosmetyki). Dlatego to maleństwo od Joanny powędrowało w ręce mojej mamy, która mieszka 280 kilometrów ode mnie. Malinka domagała się recenzji, ale nie jestem w stanie jej napisać nie wypróbowawszy produktu, bo nie zwykłam bazować jedynie na cudzej opinii i chcę być szczera z moimi czytelnikami, pisząc recenzje produktów, które sama na sobie testowałam. Nie wspominając już o tym, że mama nie ma ani aparatu ani talentu do robienia zdjęć, a recenzja bez zdjęć to żadna recenzja ;) W każdym razie Malinka została poinformowana o poślizgu w publikacji i mam nadzieję, że mi go wybaczy.
  Jeśli jesteście ciekawi opinii mojej oraz mojej mamy (ponieważ obie zostaną tutaj zamieszczone) to przejdźcie dalej :)

   Joanna zamknęła swój produkt w małej, poręcznej 100 ml buteleczce. Idealnie nadaje się na podróże, gdyż jest to kosmetyk naprawdę mini i nie zajmuje dużo miejsca w walizce czy kosmetyczce. Niestety, dla kogoś, kto chce go używać na dłużej ta pojemność jest za mała. Ponad to miałam małe problemy z jego wydobyciem, czasem buteleczka była bardzo uparta i musiałam porządnie wyciskać, żeby cokolwiek wyszło z opakowania (mimo, że pozostała w nim jeszcze połowa produktu).
   Peeling jest zabezpieczony plastikowym zamknięciem, które wygląda na solidne. Mojej mamie podczas użytkowania się nie połamało, więc to chyba dobry znak :)
   Ma niezbyt gęstą konsystencję (jak na peeling), ale nie spływa z ciała podczas użytkowania. Znajdują się w nim czarne granulki, które według producenta są ziarnami kawy (aczkolwiek średnio je przypominają):

Teraz czas na najważniejszy punkt programu czyli opinie na temat jego działania.
Jako, że peeling był testowany przez 2 osoby, zamieszczone zostaną odczucia obu (czyli moje i mamy):

Zapach
   Ja: Bardziej przypomina mi czekoladę niż kawę. Zbliżony bardzo do tego, jaki ma już wcześniej recenzowany peeling z Clareny. Podczas używania pod prysznicem traci na intensywności i staje się nieco chemiczny. Nie utrzymuje się na skórze po kąpieli.
   Mama: Nie jest fanką zapachów typu czekolada czy kawa, ale ten przypadł jej do gustu, ponieważ nie pachnie tak intensywnie i jak to określiła "da się do niego przyzwyczaić"
Działanie
   Ja: Drobinki peelingujące są małe, ale dobrze radzą sobie ze ścieraniem martwego naskórka. Pozostawiają skórę miękką i gładką, a także delikatnie masują. Po jednej aplikacji  nie jestem niestety w stanie stwierdzić działania antycellulitowego (myślę, że podobnie jak po 1 buteleczce 100 ml jaką otrzymałam do testów także będzie to niemożliwe), dlatego pominę ten podpunkt. To, co zdecydowanie mi się w nim podoba, to fakt, że nie zostawia tłustej warstwy (w przeciwieństwie do peelingu Clareny, który wręcz ocieka tłuszczem). Za to Joasia ma wieeeeelkiego plusa!
   Mama: Także uważa, że drobinki peelingujące są nieco za małe. Ale sam kosmetyk przypadł jej do gustu, mówi, że dobrze wygładza skórę a po jego użyciu  balsamy do ciała lepiej się wchłaniają. Również nie zauważyła aby pozostawiał tłustą warstwę i ocenia to pozytywnie.

   Ponadto nie jest drogi (ok 5 zł za buteleczkę 100 ml) i wydajny, jak na taką małą pojemność. Jedna buteleczka starczy nam nawet na 3 użycia (co daje dobry stosunek ceny do wydajności). To, co podoba mi się w tej serii to wielki wybór zapachów (oprócz kawy mamy ich jeszcze mnóstwo do wyboru!) a także dostępność (znajdziemy go praktycznie w każdej drogerii).

PLUSY:
-wygodne opakowanie do zabrania w podróż
-nie pozostawia tłustej warstwy
-dobry stosunek ceny do wydajności (100 ml starcza na ok 2-3 użycia)
-wygładza i zmiękcza skórę (choć moim zdaniem drobinki mogłyby być większe)
-ogólnodostępny
-duży wybór zapachów

MINUSY:
-zapach trochę "chemiczny", krótko utrzymuje się na skórze (jednak nada się także dla antyfanów kawy, do takich należy moja mama, a zapach jej przypadł do gustu)
-małe trudności z wydobyciem produktu z buteleczki
-za mała pojemność dla osób, które chcą go mieć "na dłużej"






27 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

TAG: The Versatile Blogger

2/09/2013 Ania T.

The Verstaile Blogger

   Zostałam otagowana przez 2 blogi: Frozen malibu oraz time4yourbeauty za co serdecznie dziękuję :)


Zapewne większość z Was już zna zasady TAG-u, ale dla tych co nie wiedzą powiem kilka słów o tej nominacji:)

Zasady The Versatile Blogger
  • podziękowanie osobie, która cię otagowała
  • pokazać na blogu nagrodę The Versatile Blogger
  • ujawnić 7 faktów dotyczących twojej osoby
  • nominować 15 blogów, które według ciebie na to zasługują
   Teraz jak już każdy wie na czym polega zabawa, to czas na ujawnienie 7 niezwykle porywających, sekretnych, mrożących krew w żyłach i nigdy dotąd niepublikowanych faktów o autorce bloga, czyli nuneczce 1991 (mnie):

  1. Nie jestem jedynaczką. Mam młodszego o 3 lata brata, którego imię pozostanie zastrzeżone (no wiecie, popularność mogłaby go zmienić nie do poznania, hahahaha :D ) 
  2. Mam w domu 2 zwierzaki: jeża (a właściwie jeżynkę) o imieniu Pulpecina i chomika dżungarskiego- Ludwika XVI
  3. Kocham kuchnię Włoską- makaron mogłabym jeść przygotowany na wszystkie sposoby, pizzę pochłaniam kilogramami (choć od kiedy przeszłam na dietę już trochę mniej :( ) a ostatnio czynię przygotowania do przyrządzenia własnoręcznego ravioli ;)
  4. Mam świra na punkcie zapachów- nie mogę wyjść z drogerii czy marketu nie powąchawszy chociażby jednego żelu pod prysznic czy balsamu do ciała. Wącham nawet płyny do płukania tkanin :D W moim pokoju obowiązkowym elementem są pachnące świece, woski oraz kadzidełka.
  5. Jestem fanką "ciężkiej" muzyki. Rock, trochę metalu i te klimaty to coś dla mnie :D W tym roku spełni się jedno z moich wielkich marzeń i pójdę na koncert, o którym śnię już od lat. Tak, teraz będę chwalić  się biletami:                                                                                                                                    
  6. Uwielbiam gotować. W internecie wynajduję coraz to nowe przepisy na rożne dania, które potem         modyfikuję i sama przyrządzam w domu. Moim ostatnim odkryciem kulinarnym jest kurczak w sosie cytrynowym z makaronem- niebo w gębie!
  7. Oprócz drogerii (a jakżeby inaczej! :D) moim ulubionym sklepem jest Tally Weijl. Uwielbiam te ciuchy, zawsze znajdę tam coś dla siebie...no i jako jeden z niewielu sklepów oferuje rozmiary naprawdę "mini" ("eski" z wielu sklepów po prostu na mnie wiszą, a w niewielu z nich oferowane są XS a nawet XXS. Jestem szczupła  i jeszcze na dodatek mam niezbyt okazały biust, więc eski bywają za szerokie "w barach" :D) :)
   Nie jestem fanką tagowania i spamowania innym blogerom linkom w komentarzach dlatego...
Każdy, kto chciałby zostać otagowany, proszę zgłosić się pod notką.
Nic na siłę :) 


24 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!

Testuję: Mascara Million Calories Eveline

2/06/2013 Ania T.


   W mojej kosmetyczce znajdują się obecnie 4 tusze do rzęs, jednym z nich jest właśnie ten od firmy Eveline. Mam naturalnie długie i dość gęste rzęsy ale bardzo lubię je podkreślać, dlatego mascara to dla mnie kosmetyk obowiązkowy!
Jak spisuje się Million Calories?
  
  Tusz ten udało mi się wygrać w jednym z internetowych konkursów i przyznam, ze od początku byłam nim bardzo zaciekawiona. Ma eleganckie, czarno-złote opakowanie:
   Przyznam szczerze, że przypadło mi do gustu- nie wygląda tandetnie, jest solidne a napisy się nie ścierają w nieestetyczny sposób.
   W swoim składzie zawiera "innowacyjną formułę": wosk carnauba, witaminę E i prowitaminę B5. Nie zauważyłam jakiegoś spektakularnego odżywienia czy wzmocnienia rzęs, ale podczas jego używania nie wypadają, nie łamią się a także ich nie wysusza i nie osłabia, więc nie będę się czepiać :)
   Jak dla mnie zdecydowanym numerem jeden i największą zaletą tego tuszu jest szczoteczka! Producent zastosował tutaj szczoteczkę, którą nazwał "artbrush", ma ona nieregularny kształt i dosyć gęste włoski:
Ma odpowiednią wielkość i bardzo łatwo maluje się nią rzęsy- zarówno te górne, jak i dolne. To co bardzo mnie zaskoczyło, to fakt, że perfekcyjnie rozdziela włoski i zupełnie ich nie skleja (co jest wadą wielu tuszy do rzęs). 
   Rzęsy po pomalowaniu Million Calories są pięknie rozdzielone, wydłużone, pogrubione... nie przesadzałabym tutaj z obietnicą producenta, że mascara daje "efekt sztucznych rzęs", ale działanie oceniam na plus:
   Nie mam także żadnego problemu ze zmywaniem tego produktu, co więcej- jeśli przez przypadek rozmaże się podczas nakładania, wystarczy zmyć go delikatnie nasączonym wacikiem- zejdzie natychmiast, bez zostawiania czarnych smug. Szybko zasycha na rzęsach i nie odbija się na powiekach. Ma niedrażniący, nawet przyjemny zapach. Ważną cechą jest także to, że mnie nie podrażnia, nawet podczas noszenia szkieł kontaktowych :)
   Niestety, nie jest to tusz idealny, ponieważ ma jedną, ale za to poważną wadę...a mianowicie trwałość! Bardzo, ale to bardzo szybko się osypuje, tworząc pod oczami nieestetyczne, czarne grudki :( Nawet jeśli nałożę na niego inny tusz, aby nieco go utrwalić-to i tak nic to nie pomaga.
Bardzo żałuję, że zawiódł mnie pod tym względem, bo gdyby nie ten mankament, to z pewnością byłby jednym z moich ulubieńców :(
   Cena-ok 9 zł, szczerze mówiąc w drogeriach go nie widziałam. Ale chodzą słuchy, że podobno jest dostępny w Biedronce :)

PLUSY:
-innowacyjna, rewelacyjnie rozdzielająca rzęsy szczoteczka
-podkreśla, wydłuża i pogrubia rzęsy bez ich sklejania
-przystępna cena
-szybko schnie, nie odbija się na powiekach
-nie podrażnia nawet gdy nosi się soczewki
-łatwość demakijażu

MINUSY:
-potwornie się kruszy
-nietrwały





57 komentarze:

Ten blog to nie miejsce na Twoją reklamę i proszę, pamiętaj o tym zostawiając tu swój komentarz!